Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 31 из 98

Właściwie już w piątym tygodniu naszego pobytu pod murami miasta oświadczyła otwarcie, że z Lu dzieje się coś niedobrego. Co prawda, fizycznie i umysłowo rozwijał się normalnie (jeśli w ogóle można mówić o normalnym rozwoju w tempie od trzydziestu do sześćdziesięciu razy szybszym), rósł i stawał się coraz mądrzejszy, ale jednocześnie, zwłaszcza po dłuższej nieobecności, nabierał, jak twierdziła Zoe, jakichś nieludzkich, nieprzyjemnych cech. Nie było to już dziecko pragnące matczynej pieszczoty, igrające niegdyś z Ro i odczuwające potrzebę wypowiedzenia wszystkiego, co przeżyło, lecz baczny obserwator, rzeczowy, zimny krytyk, a nawet zdecydowanie ukształtowana indywidualność, dążąca do narzucenia swej woli i

My ze swej strony podjęliśmy systematyczne próby nawiązania z Urpianami bliższego kontaktu. Nie było to ani łatwe, ani trudne. Widzieliśmy Urpian stale. Zdarzało się również czasem, bardzo co prawda rzadko, iż przenikali przez ściany i przebiegali z ogromną szybkością przez puszczę, zwi

Nawet ci, którzy patrzyli na nas, zachowywali się dziwacznie. Zatrzymywali się na moment, potem znów pędzili dalej. W ogóle nie wykazywali zainteresowania naszymi próbami nawiązania kontaktu. Niemałą rolę odgrywało tu różne tempo przeżyć, ale przecież, jak wynikało z opowiadań Zoe, obojętność ta występowała również względem niej.

W związku z tym najbardziej niepokoił nas bliski termin przylotu Astrobolidu. Czy całą ekspedycję czeka ten sam los?

Liczyliśmy tylko na Zoe, a raczej na wpływ, jaki wywierała na Lu. Niestety, wpływ ten kurczył się w zastraszającym tempie, choć nie ustawała w wysiłkach, wykorzystując każde z nim spotkanie. Byliśmy przekonani, że robi, co może.

Mówiła nam, że Lu coś wie o Astrobolidzie, jednak nie chce jej nic powiedzieć. Podobno twierdził wręcz, że nasze obawy, iż Urpianie doprowadzą do zniszczenia ekspedycji, są naiwne, a nawet parokrotnie oświadczył, że powi

Życie nasze toczyło się monoto

Tak minęły od ostatnich odwiedzin Zoe dwadzieścia trzy dni juventyńskie, czyli ponad miesiąc ziemski. Nie wiedzieliśmy, co w tym czasie działo się z nią i z Lu. Mogliśmy tylko przypuszczać, że dla nich dwojga upłynęły chyba trzy, cztery lata życia.

Według obliczeń Deana ekspedycja Astrobolidu powi

Dwudziestego czwartego dnia juventyńskiego, licząc od ostatnich odwiedzin Zoe, w godzinach popołudniowych, gdy powróciliśmy wszyscy do pawilonu po dłuższym spacerze pod murami miasta, nastąpiło to, czego, się najmniej mogliśmy spodziewać. Gdy Jaro jako ostatni z wchodzących przekroczył pionową szczelinę między przezroczystymi ścianami pawilonu, odnieśliśmy wrażenie, jakby ściany nagle się gdzieś rozpierzchły, i niespodziewanie naszym oczom ukazało się wnętrze… Astrobolidu. Przy pulpicie kierowniczym pantoskopu siedział przewodniczący ekspedycji Andrzej Kraw-czyk i rozmawiał z Korą Heto, która stała w drzwiach obserwatorium. Postacie ich były ogromne, jakby oglądane w stereokinie.

Na ekranie pantoskopu świeciła zielonkawym światłem wielka kula Juventy. A więc Astrobolid nie poleciał za nami na Błyskającą! To było pierwsze nasze radosne spostrzeżenie.

Andrzej i Kora rozmawiali, a do naszych uszu docierała ich rozmowa.

— Źródło sygnałów musi znajdować się gdzieś w pobliżu przylądka — mówił Andrzej. Prawdopodobnie nawet na terenie tego miasta.

— Dlaczego jednak nie przechodzą na wizję, a przynajmniej na samą fonię? — zastanawiała się Kora.

