Страница 21 из 43
– Co?
– Nie wiem.
– A co pamiętasz? Co było potem?
– Siedziałam tu, na łóżku.
– A tego, jak cię przyniosłem, nie pamiętasz?
Wahała się. Kąciki ust opuściły się w dół, twarz miała napiętą.
– Zdaje się. Może. Sama nie wiem. Opuściła nogi na podłogę i wstała. Podeszła do strzaskanych drzwi.
– Kris!
Ująłem ją z tyłu za ramiona. Drżała. Nagle odwróciła się, szukała moich oczu.
– Kris - szeptała - Kris.
– Uspokój się.
– Kris, jeżeli, Kris, czy ja mam epilepsję? Epilepsja, dobry Boże! Chciało mi się śmiać.
– Gdzie tam, kochanie. Po prostu drzwi, wiesz, tu są takie, no, takie drzwi…
Opuściliśmy pokój, kiedy zewnętrzny pancerz z przeciągłym zgrzytem odsłonił okna, ukazując zapadającą w ocean słoneczną tarczę.
Skierowałem się do małego pomieszczenia kuche
Poszliśmy potem do małego pomieszczenia operacyjnego obok radiostacji; miałem pewien plan. Powiedziałem, że chcę ją na wszelki wypadek zbadać, usadowiłem na rozkładanym fotelu i wydobyłem ze sterylizatora strzykawkę i igły. Wiedziałem, gdzie się co znajduje, prawie na pamięć, tak wymusztrowano nas w treningowej kopii Stacji, na Ziemi. Pobrałem kroplę krwi z jej palca, zrobiłem rozmaz, wysuszyłem w ekshaustorze i opyliłem go jonami srebra w wysokiej próżni.
Rzeczowość tej roboty działała uspokajająco. Harey, spoczywając na poduszkach rozłożonego krzesła, rozglądała się po zatłoczonym aparatami wnętrzu operacyjnej.
Ciszę przerwał urywany brzęczyk wewnętrznego telefonu. Podniosłem słuchawkę.
– Kelvin - powiedziałem. Nie spuszczałem oka z Harey, która od jakiegoś czasu była apatyczna, jakby wyczerpana przeżyciami ostatnich godzin.
– Jesteś w operacyjnej? Nareszcie! - usłyszałem jakby westchnienie ulgi.
Mówił Snaut. Czekałem ze słuchawką przyciśniętą do ucha.
– Masz „gościa”, co?
– Tak.
– I jesteś zajęty?
– Tak…
– Takie badanie, hm?
– A co? Chcesz zagrać partyjkę szachów?
– Daj spokój, Kelvin. Sartorius chce się z tobą widzieć. To znaczy, z nami.
– To nowość - odparłem zaskoczony. - A co z… - urwałem i dokończyłem:
– Czy jest sam?
– Nie. Źle się wyraziłem. On chce porozmawiać z nami. Połączymy się w trójkę wizofonem, tylko ekrany się przesłoni.
– Ach tak? To dlaczego wprost do mnie nie zatelefonował? Wstydzi się?
– Coś w tym rodzaju - burknął niewyraźnie Snaut. - Więc jak?
– Chodzi o to, żebyśmy się umówili? Powiedzmy, za godzinę. Dobrze?
– Dobrze.
Widziałem go w ekranie, samą twarz, nie
większą od dłoni. Przez chwilę, naznaczoną leciutkim szumem prądu, patrzał mi badawczo w oczy.
Na koniec odezwał się z pewnym wahaniem:
– Jak ci się żyje?
– Znośnie. A tobie jak?
– Przypuszczam, że trochę gorzej niż tobie. Czy mógłbym…
– Chcesz przyjść do mnie? - domyśliłem się. Spojrzałem przez ramię na Harey. Przechyliła głowę przez poduszkę i leżała z nogą założoną na nogę, podrzucając gestem bezwiednego znudzenia srebrzystą kulkę, którą kończył się łańcuszek u poręczy fotela.
