Страница 55 из 98
Milczeli dłuższą chwilę, po czym Bernard szybkim ruchem ujął podręczny nadaw-czo-odbiorczy aparat radiowy. Nastawił na odpowiednią falę i czekał sygnału.
Z głośnika popłynął jednostajny szum, przez który nierytmicznie przebijały się ni to warkliwe trzaski, ni to zawodzenia — przeciągłe, niemożliwe do rozpoznania.
Sekundy wlokły się coraz uciążliwiej, a kiedy już splatały łańcuszek minut, Bernard nie wytrzymał: zaczął manipulować gałką strojenia zrazu powoli, a potem coraz bardziej nerwowo. Zmieniał falę — raz, drugi, trzeci. Nie skutkowało. Tylko chwilami mogło się zdawać, że dobiega ludzki głos, jednak zbyt zniekształcony, aby go zrozumieć.
Rozdrażnienie Bernarda udzieliło się Silvie, lecz nie chciała tego okazać. Powiedziała tym łagodniej:
— Spróbuję sprawdzić na moim… Bernard ruchem ręki poprosił ją o ciszę.
Rzeczywiście coś się działo w odbiorniku. Poprzez szumy i trzaski przebijały dźwięki, które można było rozpoznać jako rozmowę. Co pewien czas padały ochrypłe, pojedyncze słowa nie powiązane z sobą.
— …jak Krakatau świadczy, że… — powtórzyła Silva z lękiem w oczach. — Przyrównują dzisiejsze zjawisko do sły
— Przyrównują… — powtórzył Bernard machinalnie.
— Spróbuję sprawdzić na moim aparacie — ponowiła Silva. — Może twój jest uszkodzony.
Powtórzyło się jednak to samo. Poszczególne słowa, wynurzające się z chaosu od przypadku do przypadku, nie wyjaśniały niczego. Niektóre zdawały się potwierdzać i wzmagać zagrożenie, lecz łatwo było o błąd w interpretacji.
Bernard podjął jeszcze jedną próbę: odszedł sto kroków i nawiązał łączność z Silva. Aparaty pracowały bez zarzutu. Oboje głowili się, co udaremnia odbiór na większe odległości.
— Może silny wybuch na Słońcu? — spytała Silva; — Pamiętasz, jak kiedyś przez kilka godzin nie mogliśmy z sobą rozmawiać? Byłeś w Japonii, a ja na Grenlandii. Potem wystartowaliśmy prawie równocześnie, rozmijając się w locie. Pamiętasz?
Jakże mógłby zapomnieć! Dokładnie pamiętał miesiąc, dzień, porę dnia. Przytulił ją mocno i pocałował w rozchylone ciepłe usta. Jak w ogromnym perspektywicznym skrócie nad podziw wyraziście stanęły mu przed oczami wszystkie dni, które rzuciły Silvę w jego ramiona. — Czy to nie jest złowieszcze? — pomyślał z nieokreślonym lękiem. — Podobno tuż przed śmiercią człowiek widzi swoje życie właśnie tak.
Silny wstrząs omal nie zwalił ich z nóg. Bernard wparł się mocno stopami w pokryty murawą miękki grunt. Silva patrzyła mu w twarz oczami zalęknionego dziecka. Bladoróżowa łuna nieba odbijała się w jej wilgotnych źrenicach.
— Co to? — zapylała po chwili.
— Nie wiem. To znaczy — poprawił się Bernard — jak widzisz, trzęsienie ziemi. Oczywiście… Tylko nie mam pojęcia, jak to rozumieć, czym je tłumaczyć. W tej okolicy gwałtowny wstrząs tektoniczny?
— Czy to ma związek z tamtym? Wydaje się, że na pewno. Dziewczyna przypomniała sobie, iż Bernard nie może dostać połączenia radiowego z Instytutem Ochrony Człowieka.
— Spróbuj jeszcze przez BS — doradziła. — Chyba że to jakieś zaburzenie jono-sferyczne. Może burza magnetyczna? Może silne rozbłyski słoneczne?
— Wykluczone. Dziś rano nie było żadnego komunikatu.
KATAKLIZM
Zanim Bernard i Silva zdecydowali się polecieć do Bieguna Południowego, odległego o sześć godzin lotu, wiele się zmieniło w przyrodzie: Przerażające znaki na niebie i ziemi nakazywały czujność, rozwagę i szybkość działania.
