Страница 16 из 64
Smolorz uchylił kapelusza i powłócząc nogami, udał się do wyjścia, w którym błyszczały śnieżnobiałe wykrochmalone gorsy, cekiny, chińskie wachlarze i kolorowe pióra. Mock wyjął zaproszenie i ustawił się w kolejce za pewną chudą damą, która w jednej dłoni dzierżyła lorgnon, w drugiej zaś długą cygarniczkę z dymiącym papierosem. Bileterzy nie żądali od niej zaproszenia, lecz pełni szacunku opuścili brody na piersi.
– Och, kogo ja widzę?! – zakrzyknęła dama. – Czy to naprawdę pan, panie markizie? Och, co za zaszczyt! – afektowana dama odwróciła się do stojących za nią ludzi, by podzielić się z nimi swoim wspaniałym odkryciem. Jej uwagę przykuł stojący za nią Mock.
– To niewyobrażalne, drogi panie – damie pomyliło się i zamiast lorgnon do oka przyłożyła cygarniczkę. – Bileterem na dzisiejszym balu jest sam markiz Żorżyk de Leschamps-Brieux!
Najwyraźniej dotknięta niewielkim wrażeniem, jakie wywarła na radcy jej informacja, popłynęła w stronę foyer, wypuszczając dym jak parowiec, natomiast sam Żorżyk, oskarżony przez Mocka o picie wódki w szkole powszechnej, spojrzał pogardliwie na jego zaproszenie.
– A waszej ekscelencji, radcy kryminalnemu – Żorżyk powoli odczytywał z zaproszenia tytuły – przekazał swoje datki ów awanturnik, który usiłował wejść bez zaproszenia?
– Tak, ponieważ jestem abstynentem – odparł Mock i minął zdegustowanego Żorżyka.
WROCŁAW, ŚRODA 30 LISTOPADA, GODZINA DZIEWIĄTA WIECZOREM
Koncert dobroczy
Zabrzmiały ostatnie akordy Popołudnia fauna Debussy’ego. Zahuczały brawa. Mock, zamiast patrzeć na kłaniających się muzyków, podziwiał grację, z jaką Sophie składała dłonie do klaskania, wznosząc je wysoko ponad głowę. Szepnął jej kilka słów do ucha i opuścił szybko widownię. Pobiegł do garderoby, odebrał i wyłożył na ladę futro i toczek żony oraz swój płaszcz i kapelusz. Otworzył pudło z etolą z norek i wsunął ją do rękawa pachnącego perfumami okrycia Sophie. Potem ubrał się i czekał, przewiesiwszy przez ramię jej futro. Po chwili pojawiła się obok niego. Wypięła obfite piersi i wsunęła ręce w rękawy futra podawanego jej przez Eberharda.
– To nie jest moje futro – powiedziała przestraszona, wyjmując etolę z rękawa. – Ebi, portier się pomylił. Dał ci jakieś i
– To twoje futro – Mock miał minę gimnazjalisty, który rozsypał pinezki na krześle nielubianego nauczyciela. – I twoja etola.
– Dziękuję, kochany – Sophie podała mu dłoń do pocałowania.
Mock objął ją w talii i wyprowadził z Domu Koncertowego. Rozejrzał się dokoła i spostrzegł zaparkowanego adlera. Zatrzasnął drzwi za Sophie i usadowił się w fotelu kierowcy. Sophie głaskała etolę opuszkami palców. Mock objął żonę i namiętnie pocałował. Ona oddała mu pocałunek, po czym odsunęła się i wybuchła niepohamowanym śmiechem.
– Świetnie powiedziałeś temu Leschamps-Brieux – płakała ze śmiechu. – I, co najlepsze, trafiłeś w sedno. On rzeczywiście dużo pije… O niczym i
Mock, nie panując nad sobą, przytulił Sophie tak mocno, że przez miękką etolę wyczuł drobny kształt jej ucha.
– Chodź, zrobimy to w samochodzie – szepnął.
