Страница 48 из 59
— Czy chcesz mi powiedzieć, co teraz czujesz, Bob?
— Powiedziałbym ci, gdybym tylko wiedział.
— Naprawdę nie wiesz? Czy nie przypominasz sobie, co przed chwilą chodziło ci po głowie, kiedy milczałeś?
— Oczywiście! — Waham się, po chwili jednak mówię: — Do diabła, Sigfrid! Wydaje mi się, że czekałem tylko, by ktoś mnie utulił. Pewnego dnia zajrzałem sobie w duszę i to bolało. Nie uwierzysz, jak bardzo. Płakałem jak dziecko.
— Co to było?
— Właśnie próbuję ci opowiedzieć. Dotyczyło to… hm. Dotyczyło to częściowo mojej matki. Ale również… No, wiesz — Dane Miecznikowa. Miałem…
— Jak sądzę, masz na myśli marzenia o stosunkach analnych z Miecznikowem. Czy nie tak. Bob?
— Taak. Masz dobrą pamięć, Sigfrid. Kiedy płakałem, miało to związek z moją matką. Częściowo…
— Mówiłeś już o tym. Bob.
— No dobra — milknę. A Sigfrid czeka. Ja zresztą też. Przypuszczam, że chcę, by mnie znowu ktoś utulił i po chwili Sigfrid wychodzi mi naprzeciw.
— Zobaczymy, czy mogę ci w czymś pomóc — mówi. — Zastanówmy się, co twój stosunek do matki ma wspólnego ze spółkowaniem analnym z Dane Miecznikowem.
RAPORT LOTU
Pojazd A3-77. Wyprawa 036D51. Załoga T. Parremo, N. Ahoya, E. Nimkin.
Czas przelotu: 5 dni 14 godzin. Pozycja — w pobliżu Alfa Centauri A.
Resume: „Planeta bardzo przypomina Ziemię, porasta ją gęsta rośli
Opinia Korporacji: Przez wzgląd na dotychczas nienaga
Czuję, że coś się we mnie dzieje. Tak jakby miękkie wilgotne wnętrze klatki piersiowej zaczynało podchodzić mi do gardła. Gdybym teraz chciał coś powiedzieć, a nie kontrolował mego głosu, byłby drżący i beznadziejnie smutny. Próbuję więc nad nim zapanować, choć zdaję sobie doskonale sprawę, że takiego wzruszenia nie mogę przed nim ukryć: dzięki odczytom czujników wie na podstawie drżenia mięśnia trójgłowego czy wilgotności dłoni, co się dzieje wewnątrz mnie.
W każdym bądź razie próbuję. — Posłuchaj, Sigfrid — mówię tonem nauczyciela biologii objaśniającego słuchaczom spreparowaną żabę. — Moja matka mnie kochała. Wiedziałem o tym i ty także to wiesz. To logiczne, że nie miała i
— Daj spokój, Robbie. To nie jest zupełnie tak, jak mówisz, a poza tym intelektualizujesz. Tak naprawdę, to czcze gadanie zupełnie cię nie obchodzi i ty dobrze o tym wiesz. Grasz na zwłokę, co?
I
— Czy to znaczy, że przez całe życie ani razu nie powiedziała, że cię kocha?
— Nie! — krzyczę. Po chwili odzyskuję panowanie nad sobą. — Ale przynajmniej nigdy mi tego nie powiedziała wprost. Owszem, kiedy miałem jakieś osiemnaście lat i właśnie zasypiałem, usłyszałem, jak w sąsiednim pokoju mówiła do jednej ze swoich przyjaciółek, że jestem wspaniałym chłopakiem. Była ze mnie dumna. Już nie pamiętam, co takiego zrobiłem, znalazłem pracę czy zdobyłem jakąś nagrodę, ale w tamtej chwili była ze mnie dumna i kochała mnie, i powiedziała to… tyle, że nie do mnie.