Jako człowiek dwudziestego szóstego wieku Bernard pojęciem „odpowiedzialność” ogarniał to, co zawierało się w ramach codzie
Nigdy wszakże dotąd nie zetknął się z kataklizmem na tak ogromną skalę. Nie znał dokładnie istoty tych dramatycznych wydarzeń, a ich rozmiarów zaledwie się domyślał. Zdawał sobie jednak sprawę, że nie może to być katastrofa lokalna.
Najgorsze nadeszło wówczas, gdy podejrzana zorza poczęła przygasać i wreszcie skryła się w nieprzeniknionej ciemności. Już dawno zniknęły gwiazdy. Wszechobecna czerń wchłaniała bliższe i dalsze otoczenie. Bez okularów, przekształcających promieniowanie podczerwone w światło widzialne, nie dałoby się dostrzec własnej wyciągniętej dłoni.
Nastawiwszy okulary na największą jasność nocnego widzenia. Bernard i Silva mogli wprawdzie rozpoznać niektóre przedmioty bardziej odcinające się od otoczenia, lecz w dali, tam gdzie zgasła krwawiąca niedawno łuna, jak zła wróżba rozpanoszyły się słupy dymów (a może chmur?) wrośnięte w ziemię i w niebo niczym gigantyczne drzewa.
Równocześnie występowały zagadkowe, niespokojne zmiany w otoczeniu. Temperatura powietrza wzrastała, i to coraz gwałtowniej. Termometr przekroczył już graniczną wartość dwudziestu pięciu stopni Celsjusza, charakterystyczną dla terenów objętych nocą polarną. Kiedy osiągnął trzydzieści stopni. Bernard nie miał wątpliwości, że stoją w obliczu przeogromnego wybuchu wulkanu. Można było wnioskować, że mieszkańcy rozległych obszarów zostali zaskoczeni, a w bezpośrednim sąsiedztwie wybuchu nikt nie ocalał. W myślach Bernarda liczba ofiar dwoiła się, troiła, dziesięciokrotniała. Antarktyda — najpóźniej zagospodarowana część świata — nie była zaludniona tak gęsto jak i
Założywszy aparaty plecowe, pospiesznie wzbili się w górę. Bez dyskusji postanowili lecieć do Bieguna Południowego. Pojęcie to miało dwojakie znaczenie. Określało nie tylko geograficzny punkt, przez który przechodzi oś obrotu kuli ziemskiej, gdzie wszystkie drogi wiodą z północy na północ, lecz również piękne, nowoczesne miasto, jedną ze światowych metropolii.
Historia powstania tego miasta wiązała się z wielkimi odkryciami geograficznymi w dwudziestym wieku. W Międzynarodowym Roku Geofizycznym 1957/1958, przeszło pół wieku po zdobyciu bieguna przez Amundsena i Scotta, spotkały się tam — jak wcześniej było uzgodnione — ekipy amerykańskie i radzieckie. Założonej wtedy stacji nie zasypały śniegi, gdyż człowiek miał ją stale w swojej pieczy. Jako placówka badawcza rozrastała się z roku na rok. W początkach dwudziestego pierwszego stulecia była już miastem badaczy osiedlających się tu przeważnie na okres paroletni, najczęściej z rodzinami.
Później, gdy przystąpiono do regulacji klimatu świata, Antarktyda stała się frontem walki z przyrodą i terenem późniejszego z nią przymierza. Nie można było stopić lodowców, gdyż podniosłoby to poziom oceanów o kilkadziesiąt metrów. Zastosowano więc tak zwaną zasadę termosu. Po wstępnych zabiegach częściowej niwelacji gruntu pokryto lody warstwą termoizolacyjną. Na tym nowym podłożu zasadzono leśne rezerwaty, pola uprawne i kwitnące gaje, a pięknie rozbudowująca się stolica szóstej części świata zachowała prostą nazwę z czasów, gdy pionierzy zgrabiałymi z zimna rękami wbijali w lód żelazne słupy i klecili drewniane baraki.
Warunki lotu Bernarda i Silvy stawały się coraz trudniejsze. Dokuczało im gorąco, które przywodziło na myśl suchą piekielną łaźnię. Powietrze było mętne, drobniutki pył wulkaniczny bardzo ograniczał widoczność; tylko chwilami sięgała dwustu metrów — przy nastawieniu okularów podczerwonych na największą ostrość.