Страница 32 из 51
Mejl. Poczta Mielnika. Bezradnie przeszukał komputer i znów okazało się, że jest informatycznym dyletantem. Jednak będzie potrzebował pomocy.
Wystarczył jeden mój mejl i umówiliśmy się na spotkanie.
Z kim Mielnik umówił się na spotkanie? Z mordercą, by wyrównać rachunki? A może z ukochaną sprzed lat? Albo z kimś, kto znał mordercę? „Muszę to wiedzieć”, pomyślał. Nerwowym ruchem sięgnął po kolejną kartkę.
Tam się spotkaliśmy. Człowiek ze zdjęcia. Ukryty za filarem. Drżałem z niepewności, czy się nie mylę. I czy się z czymś za wcześnie nie zdradzę. Popatrzyłem mu w oczy i wiedziałem już wszystko. A potem trop się urwał. Odnalazłem go niedawno, całkiem przypadkiem. Tym razem doprowadzę rzecz do końca.
Coś podobnego Pater powiedział w rozmowie z naczelnikiem Cichowskim.
Człowiek ze zdjęcia. Mielnik umówił się z nim na spotkanie w kręgielni U7. Co tam się stało? Co to znaczy, że popatrzył mu w oczy i wiedział wszystko? I że trop się urwał? Dlaczego się urwał? Czy zabójca zdał sobie sprawę, że ktoś depcze mu po piętach i zniknął? Dlaczego wtedy nie zabił Mielnika?
Pytania zaczęły się mnożyć. Pater sięgnął po ostatnią kartkę. Było na niej tylko jedno zdanie:
Zadzwonił do mnie i powiedział, byśmy pogadali o tych dziewczynach.
Ruszył w stronę telefonu. Pulsujący zielony punkt świadczył o tym, że ktoś zostawił wiadomość na sekretarce. Pater włączył przycisk odsłuchiwania. Spokojny męski głos informował, że Jan Mielnik nie opłacił telewizji kablowej i że usługa zostanie wyłączona.
30
O dziesiątej rano miał wszystkiego dosyć. Z niechęcią patrzył na technika, który badał komputer. Wśród mejli napisanych przez Mielnika nie było tego, którego szukał. Jeśli Mielnik chciał sam wymierzyć sprawiedliwość, pewnie go wykasował, by nie zostawić śladów. A najpewniej posłużył się i
Ludzie Brzyskiego sprawdzali billingi i analizowali rozmowy z operatorami sieci komórkowych. Na razie bez powodzenia. Pater czuł przez skórę, że przełomu nie będzie. Myślał, że Mielnik poda mu mordercę na widelcu, ale się pomylił. Pozostało mu zdjęcie z mężczyzną za filarem oraz kaseta magnetofonowa wetknięta do jednej z teczek.
Pater miał problem z uruchomieniem dyktafonu. Nie działał. Był nienaładowany, a w domu Mielnika nadkomisarz nie znalazł ładowarki. Rano Brzyski podesłał mu sprzęt z komendy.
Od dwóch godzin słuchał krótkiego nagrania i nie mógł zrozumieć, dlaczego dla Mielnika było ono tak ważne, że dołączył je do i
Pater po raz nie wiadomo który włączył dyktafon. Usłyszał gwar pijackich rozmów, szczęk szkła i wznoszony toast. A później usłyszał czyjś głos.
Bar „Plażowy” w Jelitkowie, dnia czwartego lipca dwa tysiące szóstego roku. Godzina dwudziesta pierwsza czterdzieści pięć. Tu Karolinę Lisowską i Agnieszkę Bagińską widziano po raz ostatni.
Głos był cichy, ale wyraźny. Zupełnie jakby ktoś, zapewne Mielnik, przystawił sobie mikrofon do ust. Usłyszał uderzenie w werbel i perkusyjny talerz. Rozległ się dźwięk przesterowanej gitary. Zabrzmiał początek jakiegoś znanego rockowego riffu, po czym znów ktoś uderzył w talerz. Na kasecie słychać szelest, jakby ktoś wziął dyktafon do ręki. Koniec nagrania. Po chwili Pater znów usłyszał śmiech podpitych balangowiczów i głos, tym razem zniekształcony, dobiegający jakby z daleka i lekko bełkotliwy.
Siema, stary! Cześć! Co podać?
Rozmówca Mielnika miał o wiele niższy głos.
Daj jeeeednego żywca!
Rozległ się odgłos stuknięcia szklankami, a potem dźwięk, który skojarzył się Paterowi z wsysaniem piany.
Uch kurwa, tego było mi trzeba! Pij na zdrowie!
Ktoś zaczął grać na basie i perkusji. Po chwili do sekcji dołączyła gitara.
Kuźwa, ale u was są laski! Te, ale fajna dupa!
E tam, fajna? Przyjdź tu za parę godzin, to dopiero zobaczysz fajne dupy!