– Zostaw to, słyszysz? Zostaw, ty! - dobiegł mnie podniesiony głos Snauta. Zobaczyłem w ekranie jego profil. Reszty nie słyszałem, zakrył ręką mikrofon, ale widziałem jego poruszające się usta.
– Nie, nie mogę przyjść. Może potem. Więc za godzinę - powiedział szybko i ekran zgasł. Powiesiłem słuchawkę.
– Kto to był? - spytała obojętnie Harey.
– Taki jeden. Snaut. Cybernetyk. Nie znasz go.
– Długo to jeszcze potrwa?
– A co, nudzisz się? - spytałem. Włożyłem pierwszy z serii preparatów do kasety mikroskopu neutrinowego i po kolei wcisnąłem kolorowe gałki wyłączników. Pola siłowe rozbuczały się głucho.
– Rozrywek wiele tu nie ma i jeżeli moje skromne towarzystwo nie wystarczy ci, to będzie krucho - mówiłem, przedłużając z roztargnieniem przerwy między wyrazami, równocześnie ściągnąłem oburącz wielką, czarną głowicę, w której świecił okular mikroskopu, i wcisnąłem oczy w głąb miękkiej gumowej muszli. Harey powiedziała coś, co nie doszło do mnie. Widziałem z góry, w stromym skrócie, ogromną pustynię, zalaną srebrnym blaskiem. Leżały na niej, otoczone niewyraźną mgiełką, jakby potrzaskane i zwietrzałe, płaskie okrąglaki skalne. To były czerwone ciałka. Wyostrzyłem obraz i nie odrywając oczu od okularów wpływałem jak gdyby coraz głębiej w pałające srebrzyście pole widzenia. Równocześnie lewą ręką obracałem korbę regulacyjną stolika, a kiedy leżąca samotnie jak narzutowy głaz krwinka znalazła się na skrzyżowaniu czarnych nici, wzmogłem powiększenie. Obiektyw najeżdżał pozornie na zniekształcony, zapadły pośrodku erytrocyt, który wydawał się już koliskiem skalnego krateru, z czarnymi, ostrymi cieniami we wgłębieniach pierścienistego obrzeża. Obrzeże to, najeżone skrystalizowanymi nalotami jonów srebra, uciekło mi poza granice mikroskopowego pola. Pojawiły się mętne, jakby widziane przez opalizującą wodę, zarysy na wpół stopionych, pogiętych łańcuchów białka. Mając na czarnym skrzyżowaniu jedno zwęźlenie białkowych ruin, popychałem z wolna dźwignię powiększenia dalej, wciąż dalej, lada moment miał ukazać się kres tej podróży w głąb, przypłaszczony cień jednej molekuły wypełniał cały obraz, rozemglił się teraz!
Nic się jednak nie stało. Powinienem był zobaczyć drgające mgiełki atomów, niby galaretowatą trzęsionkę, ale nie było ich. Ekran płonął niepokalanym srebrem. Pchnąłem dźwignię do końca. Buczenie nasiliło się gniewnie, lecz nadal nic nie widziałem. Powtarzający się, brzęczący sygnał dawał mi znać, że aparatura jest przeciążona. Raz jeszcze spojrzałem w srebrną pustkę i wyłączyłem prąd.
Spojrzałem na Harey. Otwierała właśnie usta w ziewnięciu, które zmieniła zręcznie w uśmiech.
– Jak tam ze mną? - spytała.
– Bardzo dobrze - powiedziałem. - Myślę, że… nie może być lepiej.
Wciąż na nią patrzałem, czując znów tę mrówkę w dolnej wardze. Co się właściwie stało? Co to znaczyło? To ciało, z pozoru tak wiotkie i kruche - w istocie niezniszczalne - w ostatecznym swoim dnie okazało się złożone z nicości? Uderzyłem pięścią w cylindryczny korpus mikroskopu. Może jakiś defekt? Może pola nie ogniskują…? Nie, wiedziałem, że aparatura jest sprawna. Zeszedłem po wszystkich szczeblach, komórki, białkowego konglomeratu, molekuły, wszystkie wyglądały dokładnie tak, jak na tysiącach preparatów, które widziałem. Ale ostatni krok w dół prowadził donikąd.
