Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 47 из 64

– Czy senator Geissen też? – wykrztusił von Schroetter.

– Idźmy chronologicznie – Mock zignorował to pytanie. – Nazajutrz, 29 listopada, znaleźliśmy poćwiartowane ciało bezrobotnego Bertholda Ho

– Stało się to na Taschenstrasse 23-24 – Hartner uwielbiał wykładać, a nadradca był słuchaczem nader wdzięcznym, ponieważ pękał z ciekawości – tam, gdzie kiedyś były fortyfikacje miejskie za Bramą Oławską. W 1546 roku w tym mniej więcej miejscu został poćwiartowany niejaki Tromba, ryglarz. Nie znamy ani sprawcy, ani motywów, tego wszystkiego dowiedziałem się z dzieła Barthesiusa Antiquitates Silesiacae. Najgorsze jest to, że morderca się z nami bawi. Dom, w którym mieszkał Ho

Zapadła pełna grozy cisza.

– Tam ryglarz, tu bezrobotny ślusarz Berthold Ho

– …udał się, jak pisze Barthesius – Hartner uznał, że przeszłość jest jego domeną, i wszedł Mockowi w słowo – dnia 9 grudnia do jakiegoś lupanaru na Przedmieściu Mikołajskim, w którym został zabity i obrabowany. Nie przeżyła także towarzysząca mu prostytutka. Niestety, o szczegółach zbrodni milczy Barthesius…

– Dnia 9 grudnia – zakończył Mock – zamordowany został w ramionach prostytutki rajca Geissen. Było to na Burgfeld 4, czyli na Przedmieściu Mikołajskim.

Nadradca pod wpływem ostatnich słów Mocka zarumienił się i sięgnął po pudełko z wiecznym piórem. Otworzył kilkakrotnie wieczko i jego goście ujrzeli wygrawerowaną na nim jakąś dedykację. Rumieniec rozlewał się powoli po łysinie von Schroettera i nasycał się intensywną barwą.

– Co wy właściwie tutaj robicie! – ryknął nagle i wstał gwałtownie. – Przyszliście do mnie, by prosić o pozwolenie na aresztowanie jakiegoś ruskiego markiza?! – pulchna pięść z całej siły walnęła w biurko. – Czemu ten bydlak jeszcze nie siedzi u was na Schuhbrücke?! Chcecie czekać na kolejne zbrodnie?!

– Za pozwoleniem – po raz pierwszy włączył się Mühlhaus. – Niech wasza ekscelencja raczy zauważyć, że o zbrodniach piszą w gazetach, które von Orloff z pewnością czyta. Swoje dowody prezentuje on na wykładach, zawsze po dokonaniu zbrodni, czyli, jak to stwierdzili wczoraj w czytelni radca Mock i doktor Hartner, po ukazaniu się stosownej notki prasowej. Nie mamy zatem najmniejszego powodu, by go aresztować. Żaden sędzia nie skaże człowieka tylko dlatego, że jakieś morderstwa przydają się w jego argumentacji za końcem świata. To jest jedynie ślad, który kieruje nas na trop von Orloffa i sprawia, że on lub ktoś z jego sekty staje w cieniu podejrzenia.

– Tak… – von Schroetter usiadł za biurkiem i zdusił w popielniczce cygaro, przez chwilę patrząc na pokruszone liście, które przypominały skrzydła zgniecionego monstrualnego owada. – Ma pan rację… Nie ma żadnych podstaw, by aresztować von Orloffa, ale musimy jakoś…

– Pozwoli pan, ekscelencjo – Mühlhaus po raz pierwszy tego dnia napełnił usta aromatem ulubionego tytoniu. – Wyjście jest jedno. Musimy poznać datę i miejsce kolejnego morderstwa. W ten sposób ochronimy przyszłą ofiarę i zrobimy zasadzkę na zabójcę.

– Jak panowie chcą to poznać? – zapytał von Schroetter, podnosząc do ust filiżankę.

– Morderstwa – Hartner znów przybrał nauczycielski ton – są popełniane w porządku chronologicznym. Niestety chronologia ta dotyczy tylko dat dzie

– Kto ma to uczynić? – zapytał von Schroetter.

– Z tym właśnie przyszliśmy do pana, ekscelencjo – odpowiedział Mühlhaus. – Trzeba powołać grupę ekspertów, którzy podejmą bardzo szybko badania archiwalne.

– Czym się muszą odznaczać ci ludzie? – Nadradca dobrze się poczuł, kiedy znów znalazł się w roli organizatora. – I ilu ma ich być?

– Muszą znać łacinę – powiedział Hartner. – Umieć czytać rękopisy i starodruki, wytrwale pracować dzień i noc, za co należałoby im zapłacić stosowne honorarium. Jeśli chcemy szybko odnaleźć kolejną datę zbrodni i uchronić przed nią potencjalną ofiarę… przydałoby się ich wielu…

– Muszą być ponadto poza jakimkolwiek podejrzeniem – dodał Mock. – Nie możemy zlecić tego zadania komuś, kto może być mordercą. Nie zapominajmy, że jest to człowiek, dla którego archiwa nie mają żadnych tajemnic. A my będziemy dobierali ekspertów spośród takich ludzi.

– No właśnie – von Schroetter położył przed sobą czystą kartkę papieru i coś zanotował – a kto skompletuje tę grupę?

– Jej kierownik – odparł Mühlhaus. – Doktor Hartner.

WROCŁAW, PIĄTEK 20 GRUDNIA, GODZINA WPÓŁ DO DZIESIĄTEJ RANO

Mühlhaus i Mock pożegnali się z Hartnerem przed drzwiami urzędnika, który na polecenie nadradcy miał spisać z nowo mianowanym kierownikiem zespołu ekspertów odpowiednią umowę. W milczeniu zeszli do hallu głównego i wyszli z pałacu Hatzfeldów. Ruszyli w stronę Prezydium Policji. Śnieg gromadził się na rondach ich kapeluszy.

– Ciekawi mnie jedno – Mühlhaus potarł dłonią uszy, które odmroził sobie w okopach na rosyjskim froncie nad Dźwiną. – Czy te zbrodnie odnawiają się tylko we Wrocławiu? A jeżeli tak, to jak to wyjaśnia von Orloff? Dlaczego koniec świata ma nastąpić właśnie w naszym mieście?

– Nie – Mock obserwował uważnie, jak dwaj okutani w szynele ludzie ładują na wóz zamarznięte na kamień kule końskiego nawozu. – Nie tylko we Wrocławiu, lecz również w Wiesbaden. Muszę tam zadzwonić. Ale pytanie jest dobre. Trzeba je zadać von Orloffowi.

– Może odpowiedzieć panu, że zbrodni dokonuje szatan lub anioł zagłady zwiastujący koniec świata.

– Jeżeli ma rzeczywiście nastąpić koniec świata, to w kamienicy „Pod Gryfami” powinien mieszkać autentyczny czeladnik ludwisarza. A tak mamy osobliwy substytut czeladnika, zapijaczonego muzyka, którego anioł ciemności transportuje do kamienicy „Pod Gryfami”… Ten anioł przypomina maturzystę, który ściąga na egzaminie, chociaż potrafi na pytanie doskonale odpowiedzieć…

WROCŁAW, PIĄTEK 20 GRUDNIA, GODZINA TRZECIA PO POŁUDNIU

W „Piwnicy Świdnickiej” panował zwykły obiadowy ruch. We wnękach przy wejściu ustawiły się, jak zawsze, piekarki i sprzedawały bułki i kiełbaski. Kelnerzy – ubrani, jak przed wiekami, w suta