Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 7 из 117

- Odstaw tę szklankę, złotko, i przestań płakać. Proszę. Wszystko ci wyjaśnię.

Powoli, niechętnie opuściła szklankę na wysokość brzucha.

- To dalej, wyjaśniaj - odparła, ani trochę mi nie wierząc. - Niech usłyszę kolejne kłamstwo z ust człowieka, który z tego żyje.

Fakt, to prawda. Wilk rzeczywiście żył z kłamstwa, ale jeśli chciało się być wpływowym brokerem... Cóż, taka była Wall Street. Wszyscy o tym wiedzieli, zwłaszcza ona, Księżna, dlatego nie miała prawa być na mnie zła, przynajmniej z tego powodu. Mimo to spokojnie przełknąłem jej sarkazm, odczekałem chwilę, żeby ułożyć sobie w głowie jakąś bzdurną bajeczkę, i powiedziałem:

- Po pierwsze, źle to wszystko zrozumiałaś. Nie zadzwoniłem do ciebie tylko dlatego, że dopiero o jedenastej okazało się, że tak późno wrócę do domu. Wiem, że sen przed północą dobrze ci robi. O dwunastej na pewno już spałaś, więc po co miałem dzwonić?

- O tak, jesteś tak kurewsko troskliwy - odparła jadowicie. - Dziękuję szczęśliwej gwieździe za tak troskliwego męża. - Sarkazm sączył się z tego jak ropa z wrzodu.

Zignorowałem to i teatralnie westchnąłem.

- Dobrze, miałaś swoją pora

To jej spojrzenie!

- Chcesz się teraz... pieprzyć?

Uniosłem wysoko brwi, energicznie kiwnąłem głową i posłałem jej spojrzenie, jakie posyła matce siedmioletni chłopiec, kiedy ta go spyta: „Chcesz loda, synku?”.

- Świetnie! - wrzasnęła Księżna. - To pieprz się sam!

Z tymi słowami moja powabna żona otworzyła ważące trzysta kilogramów drzwi - z litego mahoniu, prawie czterometrowej wysokości, tak mocne, że wytrzymałyby eksplozję bomby atomowej o mocy dwunastu kiloton - wyszła z sypialni i delikatnie je zamknęła. Cóż, głośny trzask mógłby zostać źle zrozumiany przez dziwaczną menażerię, jaką byli nasi domowi pomocnicy.

Nasza dziwaczna menażeria: pięć przyjemnie pulchnych hiszpańskojęzycznych pokojówek, z których dwie pracowały tu wraz z mężami; roztrajkotana niania z Jamajki, która ciągle wydzwaniała do rodziny w kraju, nabijając mi rachunek za telefon - na tysiąc dolarów miesięcznie; izraelski elektryk, który łaził za Nadine jak zakochany szczeniak za swoją panią; złota rączka, majster do wszystkiego, typowy przedstawiciel białej hołoty z południa, facet o motywacji uzależnionego od heroiny ślimaka morskiego; moja osobista pokojówka Gwy

To, że mieliśmy tak liczną służbę, w niczym nie zmieniało faktu, że byłem teraz zupełnie sam, mokry i napalony jak wszyscy diabli, w rękach mojej ambitnej blond żony. Rozejrzałem się za czymś, czym mógłbym się wytrzeć. Chwyciłem połeć spływającego z góry chińskiego jedwabiu i spróbowałem tym. Nie, nic z tego. Najwyraźniej nasączono go jakimś środkiem impregnującym i skutek był taki, że materiał tylko przesuwał krople wody z miejsca na miejsce. Spojrzałem za siebie - poszwa na poduszkę! Była zrobiona z egipskiej bawełny, pewnie z miliona splotów na centymetr kwadratowy. Musiała kosztować kupę pieniędzy, w dodatku moich. Ściągnąłem ją z pękatej wsypy - gęsi puch oczywiście - i zacząłem się wycierać. Hmm, bawełna była taka gładka i mięciutka. I jak dobrze wchłaniała! Od razu poprawił mi się humor.

Przesunąłem się na drugą stronę łóżka, żeby uciec z mokrego miejsca. Naciągnąłem kołdrę na głowę i powróciłem na ciepłe łono snu. Do Venice. Głęboko odetchnąłem... Cholera jasna! Wszędzie pachniało Księżną! Cała krew natychmiast spłynęła mi do lędźwi. Chryste, mała szelma z tej mojej żony, rozbrykana szelma o cudownym zapachu. Musiałem sobie zwalić, teraz nie miałem już wyboru. Zresztą tak było najlepiej. Ostatecznie cała władza Księżnej zaczynała się i kończyła na wysokości mojego podbrzusza.

