Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 8 из 51

– A na jakiej podstawie tak pan sądzi? Tylko dlatego, że imitacja jest istotą obu zbrodni? To trochę za mało, aby stawiać tak śmiałą hipotezę… Może jest dwóch morderców, Marchwicki bis i Staniak bis?

– I tu wracamy do tej kartki. – Prelegent klepnął w kawałek papieru, na którym z rozciętego brzucha wylewały się jelita łodygi. – Jak państwo pamiętają, zostawił ją przy zwłokach, że zacytuję tu panią profesor, Marchwicki bis. Bazgroły te są niejako odsyłaczem do Staniaka, który ponad czterdzieści lat wcześniej namalował bohomaz o identycznej tematyce: kobieta z kwiatami wyrastającymi z jelit i tym samym napisem. A teraz – Aleksandrowski zawiesił głos i uniósł palec – moja hipoteza. Wyobraziłem sobie naśladowcę polskich seryjnych morderców, który przy każdym ciele zostawia trop do i

– I co dalej? – Pani profesor aż podskoczyła. – A w Warszawie był jakiś list? Jakiś kolejny odsyłacz?

– Co tym razem? – Paterowi z trudem udało się ukryć ironię w głosie. – Mozaika z fragmentów roztrzaskanego mózgu? Na kartce?

– Nie. To nie był mózg. – Aleksandrowski pokręcił głową i położył na stół kolejne zdjęcie.

– O, ja pierdzielę… – Marks spojrzał surowo na Patera, który zaczerwienił się jak uczniak złapany na oglądaniu pornografii.

Na kartce w kratkę formatu A4 odciśnięty był kształt przypominający dwa pionowo umieszczone półksiężyce. Pater przełknął ślinę. Nie, to nie były półksiężyce. To były odciśnięte usta.

– To jest krew, prawda? – zapytał szeptem Aleksandrowskiego.

– Tak, krew Weroniki Głuchowskiej z Warszawy…

– Chce pan powiedzieć, że zabójca dziewczynę zgwałcił, potem rozpruł śrubokrętem, a potem… zanurzył usta w jej krwi i zrobił na kartce ich odcisk? – zapytał Pater.

– Tak najprawdopodobniej było. – Aleksandrowski zasępił się na kilka sekund. – A teraz krótkie podsumowanie. Najpierw morderca zabija á la Marchwicki i na miejscu zbrodni pozostawia rysunek kwiatów jelit i idiotyczny tekst á la Staniak „Nie ma święta bez pogrzebu”. Potem zabija á la Staniak i zostawia krwawy odcisk ust á la… - Tu Aleksandrowski zawiesił głos i wyciągnął pożółkłą kartkę gęsto zapisaną pismem maszynowym. – Wiecie á la kto?

W pełnej napięcia ciszy słychać było, jak osa tłucze się wściekle o szybę.

– Á la Karol Kot – Aleksandrowski odpowiedział sam sobie z triumfalnym uśmiechem. – Wiecie, co Kot mówił w czasie śledztwa? – Machnął pożółkłą kartką. – Powiedział tak: „Lubiłem pić ciepłą krew i zabijałem jak nikt i

– A po morderstwie wzorowanym na Kocie – Pater znów się ożywił – zostawił jakiś odsyłacz do kolejnego mordercy?

– Nie, w Krakowie naśladowca Kota nie zostawił już żadnej kartki. Przysłał dopiero ten list o potrzebie oddychania jodem. Na liście jest krew Andżeliki Janas.

Przyznaje się w nim do zabójstwa w Krakowie, czyli pośrednio do wszystkich trzech morderstw… Ale w Krakowie przy zwłokach niczego nie zostawił…

– Może wtedy w Krakowie ktoś go spłoszył? – Pater mówił jakby do siebie. – A może nie jest dobrze zorganizowany i skończyły mu się pomysły?

– Nie, Jarek – wtrącił się Marks. – To już moja działka. Posłuchaj tego listu – odczytał kartkę pozostawioną przez Cichowskiego. – „I kto to wie prócz mnie? Wystarczy Krakowa. Idą wakacje. Pora pooddychać jodem. Tym razem bez atrakcji. Atrakcją będzie śmierć. Odezwę się po swojemu, możecie być pewni”. Zabójca jest pewny siebie, świetnie zorganizowany, nie zostawia śladów, a w dodatku zapowiada w liście, że nie będzie atrakcji. Można to rozumieć tak, że tym razem nie będzie żadnej podpowiedzi.

Zapadła cisza. Osa ślizgała się po szybie, a jej bzyczenie stawało się coraz wścieklejsze.

– Poza tym ten skurwiel zaczął działać z większą częstotliwością. Między pierwszym a drugim zabójstwem minęło ponad pół roku, między drugim i trzecim dwa miesiące. Obawiam się, że tym razem to stanie się jeszcze szybciej. Dlatego musimy działać. Dlatego – Marks popatrzył na Patera – ty jesteś nam potrzebny, bo to twój teren. Chyba że – uśmiechnął się po raz kolejny – ten świr wybierze Świnoujście albo Kołobrzeg… Wtedy masz wolne.

– Rozumiem. Każdy z nas ma swoją działkę. A jaką działkę ma, jeśli wolno spytać, pani profesor?

Profesor Prociw-Bury drgnęła, jakby została wyrwana z letargu.

– Już o tym mówiłam. Badam idiolekt i socjolekt mordercy. – Ostry ton świadczył, że znów obudziła się w niej lwica, która na konferencjach naukowych miażdży swych adwersarzy. – I nie zamierzam wyjaśniać po raz drugi tych terminów, tylko dlatego że jest pan nieprzytomny. Naśladowca jest zorganizowany także pod względem literackim i językowym. Niech pan spojrzy na ostatni list. „I kto to wie prócz mnie”…

– Powi

– Może być tak i tak. Ale gdyby napisał „oprócz”, zdanie brzmiałoby zupełnie inaczej.

Rozległ się motyw ze Stawki większej niż życie i Marks sięgnął po telefon.

– Cholera – powiedział, gdy odrzucił połączenie. – Mam kolejne zebranie. Tak czy inaczej będziemy spotykać się często. I liczymy, Jarek, że będziesz koordynował pracę tutaj, w Gdańsku.

Gdy Pater został sam w pokoju, podszedł do okna. Popatrzył w bezchmurne niebo i dostrzegł na nim niewielki, oddalający się punkt, za którym ciągnęła się jasna smuga. Oddalające się Folegandros.

Poczuł ukłucie w żebrach.

Już wiedział, co ma zrobić. To będzie po raz pierwszy przez te wszystkie lata pracy w policji. Pierwsza taka prośba do Kwiecińskiego.

Po raz pierwszy pomyślał też o czymś i

Ale nie tu. W Świnoujściu. Albo w Kołobrzegu.

Brzęczenie osy na szybie stało się nie do wytrzymania. Pater zrobił szybki ruch ręką i wyszedł z gabinetu komendanta. Na oknie w przedśmiertnych drgawkach podrygiwał zmiażdżony owad.

6

Jarosław Pater szedł po moście nad Wieprzą i podziwiał stara

– Cześć, Jarek. – Sławek roześmiał się tubalnie i poprawił siatkową czapkę z daszkiem, spod której wypłynęła strużka potu. – Co, przyszedłeś na dreptak popatrzyć na fajne dupy? No patrz, jaka niezła laska, ta trzydziestka!