Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 21 из 53

– Niech się pan przyzna, oglądał pan moją ekspozycję na półeczkach, prawda?

– Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że ma pani tego aż tyle. – Pater kolejny raz odniósł wrażenie, że rozmowa przybiera zły obrót.

– Synku… – Pater poczuł mdłości. Jeszcze raz usłyszy „synku" i chyba znów uda się do toalety, ale tym razem w i

– Przepraszam, kto? – Pater nerwowo sięgnął po kartki z nazwiskami.

– Doktor Borucki, nasz lekarz.

Nie mam go na liście, pomyślał Pater. Ciekawe, czy Libling pominął go celowo. A jeśli zapomniał, to przecież mógł zapomnieć jeszcze o kimś. No more heroes…

– Porozmawiajmy o profesorze Czekańskim. Znają się państwo chyba bardzo dobrze… – nadkomisarz starał się opanować.

– Nie bardzo. Widzi pan, przez kilka lat zamieniliśmy wszystkiego może z dziesięć zdań. Ale pamiętał o moich urodzinach. Zawsze dostawałam od niego różę. – Na twarzy kobiety zagościł uśmiech, eksponując zmarszczki pod grubą warstwą podkładu, zapewne także liftingującego. Ciekawe, czy ona o nich wie, przemknęło Paterowi przez głowę.

– Czyli mam rozumieć, że to miły człowiek? Pytam, bo krążą o nim sprzeczne opinie…

– Ja nic do niego nie mam, jeśli rozumie pan, co mam na myśli. Szkoda – westchnęła – że on do mnie też nie. To człowiek zajęty nauką.

– A Ryszard Maziarski?

– Świeć, Panie, nad jego duszą – pensjonariuszka niespodziewanie się przeżegnała. – Szkoda go, bardzo miły pan…

– Podobno zaprzyjaźnił się z profesorem Czekańskim…

– Widziałam, jak grają w szachy. Bardzo miły – powtórzyła – chociaż… chociaż raz widziałam, jak się zdenerwował.

– Na Czekańskiego? – Pater starał się, by jego głos brzmiał naturalnie.

– Nie! Na Liblinga. Byli w patio i słyszałam, jak zdenerwowany pan Ryszard mówi, że nie życzy sobie, by bez jego wiedzy ktoś sprzątał mu pokój, bo potem nic nie może znaleźć.

– Libling chyba nie był zadowolony… – Pater próbował wyobrazić sobie tę scenę.

– Nie był. Ale zaprzeczał. Pochylił się nad wózkiem Maziarskiego i mówił, że nikt u niego bez jego wiedzy nie sprzątał.

– Pamięta pani, kiedy to było?

– Czternastego czerwca – staruszka odpowiedziała bez wahania.

– Tak dobrze to pani pamięta? – Pater nie krył zdumienia.

– Wtedy były moje urodziny – odpowiedziała i popatrzyła w stronę, gdzie stał wazon z usychającą różą.

– Więc wtedy pan Ryszard się zdenerwował… Zresztą… – zamilkła na chwilę -…tu nie zawsze było spokojnie.

– Co pani ma na myśli?

Jadwiga Duraj wyciągnęła czerwony paznokieć w kierunku sufitu.

– Tam… – Podniosła głowę. – Tam straszyło.

– Straszyło. – Pater czuł, że zasycha mu w gardle. Efekt wypitej herbaty karmelowej.

– Nade mną mieszkała pani Adela. Może pan o niej słyszał. Sparaliżowana staruszka, która wraz z wózkiem inwalidzkim spadła ze schodów. Słyszał pan?

Pater przecząco pokręcił głową.

– Tam – znów wskazała na sufit – straszyło. Pani Adela nie mogła mówić, była sparaliżowana. A stamtąd dobiegały głosy. No kto mówił, skoro nie mogła to być pani Adela? Rozumie pan? Głosy…

– Powiedziała pani o tym komuś?

– Doktorowi Liblingowi. Ale on nie wierzył. A tam naprawdę ktoś był… Coś panu pokażę. – Podniosła się gwałtownie z fotela i przyniosła teczkę, taką, jakiej używa się do przechowywania dużych rysunków.

– Wtedy wróciłam do rysowania. Stwierdziłam, że mnie to uspokaja.

Pater otworzył teczkę. Zobaczył znajomą fasadę przedwoje

– Widzę, że profesor i pan Marian Hoży nie mają dat śmierci? – Pater miał duże wątpliwości, czy rozmowa z Jadwigą Duraj nie okaże się zbyteczna.

– To byłoby już niesmaczne – obruszyła się staruszka. Wyjęła kolejny rysunek. – Na moim nagrobku też nie ma daty…

– Po co pani to rysuje? – Pater nie mógł się powstrzymać, by o to zapytać.

– Prywatne egzorcyzmy, synku. Taka moja forma oswajania tego, co przede mną. Tego – raz jeszcze popatrzyła na sufit – co niezrozumiałe…

Na następnym rysunku znów pojawiła się fasada „Edenu". Tym razem w tle, zamiast cmentarzyka, Pater zobaczył niekształtną górę.

– Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz, czy tak? To jakiś kurhan?

– Niezupełnie. – Jadwiga Duraj uśmiechnęła się.

– To wysypisko śmieci. Takie dzikie, ale duże. Znajduje się niecały kilometr od „Edenu". Tak przy okazji, nie mógłby pan coś z tym zrobić? Przecież pan z policji.

– Przykro mi. – Pater wstał. – Ale to nie w naszej gestii. Ale postaram się powiadomić, kogo trzeba – wypowiedział kolejne kłamstwo.

– A co z profesorem? Znajdziecie go?

– Znajdziemy.

Żywego lub martwego. Tej ostatniej myśli Pater nie wyrzekł już na głos. Przypomniał sobie opakowanie Coco Chanel. Czarne prostopadłoście

Dom Seniora „Eden", 26.06.2006, 14:05

Pensjonariusze Domu Seniora „Eden", zwani oficjalnie „rezydentami", spożywali posiłki albo w pokojach, albo w stołówce noszącej oficjalne miano „restauracji". I

A zatem rezydenci, którzy byli mniej towarzyscy lub też nie chcieli opuszczać serialowych przyjaciół, posiłki dostawali do swych apartamentów, jedli nieuważnie, plamiąc odzież oraz sterylnie czysty parkiet lekkostrawnymi i ekologicznymi produktami. Nie mogli oderwać oczu od plazmowych ekranów, gdzie rozgrywały się zawikłane historie wielkich miłości, gdzie hojnie szafowano przebaczeniem i sprytnie wprowadzano suspens oraz zwiastun kolejnego odcinka w końcowych minutach. Ci rezydenci, których żywiołem była polityka, naprawianie świata lub podrywanie, spożywali posiłki w restauracji. Czynili to równie nieuważnie jak samotnicy, wygłaszając tyrady, rzucając się w wir dyskusji lub zaglądając czule w oczy swych współbiesiadników czy współbiesiadniczek.

Emerytowany pułkownik Marian Hoży należał poniekąd i do jednej, i do drugiej grupy. Pasjami oglądał bowiem seriale, a jednocześnie był „zwierzęciem społecznym", bywalcem restauracji. Za stracony uważał każdy dzień, w którym nie udzieliłby komuś jakiejś dobrej rady, a za określenie jego wypowiedzi jako truizmów był gotów wyzwać na słowny pojedynek. I