Już miałem zaznać odrobiny samoukojenia, gdy usłyszałem pukanie do drzwi.

- Kto tam? - spytałem głośno, żeby usłyszano mnie za tymi grubymi wrotami.

- To ja, Gwy

Ach, ten cudowny południowy akcent! Taki kojący. W sumie wszystko w Gwy

- Proszę - rzuciłem ciepło.

Wrota otworzyły się z cichutkim skrzypnięciem.

- Dzień dobry, dzień dobry! - powiedziała śpiewnie Gwy

- Dzień dobry, Gwy

- Och, świetnie, świetnie! - Tak ślicznie przeciągała i zniekształcała samogłoski. - Widzę, że leży pan na miejscu żony, więc podam panu kawę tam. I przyniosłam mięciutki ręcznik, żeby się pan wytarł. Pani Belfort mówiła, że oblał się pan wodą.

Kurwa mać, nie do wiary! Moja Martha Stewart wetknęła mi szpilę. Nagle zdałem sobie sprawę, że wciąż mam wzwód i że kołdra wygląda jak namiot. Cholera! Błyskawicznie podciągnąłem nogi.

Gwy

- A teraz pana wytrę - oświadczyła. Nachyliła się i zaczęła wycierać mi ręcznikiem czoło, jakbym był niemowlęciem.

Jezu święty, ten dom to jeden wielki cyrk! No bo, kurczę, leżę na plecach ze stojącym jak maszt fiutem, a moja pulchna pięćdziesięciopięcioletnia murzyńska pokojówka, anachronizm z dawno minionej epoki, nachyla się nade mną ze swoimi wielkimi jak balony cycami i wymachując nimi kilka centymetrów nad moją twarzą, wyciera mnie wartym pięćset dolarów ręcznikiem kąpielowym z ręcznie haftowanym monogramem. Oczywiście Gwy

Tak czy inaczej ekstremalnie bliski widok jej olbrzymiego biustu natychmiast wypchnął krew z moich lędźwi, posyłając ją tam, gdzie trzeba, do wątroby i naczyń limfatycznych, gdzie miała zostać oczyszczona. Mimo to wciąż nie mogłem znieść tego, że Gwy

Chyba trochę posmutniała, ale powiedziała tylko:

- Okej - co zabrzmiało jak: Ohhhhkai. - Podać aspirynę?

Pokręciłem głową.

- Nie, nie trzeba. Ale dziękuję.

- Ohhhhkai, a może przynieść panu te małe białe tabletki, te na plecy? - spytała niewi

Chryste! Moja własna pokojówka proponuje mi „cytrynki” o wpół do ósmej rano! I jak ja miałem przestać ćpać? Dokądkolwiek szedłem, narkotyki wędrowały tam za mną, ścigały mnie i wołały. A już najgorzej było w firmie, bo z kieszeni moich młodych brokerów wysypywały się wszystkie możliwe prochy.

Ale plecy naprawdę mnie bolały. Był to ciągły, chroniczny ból, który dokuczał mi od tego durnego wypadku, jaki miałem zaraz po tym, jak poznaliśmy się z Księżną. To jej pies tak mnie załatwił - ten mały sukinsyn, maltańczyk Rocky, który ciągle szczekał i który żył tylko po to, żeby doprowadzać do szału każdego, kto się do niego zbliżył. Pod koniec lata, na plaży w Hamptons, próbowałem zapędzić tego kutasa do domu, ale ani myślał mnie słuchać. Chciałem go złapać, ale zaczął biegać wokół mnie, więc musiałem się na niego rzucić. No i się rzuciłem. Przypominało to trochę scenę z Rocky II, kiedy to Rocky Balboa ściga kurczaka przed rewanżowym pojedynkiem z Apollem Creedem. Ale w przeciwieństwie do Rocky’ego, który stał się szybki jak błyskawica i w końcu wygrał, ja uszkodziłem sobie dysk i przez dwa tygodnie leżałem w łóżku. Od tamtej pory miałem dwie operacje, po których plecy bolały mnie jeszcze bardziej.