— Widocznie nie mogą. Może kosmolot został na Błyskającej i przylecieli tu w statku gospodarzy układu. Ostatnie meldunki słowne pochodzą sprzed lądowania na Błyskającej.

— Nie bardzo mi się to podoba. Przecież z tej odległości byłby już zupełnie możliwy odbiór emisji nawet nadajników skafandrowych. Wszystko wydaje się dość niepokojące. To długie, blisko pięciomiesięczne milczenie… A teraz znów odezwanie się radiolatarni.

— W każdym razie czekać dłużej chyba nie ma sensu. Niech Wład leci na zwiady z łazikiem jako ubezpieczeniem.

— Nie! — zawołała odruchowo Ast.

— Przecież oni nas nie słyszą — rzucił szeptem do mego ucha Dean. Ale Andrzej i Kora usłyszeli. Odwrócili gwałtownie głowy, oczy ich rozszerzyło zdziwienie.

— Andrzej! — krzyknął Jaro.

— Jaro! Szu! Dean! — zawołał astronom. — Co tu się dzieje?

— A więc naprawdę widzicie nas i słyszycie?

— Zupełnie wyraźnie!

— Gdzie nas widzicie?

— Na środku sali. Jakby niewielki, świecący obłok, a w nim wasze postacie. Nawet sprzęty. Zdaje się, że fragment wnętrza kosmolotu. Postacie wasze są małe, bardzo małe. — To prawdopodobnie urpiańska telewizja — usiłował wyjaśnić Jaro.

— Ale skąd we wnętrzu Astrobolidu?

— Gdyby tylko takie zagadki trzeba było rozwiązywać — westchnął Szu. — Tu cały świat jest jedną wielką niewiadomą.

— Mówże jaśniej, co się z wami dzieje?

— Przede wszystkim nie lądujcie! — zawołałam nerwowo, przypomniawszy sobie słowa Andrzeja. — Te sygnały są nie nasze, to Urpianie wprowadzają was w błąd. Nic ufajcie im. Przyślijcie po nas jakiś zautomatyzowany prom, ale sami nie lądujcie na tej przeklętej planecie.

— Przeklętej planecie? — Andrzej nie mógł zrozumieć, co mam na myśli. Tymczasem na ścianach ukazały się plastyczne obrazy z włączanych kolejno wi-deofonów. Nasi przyjaciele, krewni, koledzy, koleżanki, których nie widzieliśmy już od wielu miesięcy. Oto rozpromieniona szczęściem twarz Tai — matki Szu, oto zawsze opanowany mimo wzruszenia Igor Kondratjew ze swą córką Ziną, oto Will Summer-brock, Nym, Suzy, Wiktor, Rita, Hans… Coraz więcej twarzy… W drzwiach pojawili się Ingrid i Allan.

— Więc wszyscy żyjecie? Jesteście zdrowi? Cóż to za niezwykła telewizja! Co się z wami działo? Gdzie wylądowaliście? Dlaczego nie dawaliście znaku życia? — krzyżowały się pytania.

— Cóż znaczą te wasze brody, długie włosy? Opaski na biodrach?

— Gdzie wasze ubrania? Co to za maskarada?

— Gdzie kosmolot?

— Został zniszczony cztery miesiące temu! Zapanowała na chwilę cisza. — A sprzęty? Przecież to są koje, tapczany i fotele z kosmolotu? — zdziwił się Andrzej.

— Sprzęty zostały odtworzone przez Urpian — wyjaśnił Szu. — Zresztą są one jedynymi przedmiotami ze świata cywilizowanego, z których nam pozwolono korzystać.

— Nie rozumiem.

— Pozbawiono nas wszystkiego! — wybuchnął Jaro. — Te sprzęty to też dopiero niedawno… Przedtem żyliśmy zupełnie jak ludzie pierwotni. W dzikiej puszczy. Nadzy, bezbro

— Co za Lu?

— Syn Zoe.

Spojrzałam odruchowo na Allana. Twarz jego jakby zszarzała.

— Zoe ma syna? Z kim?

Pytanie padło z ust Renego, który już dłuższą chwilę stał wraz z Władem w drzwiach, patrząc na nas z ogromnym zdziwieniem. Zaległo kłopotliwe milczenie.

— Gdzie jest Zoe? Gdzie jest moja córka? — przerwał ciszę głos Ingrid.

— Zoe jest wśród Urpian — powiedział Jaro jakby z wysiłkiem. Zobaczyłam strach w oczach Allana. Nie odezwał się jednak słowem.