Страница 15 из 48
Radca Ilssheimer wrócił do swojego pokoju i odłożył na biurko dużą, skórzaną aktówkę z tłoczonymi motywami rośli
Tak czy inaczej Ilssheimer musiał czekać na powrót podwładnego, bo jego relacja była warunkiem sine qua non napisania raportu. Radca kryminalny nie wiedział, kiedy Mock wróci do prezydium, miał jednak całkowitą pewność, że stanie się to dnia dzisiejszego. Nadwachmistrz nie znosił niespodzianek pogody i – chociaż niebo było bezchmurne, a nad Breslau zawisał upał – nigdy nie wychodził i nie wracał do domu bez swojego potężnego parasola. Ten zaś teraz sterczał w metalowym stojaku i był widoczną gwarancją powrotu właściciela. Ilssheimer postanowił skrócić sobie czas i zatelefonował do dyżurki. Poprosił woźnego Bendera o zamówienie w ratuszowej jadłodajni „Pieczona Kiełbaska spod Dzwonka” dwóch bułek z wątrobianką i jednego małego ciemnego haasego, po czym zatopił się w lekturze katalogu firmy „Hirszbein i Spółka”. Następnie jego głowa zawisła nad drzeworytami przedstawiającymi japońskie spinki, puzderka, grzebienie z laki i wachlarze, a oczy zamknął głuchy sen.
Obudziły go dwa dźwięki. Pukanie do drzwi, a następnie podniesione głosy na dziedzińcu prezydium. Wydawało mu się, że był wśród nich głos Mocka. Najpierw jednak wpuścił chłopaka z jadłodajni. Odprawiwszy go z banknotem tysiącmarkowym, podszedł do okna i przetarł oczy ze zdumienia. Słuch go nie mylił. Ten, na którego radca czekał prawie od godziny, stał na rozkraczonych nogach koło otwartego furgonu aresztanckiego i wydawał rozkazy ludziom znajdującym się wewnątrz pojazdu. Ponadto co chwila zadzierał głowę i patrzył w okna mieszkania prezydenta policji. Obok stali Smolorz, Domagalla i praktykant Blümmel. Ze środka wyskoczyło pięciu mężczyzn, których teczki, znane doskonale biurokracie Ilssheimerowi, znajdowały się w archiwum jego wydziału.
Na dziedziniec wkroczył z pękiem kluczy strażnik prezydialnego aresztu Achim Buhrack. Rozejrzał się dookoła, po czym uczynił zapraszający ruch ręką. W bramę prowadzącą do aresztu wtoczyli się zakuci ludzie oraz funkcjonariusze z wydziału Ilssheimera. Mock spojrzał tym razem w okno gabinetu swojego szefa.
– Do mnie, Mock! – krzyknął Ilssheimer, otworzywszy okno. – Wytłumaczyć mi się natychmiast ze swoich rozbojów w więzieniu! Przyszła oficjalna skarga!
Mock uśmiechnął się i w milczeniu wykonał dłonią dwa ruchy. Pierwszy – jakby wyciągał z kamizelki zegarek. Drugi – jakby pisał coś palcem na wierzchu dłoni. Potem zniknął w bramie. Ta pantomima oznaczała: „Nie mam czasu, wszystko ci napiszę”. Ilssheimer usiadł ciężko za biurkiem. Uśmiech Mocka mówił coś jeszcze i
Breslau, środa 4 lipca 1923 roku,
piąta po południu
Moritz Ma
– Otworzyć! Otworzyć! – wrzasnął Ma
I
– Posłuchajcie mnie uważnie, skurwysyny – powiedział policjant nikotynowym basem – bo jest za duży upał, by dwa razy cokolwiek powtarzać. Mam tutaj zdjęcia dwóch zamordowanych prostytutek. Macie je zidentyfikować. – Zapalił papierosa i dmuchnął dymem w głąb celi. – Jestem pewien, że nikt z was ich nie rozpozna. Umywacie ręce, wiem. Trudno, mówicie sobie, zdechł jeszcze jeden mój wół roboczy. Zmuszę i