Wziąłem jej krew z żyły i przelałem do miarowego cylindra. Rozdzieliłem ją na porcje i zabrałem się do analizy. Zajęła mi więcej czasu, aniżeli sądziłem, straciłem trochę wprawę. Reakcje były w normie. Wszystkie. Chyba żeby…
Puściłem kroplę stężonego kwasu na czerwony koralik. Zadymiło, kropla poszarzała, pokryła się nalotem brudnej piany. Rozkład. Denaturacja. Dalej, dalej! Sięgnąłem po probówkę. Kiedy odwróciłem się ku tamtej, cienkie szkło omal nie wypadło mi z palców.
Pod warstewką brudnej szumowiny na samym dnie probówki znowu narastała warstewka ciemnej czerwieni. Krew, spalona kwasem, odtwarzała się! To był nonsens! To było niemożliwe!
– Kris! - usłyszałem jakby z wielkiej dali. - Telefon, Kris!
– Co? A tak, dziękuję. Telefon brzęczał już od dawna, teraz to dopiero usłyszałem.
– Kelvin - podniosłem słuchawkę.
– Snaut. Przełączyłem linię, tak że słyszymy się równocześnie we trzech.
– Witam pana, doktorze Kelvin - rozległ się wysoki, nosowy głos Sartoriusa. Brzmiał tak, jakby jego właściciel wstępował na niebezpiecznie uginające się podium, podejrzliwy, czujny i zewnętrznie opanowany.
– Moje uszanowanie panu doktorowi - odparłem. Chciało mi się śmiać, ale nie byłem pewny, czy przyczyny tej wesołości są mi dostatecznie jasne, abym mógł jej pofolgować. Z kogo w końcu miałem się śmiać? Trzymałem coś w ręku: probówkę z krwią. Potrząsnąłem nią. Skrzepła już. Może to sprzed chwili było tylko złudzeniem? Może mi się tylko wydało?
– Chciałem kolegom przedstawić pewne kwestie związane z… e… fantomami - słyszałem i nie słyszałem jednocześnie Sartoriusa. Jakby dobijał mi się do świadomości. Broniłem się przed tym głosem, wciąż wpatrzony w probówkę ze skrzepłą krwią.
– Nazwijmy je tworami F - poddał szybko Snaut.
– A doskonale.
Pośrodku ekranu ciemniała pionowa linia na znak, że odbieram jednocześnie dwa kanały - po obu jej stronach powi
– Każdy z nas przeprowadzał rozmaite badania… - znów ta sama ostrożność w nosowym głosie mówiącego. Chwila ciszy. - Może połączymy najpierw nasze wiadomości, a potem mógłbym wypowiedzieć to, do czego doszedłem osobiście… Może pan pierwszy, doktorze Kelvin…
– Ja? - powiedziałem. Nagle poczułem wzrok Harey. Położyłem probówkę na stole, tak że potoczyła się pod stojaki szkła, i usiadłem na wysokim trójnogu, przyciągnąwszy go sobie stopą. W pierwszej chwili chciałem się wymówić, ale niespodzianie dla samego siebie rzekłem:
– Dobrze. Małe konwersatorium? Dobrze! Zrobiłem tyle co nic, ale mogę mówić. Jeden preparat histologiczny i parę reakcji, mikroreakcji. Odniosłem wrażenie, że…
Do tego momentu pojęcia nie miałem, co powiedzieć. Raptem, jakby się coś we mnie otwarło.
– Wszystko jest w normie, ale to kamuflaż. Maska. Jest to w jakimś sensie superkopia: odtworzenie, dokładniejsze od oryginału. To znaczy, że tam, gdzie u człowieka napotykamy kres ziarnistości, kres podzielności strukturalnej, tutaj prowadzi dalsza droga dzięki zastosowaniu budulca podatomowego!