– Oszalałeś, jest za zimno – zadyszała mu lekko do ucha. – Jedźmy do domu. Zrobię dla ciebie coś specjalnego.
Automobil z trudem ruszył z wilgotnej i lepkiej pościeli śniegu. Mock jechał bardzo powoli ulicą Höfchenstrasse, wlokąc się za potężnym furgonem, z którego jakiś opatulony w szynel człowiek sypał piasek na jezdnię. Mock wyprzedził go dopiero przed skrzyżowaniem z Moritzstrasse i ślizgając się po ubitej przez końskie kopyta Augustastrasse, dojechał bezpiecznie do Rehdigerplatz.
Śnieg przestał padać. Mock wyskoczył z auta i otworzył drzwi od strony pasażera. Jego żona bojaźliwie wetknęła obutą w pantofel stopę w lśniący zimny puch. Cofnęła nogę do samochodu.
– Zaraz przyniosę ci jakieś buty, kochanie – Mock podbiegł do bramy kamienicy. Nie wszedł jednak, lecz odwrócił się i podszedł znów do auta. Otworzył drzwi i ukucnął. Jedno ramię podłożył pod kolana Sophie, drugim otoczył jej plecy. Sophie roześmiała się, obejmując go za szyję. Mock sapnął i uniósł lekko żonę. Zachwiał się od jej ciężaru i przez chwilę łapał równowagę, rozstawiwszy szeroko nogi. Kiedy już mu się to udało, zaniósł Sophie do bramy i postawił ją na stopniu z napisem „Cave canem” [5]. Zamknął auto i wrócił z powrotem. Tam zatopił się przez chwilę w miękkim futrze, przyparł do kremowych kafelków delikatne ciało, tam jego biodra zostały opasane przez mocne uda, a szyja przez śliską etolę.
Nagle zapaliło się światło i rozległo się szczekanie psa doktora Patschkowskiego. Państwo Mock weszli na swoje drugie piętro, szokując wychodzącego z psem adwokata: ona obciągała suknię w dół na biodrach, on poprawiał włosy i ściągał z szyi etolę. Marta otworzyła im drzwi i – widząc ich nastroje – natychmiast udała się do służbówki, gdzie rozlegało się już chrapanie Adalberta. Eberhard i Sophie wtoczyli się do sypialni zwarci ciałami. Zaskoczony pies najpierw zaczął się cieszyć, a potem – widząc coś w rodzaju walki – warczeć. Sophie zamknęła mu drzwi przed nosem, pchnęła męża na tapczan i zabrała się do rozpinania licznych guzików jego garderoby. Zaczęła od płaszcza. Potem kapelusz poszybował w stronę drzwi. Następne w kolejności były spodnie.
Wtedy zadzwonił telefon.
– Marta odbierze – powiedziała Sophie. – Wie, co robimy, i na pewno powie, że nie ma nas w domu. – Telefon dzwonił uparcie. Marta nie odbierała.
– Nic nie może być teraz ważniejsze od ciebie – szepnął Mock. – Ktokolwiek dzwoni, spławię go.
Wstał i wyszedł do przedpokoju. Podniósł słuchawkę i milczał.
– Dobry wieczór, poproszę z radcą Mockiem – usłyszał nieznany sobie głos.
– Przy aparacie – mruknął.
– Panie radco, tu Willibald Hö
– Posłuchaj, Hö
Mock wszedł do sypialni i sięgnął po leżący na podłodze kapelusz, który wzbudzał nadzwyczajne zainteresowanie psa.
– Zaraz wrócę. Erwin jest w dużym niebezpieczeństwie.
Sophie ściągała sukienkę. Smuga tuszu do rzęs płynęła po jej policzku.
– Możesz nie wracać – jej głos brzmiał tak, jakby wcale nie płakała.
WROCŁAW, ŚRODA 30 LISTOPADA, W PÓŁ DO DZIESIĄTEJ WIECZOREM
[5] Uważaj na psa.