Страница 16 из 48
Wręczył im zdjęcia i plik kartek, po czym wyszedł. W drzwiach celi stanął rudowłosy mężczyzna, który miotał Ma
– Wychodzić – krzyknął – pojedynczo na korytarz! Siadać na ziemi i pisać! A po napisaniu wchodzić z powrotem!
Ma
– Panie nadwachmistrzu! – krzyknął Ma
– Co jest? – Policjant wynurzył się zza pleców rudowłosego.
– Nie ma wśród nas Małego Maksia – mówił szybko Ma
– Myślisz, że nie wiem, ilu jest alfonsów w tym mieście? – Brunet chwycił Ma
– Wychodzić, kurwa! No co jest! – wrzasnął rudowłosy do Ma
Kiedy Ma
– Nie znam ich – mruknął do rudowłosego, po czym odebrał kartkę i ołówek. – Niech pan mi powie, panie policmajster – nagły impuls kazał mu spojrzeć w przekrwione oczy rudego – dlaczego on nas tak nienawidzi? Już jakiś mędrzec powiedział, że prostytucja to jak kloaka w pałacu. Gdyby ją zlikwidować, cały pałac zacząłby cuchnąć.
Policjant z ołówkami sprawiał wrażenie oszołomionego wywodem Ma
– Ale kloaka też cuchnie, co nie? On w ogóle nie lubi smrodu.
Breslau, środa 4 lipca 1923 roku,
wpół do siódmej wieczór
Mock szedł korytarzem więzie
– Napisaliście? – zapytał.
– No, no – odpowiedziały liczne głosy.
– Wszystko?
– No tak, jasne, że tak – zafalowały postaci w ciasnej celi.
Mock wiedział doskonale, że uznanie u takich kreatur zdobywa się konsekwencją i brutalnością. Już kilkakrotnie okazywał to w ciągu ostatnich trzech dni, kiedy zwoził ich partiami do aresztu policyjnego. Alfonsi przenocowali najpierw w ośmiu, a następnej nocy w trzynastu w jednej czteroosobowej niewietrzonej celi. Musieli spać na zmianę, załatwiać się na zmianę, a nawet siedzieć na zmianę w ciągu dnia! Dopiero trzeciego dnia, po wciśnięciu do celi jeszcze pięciu alfonsów, powiedział im, o co tak właściwie mu chodzi. Tak, byłem okrutny wobec tych insektów, myślał Mock, ale co z moją konsekwencją? Jeśli teraz uczynię to, co planuję, wydam im się całkiem i beznadziejnie niekonsekwentny i niesłowny. Stanę się kimś niegodnym szacunku. Ale z drugiej strony konsekwencja bezwarunkowa jest tępa i ślepa. Czego jest wi
– Wynocha stąd – Mock podjął decyzję – nie chcę więcej wąchać waszego smrodu! Zostawić kartki z nazwiskami na ziemi i won! Strażnik was wyprowadzi przez dziedziniec, wyjściem dla zwierząt pociągowych.
Więźniowie zaczęli się przepychać ku drzwiom. Niektórzy, kiedy mijali Mocka, patrzyli na niego zuchwale. Tych notował w pamięci. I
Kiedy sutenerzy wyszli, Mock odwrócił się do swoich współpracowników. Wszyscy mieli zdumione miny. Praktykantowi Isidorowi Blümmelowi oczy omal nie wyskoczyły spod ciężkich powiek. Mock podszedł do niego i objął go mocno za szyję.
– Dziwisz się pewnie, synu – owiał mu twarz nikotynowym oddechem – że okazałem się niekonsekwentny, co? Że obiecałem tym alfonsom kilkudniowy pobyt w celach i nie dotrzymałem słowa? Otóż posłuchaj mnie uważnie, chłopcze. W ciągu trzech dni zamknęliśmy wszystkich alfonsów z Breslau z wyjątkiem niejakiego Maksa Niegscha, zwanego Małym Maksiem. Ten zaginął. Ostatni raz widziano go w kawiarni Franka na Matthiasplatz w sobotę. Dzisiaj sprawdziłem ostatnie miejsce, gdzie mógł się ukrywać Mały. Nie było go tam. Zniknął, wyparował. Dzisiaj, po przywiezieniu wszystkich alfonsów do tej celi, zostawiłem was na półtorej godziny, tak? Poszedłem wtedy do mojego pokoju, gdzie nad kuflem czarnego haasego smacznie chrapał nasz wspaniały szef. Wtedy porównałem odciski palców dziewczyn Niegscha z odciskami denatek. Zgadzało się. Te dwie zamordowane dziewczyny to dziewczyny Niegscha. Tych osiemnastu śmierdzieli nie było mi już potrzebnych. Zatem wygoniłem ich, by nie zatruwali powietrza, rozumiesz? Czy się jeszcze dziwisz, synu?
– Tak, dziwię się – odpowiedział hardo i prostodusznie Blümmel – przecież od soboty prawie nic i
Mock spojrzał na kolegów. Ich miny wyrażały całe spektrum mieszanych uczuć: od niedowierzania i oburzenia na zuchwałego praktykanta, aż do niemej aprobaty jego słów. Jedynie spojrzenie Kurta Smolorza wyrażało zupełną obojętność.
– Byłeś kiedyś w Afryce? – zapytał Mock praktykanta, a kiedy ten pokręcił przecząco głową, kontynuował. – A ja byłem. Dwa miesiące w Kamerunie. I wiesz co? W ciągu tych dwóch miesięcy nie nauczyłem się rozpoznawać Murzynów. Jeden był podobny do drugiego. Nie do odróżnienia. A jak myślisz, co bardziej jest do siebie podobne: Murzyni czy linie papilarne?
– No, linie…
– Udało mi się je zidentyfikować, dopiero kiedy wiedziałem, że to muszą być kobiety od Małego Maksia, a nie i
– Nie zgadzam się – odparł Blümmel. – Gdyby pan zlecił ekspertyzę specjaliście, to byłoby…
– Ja musiałem to zrobić sam – odpowiedział Mock z uśmiechem. – A dlaczego? To nie twoja sprawa, synu. A teraz posprzątaj rzygowiny z celi. Wszystko, co robiliśmy, robiliśmy w tajemnicy przed prezydentem. Nie może być żadnego śladu po naszej tajnej akcji.