Страница 48 из 64
Do loży zbliżył się Hartner i przywitał się z Mockiem, przerywając mu rozmyślania nad źródłami ludzkiej motywacji.
– Mam już dwunastu ludzi w mojej grupie. Głównie profesorowie gimnazjalni – powiedział zadowolony, odbierając od kelnera kartę dań. – Nikt nie odmówił. Skusiło ich chyba wysokie honorarium. Von Schroetter pozwolił mi zwerbować tylko ośmiu ekspertów. Musiałem zatem wymyślić jakieś kryteria selekcji. Zażądałem więc od każdego z nich krótkiej charakterystyki swej pracy naukowej i spisu publikacji. Teraz decyzja należy do pana, panie radco. Dla mnie na przekąskę dwa kesselwursty, a potem kotlet cielęcy z jajkiem i sardelką – zwrócił się do kelnera, który stał grzecznie, czekając na zamówienie Mocka.
– Teraz pan…
– Taak… – mruknął radca. – Dla mnie dorsz w maśle musztardowym i węgorz w galarecie z pieczonymi kartoflami. Tak, to wszystko – spojrzał na Hartnera. – Ma pan rację, teraz kolej na mnie. Prześwietlę ich, a jeśli wynik będzie niekorzystny, nie będziemy marnować na nich pieniędzy burmistrza. Ale, ale… Niepotrzebnie zakładam, że nie przyjmiemy kogoś do grupy. Sam nie wiem, co mogłoby zdyskwalifikować spokojnych nauczycieli, których pan zebrał… Chyba że…
Mock spojrzał na listę Hartnera, potem wczytał się w spisy publikacji i stał się odporny na wszelkie impulsy. Nie widział zakąsek stawianych przed nim przez kelnera, nie czuł zapachu tytoniu, nie słyszał szczękania sztućców ani syku piwa nalewanego z beczek. Widział jedynie dwa nazwiska, które były wspólne dla list leżących przed nim, w tych nazwiskach krzyżował się okultyzm z miłością do śląskiej ziemi ojczystej, skomplikowane ludzkie motywacje stawały się proste i wyraziste, a ludzkie cele – jednoznaczne i zbrodnicze.
– Niech pan posłucha, doktorze Hartner – Mock odzyskał panowanie nad zmysłami. – Pamięta pan, że oprócz Gelfrerta ośmiu mężów pożyczało w Bibliotece Miejskiej Antiquitates Silesiacae Barthesiusa. Byli to viri Leopoldini [20]: Urban Papst, czyli papież Urban VIII, Franz Wentzl, Peter Canisius, Joha
Mock przerwał i zabrał się do stygnącej ryby.
– I co z nimi zrobimy? – Hartner wpatrywał się w swego rozmówcę mocno oszołomiony. – Nie przyjmiemy ich do zespołu?
– Owszem, przyjmiemy – w ustach Mocka rozpływał się węgorz w gęstych kroplach galarety – po to, by uważnie obserwować ich ekspertyzy. Moi ludzie nie będą ich spuszczać z oczu. Podobnie jak wszystkich pańskich ekspertów. Jeśli mają coś wspólnego ze zbrodniami, będą starali się nas oszukać, podać i
– Moja żona wyjeżdża dziś do Polski, do swoich rodziców, na święta – powiedział z uśmiechem Hartner, zapalając poobiedniego papierosa. – Mam do nich dołączyć w Wigilię. Dla mnie jeszcze jedno piwo – polecił kelnerowi, który przyplątał do stolika. – Dla pana też?
– Nie – Mockowi zdawało się, że słyszy obcy głos. – Dwa wystarczą na dzisiaj. Poza tym idę na wykład i nie mogę być pijany.
WROCŁAW, PIĄTEK 20 GRUDNIA, GODZINA SZÓSTA PO POŁUDNIU
Wymalowana na biało sala wykładowa we „Wrocławskiej Gminie Monistycznej” przy Grünstrasse nie mogła pomieścić wszystkich słuchaczy wierzących lub wątpiących w rychłe nadejście apokalipsy. Ci pierwsi oklaskiwali prelegenta wchodzącego właśnie na mównicę, ci drudzy wydymali pogardliwie wargi lub gwizdali. Mock, choć zdecydowanie identyfikował się z przeciwnikami apokalipsy, bił brawo z umiarkowanym entuzjazmem i przyglądał się publiczności. Większość stanowiły kobiety w wieku pobalzakowskim, gniewne i nadąsane, powtarzające nieusta
Mówca podniósł ręce i uspokoił klaszczącą i gwiżdżącą publiczność. Skręcona szczecina siwej brody sterczała wokół okrągłego i płaskiego oblicza zwieńczonego mongoloidalną fałdą. Małe, bystre oczy przesuwały się po twarzach publiki. Powoli. Od jednego słuchacza do drugiego. Kiedy prześlizgiwały się po twarzy Mocka, ten wyszczerzył zęby w entuzjastycznym uśmiechu. Jegomość siedzący obok poczuł w sąsiedzie bratnią duszę i schylił się ku niemu. Mock słuchał go ze zrozumieniem i kiwał głową z wyraźną aprobatą. Dalsze okazywanie przez radcę wyrazów sympatii zostało przerwane potężnym okrzykiem. W sali wykładowej rozległ się głos proroka.
– Tak, moi bracia – zahuczał głęboki bas. – Oto nadchodzi kres. Gniew Pana wszystkich zaleje, a z potopu ujdą z życiem tylko sprawiedliwi.
Jejmość w żaglowcu na głowie uniosła ku górze krótki palec i pokiwała potwierdzająco głową, a młody człowiek otulony futerkiem okręcił się dokoła i uczynił gest błogosławieństwa.
– Oto następuje obrót Koła Życia i Śmierci, a mandala wcieleń dobiega kresu – spokojniej kontynuował von Orloff. – Historia się powtarza. Historia zła, mordu i rozpaczy. Historia rzezi, zepsucia i sodomii. O, Sodomo – ryknął mówca. – Bądź przeklęta i zgiń…
Sąsiad Mocka pokrywał kartki notatnika dziwnymi znakami, gimnazjaliści robili do siebie miny „a nie mówiłem?”, a Mock zastanawiał się, czy von Orloff przygotował swoje wystąpienie, czy improwizuje. Za tym drugim wskazywałby bieg skojarzeń: mówca od sodomii przeszedł do Sodomy.
[20] Mężowie leopoldyńscy.