Wokalista zaczął śpiewać jakiś polski przebój i dalsza część nagrania została zagłuszona.
Kurwa, nie mam czasu teraz gadać!
To mówi rozmówca Mielnika. Nagranie znowu się urywa. Jednak dyktafon zostaje włączony raz jeszcze. Muzyka i pijackie wrzaski jakby ucichły. Znów słychać wyraźny głos:
Jest godzina dwudziesta druga pięć. Bar „Plażowy” w Jelitkowie. Koniec.
Pater podrapał się w skroń. Po co Mielnikowi to nagranie? Przewinął kasetę i włączył od początku. Nagranie rozpoczyna się za kwadrans dziesiąta. Tę informację, datę oraz miejsce Mielnik podaje precyzyjnie. Nie mówi tylko, z kim rozmawia. Nagle staje się wulgarny i jakby podpity. A potem jest kakofonia świstów i gwizdów. Głosy są mniej czytelne nie tylko z powodu muzyki pojawiającej się w tle. Dochodzą jakby przez szmatę. Tak jakby Mielnik ukrył dyktafon w kieszeni marynarki. Głos, który pojawia się o dwudziestej drugiej pięć, znów brzmi trzeźwo i konkretnie. A zatem Mielnik udawał wstawionego. Po co? Część nagrania jest zupełnie nieczytelna. Rozmówca detektywa-amatora chyba się zdenerwował. Jak to było?
Kurwa, nie mam czasu teraz gadać!
A potem tajemniczy fragment, w którym mało co słychać. Może mieć podstawowe znaczenie. Wszak Mielnik najprawdopodobniej ukrył przed kimś mikrofon. Przed mordercą z Jelitkowa.
Pater wpatrywał się w dyktafon, jakby martwy przedmiot miał za chwilę przemówić i udzielić mu odpowiedzi na wszystkie pytania. Dyktafon jednak milczał. Za to znowu odezwała się komórka Patera. Nadkomisarz ze zdziwieniem zobaczył, że dzwoni Żarówa.
– Chce mi pan, szefie, jeszcze coś powiedzieć na temat jakości mojej pracy? – postanowił sam zacząć.
W komórce rozległo się ciężkie sapnięcie.
– Nie. Dzwonię w i
Wkrótce ktoś przestanie oddychać. Pa!”. Rozumiesz?
Pater zrozumiał.
– To informacja dla Aleksandrowskiego, Marksa i tej Prociw-Bury – powiedział.
– To twoja sprawa, już ci to mówiłem! Jeszcze dziś chcę cię widzieć w Gdańsku. A Jelitkowem zajmuj się po godzinach. Jeśli będziesz je miał!
31
W hali odlotów we Wrocławiu uścisnął dłoń Brzyskiego.
– Powiedz mi – Pater popatrzył mu w oczy – dlaczego właściwie oddajesz mi tę sprawę i materiały. – Klepnął dłonią w torbę. – Tylko nie mów, że robisz to, bo mnie lubisz.
Brzyski uśmiechnął się.
– Mamy dość syfu na swoim terenie. I piętrzące się akta nierozwiązanych spraw. Nie chcę, by ta była kolejną.
W samolocie Pater poczuł, że zaczyna ogarniać go bezsilność i wściekłość. Wyprawa do Wrocławia zakończyła się klęską, Mielnik nie był mordercą, tropy, które pozostawił, są mniej wyraźne i oczywiste, niż się początkowo zdawało. W dodatku jakiś świr rozdrażnił Cichowskiego. Zarejestrowane na kasecie nagranie nie miało znaczenia, a niewyraźny fragment może go rozczarować. Pozostało tylko jedno.
Sięgnął do torby i wyjął zdjęcie. Dwie młode dziewczyny uśmiechały się do obiektywu.
Zaczął stukać palcem w fotografię.
– Znajdę cię, bydlaku! – wyszeptał. – Jestem pewien, że to ty tu jesteś. I nie schowasz się pod żadną maską kata!
Starsza kobieta, która siedziała obok Patera, popatrzyła z niepokojem na towarzysza podróży.
32
Gdy przyjechał do komendy, udał się do laboratorium. Zostawił technikom zdjęcie i kasetę magnetofonową. Chciał zameldować się u Cichowskiego, ale naczelnik był na jakimś zebraniu. Pater odetchnął z ulgą. Nie miał ochoty na rozmowę z szefem.
Wszedł do pokoju i poprosił o odszukanie adresu Bagińskich. Pamiętał, że mieszkali gdzieś niedaleko falowca, tylko bliżej kościoła, zwanego przez mieszkańców Przymorza „meczetem”. I gdzieś blisko dwóch bloków zwanych „blaszakami” lub dumniej: „dolarowcami”.
Dwie godziny później stał pod drzwiami Aleksandry i Wiesława Bagińskich.