Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 2 из 117

- Nie, nic. Byłem po prostu ciekawy.

- Nazywa się Mark Ha

Już miałem podnieść słuchawkę, gdy poczułem na ramieniu czyjąś krzepką rękę. Podniosłem głowę, spojrzałem i od razu się domyśliłem, kto to taki. Mark Ha

- Jordan? - Miał zaskakująco łagodny głos.

- Tak. - Ja z kolei miałem głos skazańca. - Ostatni śmieć, do usług.

Ha

- Widzę, że poznałeś już naszego wiejskiego idiotę. - I wskazał Scotta.

Niedostrzegalnie kiwnąłem głową. Ha

- Spokojnie: to ja jestem tu starszym brokerem. On jest tylko drobnym graczem, zwykłą płotką. Dlatego olej to, co ci powiedział, i w przyszłości nie zwracaj na niego uwagi.

Chociaż bardzo próbowałem, nie mogłem się powstrzymać i zerknąłem na Scotta, który wymamrotał:

- Wal się, Ha

Ale Ha

- Olej go. Słyszałem, że jesteś świetnym sprzedawcą. Za rok ten debil będzie całował cię w dupę.

Uśmiechnąłem się dumny i zakłopotany.

- Skąd pan wie, że jestem dobrym sprzedawcą?

- Od Stevena Schwartza, tego, który cię przyjął. Podobno podczas rozmowy kwalifikacyjnej wcisnąłeś mu akcje. - Ha

- Byłem zdenerwowany, bałem się, że odpadnę. Na rozmowę czekało dwudziestu i

Ha

- Może trochę, ale nie za bardzo. Agresja to w tej pracy mus. Ludzie nie kupują akcji: akcje się im sprzedaje. Nigdy o tym nie zapominaj. - Zrobił pauzę, żebym to sobie przetrawił. - Tak czy inaczej nasz rodzimy kretyn, ten za mną, miał rację co do jednego: telefonowanie to syf. Robiłem to przez siedem miesięcy i codzie

Trochę mnie tym zaskoczył, ale jak się już wkrótce przekonałem, centrum operacyjne domu maklerskiego przy Wall Street nie jest miejscem, gdzie wymienia się symboliczne uprzejmości. Słowa takie jak „kurwa”, „chuj”, „skurwysyn” czy „pierdolić” słyszało się tam równie często jak „nie”, „tak”, „może” i „proszę”.

- Tak - odparłem niepewnie. - Bardzo. Kto nie lubi?

Ha

- To dobrze, bardzo dobrze. Walenie konia to klucz. Bardzo zalecam również prochy, zwłaszcza kokainę, bo po koce będziesz szybciej dzwonił i więcej zarobię. - Zmarszczył czoło, szukając kolejnych mądrości, ale widocznie mu się skończyły. - Cóż, to chyba wszystko. Więcej wiedzy ci nie potrzeba, przynajmniej na razie. Poradzisz sobie, żółtodziobie. Kiedyś będziesz się z tego śmiał, wspomnisz moje słowa. - Uśmiechnął się i usiadł przy telefonie.

Chwilę później rozległ się dzwonek, oznajmiając, że ruszyła giełda. Zerknąłem na wskazówki mojego timexa, którego tydzień wcześniej kupiłem za czternaście dolarów w JCPe

Z głośników popłynął głos Stevena Schwartza, szefa działu sprzedaży.

- Dobrze, panowie. Zanosi się wysyp nowych kontraktów terminowych, a Tokio znowu przypuści szturm. - Steven miał dopiero trzydzieści osiem lat, ale w ubiegłym roku zarobił ponad dwa miliony dolarów. (Kolejny pan wszechświata). - Liczymy na dziesięciopunktowy wzrost na otwarciu - dodał - więc słuchawki do rąk i do roboty!

W tej samej chwili w sali rozpętało się piekło. Leżące na biurkach nogi powędrowały na podłogę, gazety do kosza, rękawy koszul za łokcie i jeden po drugim brokerzy podnieśli słuchawki i zaczęli dzwonić. Poszedłem w ich ślady.

Już kilka minut później wszyscy nerwowo chodzili, dziko wymachując rękami i wrzeszcząc do telefonu, co tworzyło potężny ryk. Słyszałem go pierwszy raz, ten głośny ryk sali centrum operacyjnego, i brzmiał dla mnie jak ryk wściekłego tłumu. Był to dźwięk, którego nigdy nie zapomnę, dźwięk, który miał raz na zawsze odmienić moje życie. Krzyk młodych, ambitnych, chciwych ludzi wydzierających sobie serce i duszę dla rozsianych po Ameryce bogaczy.

- Miniscribe idzie dzisiaj prawie za friko! - wrzeszczał do słuchawki pucołowaty japiszon; miał dwadzieścia osiem lat, był nałogowym kokainistą i zgarniał sześćset tysięcy dolarów rocznie. - Ma pan brokera z Wirginii Zachodniej? Chryste! Może umie handlować akcjami spółek węglowych, ale mamy już lata osiemdziesiąte. Teraz na topie są zaawansowane technologie!

- Mam pięćdziesiąt tysięcy pięćdziesięciodniowych do końca lipca! - krzyknął broker dwa biurka dalej.

- Skończyła im się kasa! - wrzasnął i

- Nie wzbogacę się na tej transakcji - jęknął do telefonu jeszcze i

- Pan żartuje? - warknął do klienta Scott. - Jak podzielę się prowizją z firmą i urzędem skarbowym, nie wystarczy mi nawet na żarcie dla psa!

Co jakiś czas brokerzy triumfalnie trzaskali słuchawką, wypełniali formularz i podchodzili do otworu wsadowego poczty pneumatycznej na podtrzymującej strop kolumnie. Wkładali formularz do cylindrycznego pojemnika i patrzyli, jak wsysany przez powietrze wędruje pod sufit. Spod sufitu trafiał do sali na drugim końcu budynku, skąd przekazywano go na parkiet Nowojorskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Żeby zrobić miejsce dla kłębowiska rur, sufit obniżono tak bardzo, że zdawało się, iż zaraz spadnie mi na głowę.

Do dziesiątej Mark Ha

- Powiem tak - mówił do prezesa Fortune 500. - Szczycę się tym, że potrafię przewidzieć koniec spadku pańskich akcji. Moim zadaniem jest nie tylko doprowadzać do takich sytuacji, ale i z nich wyprowadzać. - Mówił głosem tak cichym i łagodnym, że niemal hipnotyzującym. - Chciałbym, aby traktował mnie pan jak trwałą część swego majątku. Majątku, firmy i rodziny.

Dwie minuty później stał przy rurze z zamówieniem na ćwierć miliona dolarów na pakiet akcji firmy o nazwie Microsoft. Nigdy dotąd o niej nie słyszałem, ale wyglądało na to, że to porządna spółka. Tak czy inaczej pobrał za tę transakcję prowizję w wysokości trzech tysięcy dolarów. Ja miałem w kieszeni siedem.

Do dwunastej zdążyłem zgłodnieć. Burczało mi w brzuchu, kręciło mi się w głowie i koszmarnie się pociłem. Ale najważniejsze było to, że złapałem bakcyla. W moich żyłach i wnętrznościach grzmiał potężny ryk, poruszając wszystkie włókna nerwowe ciała, całe moje jestestwo. Wiedziałem, że dam sobie radę. Wiedziałem, że poradzę sobie, tak jak kiedyś poradził sobie Mark Ha