— Mów dalej. Bob.
— Mówię przecież! Daj mi trochę czasu. To boli. Sądzę, że to właśnie nazywasz bólem pierwotnym.
— Proszę cię. Bob, nie stawiaj sobie diagnozy. Po prostu mów. Pozwól, by to samo z ciebie wylazło.
— A, cholera…
Sięgam po papierosa i zatrzymuję się w pół ruchu. Taki wybieg daje dobre wyniki, zwłaszcza kiedy Sigfrid mi nie popuszcza, ponieważ prawie zawsze zaczyna wtedy dochodzić, czy przypadkiem nie próbuję dać upust napięciu, zamiast się z nim uporać. Tym razem czuję jednak zbyt duże obrzydzenie do samego siebie, Sigfrida, a nawet matki. Chcę mieć to już za sobą. — Posłuchaj — mówię więc — to było tak. Bardzo kochałem matkę i wiem — wiedziałem! — że i ona mnie kochała. Ale nie umiała tego okazać.
Zdaję sobie nagle sprawę, że trzymam w dłoni papierosa i gniotę go nie zapalając. Sigfrid zaś — to dziwne — nawet tego nie skomentował. — Nie wyraziła tego w słowach — brnę dalej. — I nie tylko to. Wiesz, to zabawne, jednak nie przypominam sobie, by mnie kiedykolwiek dotykała. Czasami mnie całowała na dobranoc. W czubek głowy, i pamiętam, że opowiadała mi bajki. Była też zawsze, kiedy jej potrzebowałem. Ale…
Muszę przerwać na moment, by zapanować nad swoim głosem. Głęboko i spokojnie wciągam powietrze przez nos koncentrując się, by oddychać równomiernie.
— Jak widzisz, Sigfrid — mówię dokładnie ważąc słowa i ciesząc się z klarowności i precyzji, z jaką je wygłaszam — nie dotykała mnie zbyt często. Z jednym tylko wyjątkiem. Była dla mnie bardzo dobra, kiedy chorowałem. A chorowałem często. Wszyscy mieszkający w pobliżu kopalni żywności cierpieli na krwotoki z nosa i infekcje skórne. Sam wiesz, jak to jest. Dawała mi wszystko, czego potrzebowałem. Była przy mnie, Bóg raczy wiedzieć, jak sobie radziła pracując i opiekując się mną jednocześnie, i kiedy byłem chory…
— Dalej, Robbie — zachęca po chwili Sigfrid — wyduś to. Próbuję, ale ponieważ wciąż jestem zakłopotany, mówi:
— Powiedz to szybko. Wyrzuć z siebie. Nie martw się, czy cię rozumiem i czy ma to jakiś sens. Musisz się tego pozbyć.
— Mierzyła mi temperaturę — wyjaśniam. — Dobrze wiesz, jak to wygląda. Wkładała mi w tyłek termometr i trzymała go — ile to mogło być — jakieś trzy minuty. A potem wyjmowała i odczytywała temperaturę.
Jestem już prawie na granicy wybuchu. Chcę, żeby nastąpił, ale wpierw pragnąłbym przejść przez to wszystko — od początku do końca. Jest to wręcz seksualne przeżycie — jak wtedy, gdy decydujesz się pójść do łóżka z kobietą i choć właściwie nie chcesz jej się tak bardzo oddać, jednak to robisz. Odmierzam swoje opanowanie, by go starczyło do końca. Sigfrid nic nie mówi i po chwili udaje mi się wykrztusić:
— Widzisz sam, jak to jest. To zabawne. Całe życie — ile tego będzie? — jakieś czterdzieści lat. A mnie ciągle nie opuszcza myśl, że bycie kochanym łączy się jakoś z wsadzaniem czegoś w tyłek.
Rozdział 26
Na Gateway podczas mojej nieobecności zaszło sporo zmian. Podniesiono na przykład taksę dzie