Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 14 из 98

Nasz sen był nerwowy i męczący. Od opuszczenia kosmolotu; a więc od blisko pięćdziesięciu siedmiu godzin, nie zdejmowaliśmy skafandrów, co stawało się coraz bardziej uciążliwe. Tęskniliśmy zwłaszcza za świeżą, orzeźwiającą kąpielą.

Zaraz po przebudzeniu zbadaliśmy przede wszystkim najbliższy teren. W równych, kilkusetmetrowych odstępach wznosiły się tu wysokie budowle o kształtach grzybów, których czarne kapelusze pokryte były cienkimi, ruchliwymi prętami zwracającymi swe ostrza ku największej jasności na niebie — tam gdzie Toliman B przeświecał przez grubą warstwę chmur. Nigdzie, ani w „kapeluszu”, ani w potężnej „nodze”, nie znaleźliśmy żadnych otworów okie

Widząc, że niewiele potrafimy tu zdziałać, ruszyliśmy w dalszą drogę na północ.

Krajobraz zmieniał się teraz szybko. Budowle przybierały coraz to i

Tak minęły znów trzy dni błyskańskie. Mimo skrupulatnych badań nie znaleźliśmy żadnych bezpośrednich śladów pobytu na tym terenie istot rozumnych ani też zwierząt. Również to, co początkowo wzięliśmy za swoistą rośli

Co prawda Szu za pomocą swego „badacza”stwierdził występowanie drobnoustrojów, ale było ich tu znacznie mniej niż na Ziemi czy Temie.

Skło

Samopoczucie nasze pogarszało się z godziny na godzinę. Poszukiwania bez rezultatu, brak odżywczego płynu, szybkie zużywanie zapasów paliwa jądrowego w aparatach plecowych, konieczność stałego przebywania w skafandrach — wszystko to sprawiało, że zaczęły nas ogarniać najgorsze obawy. Wreszcie, gdy pozostało zaledwie parę kropli płynu, przy czym Szu ratował nas częściowo swym zapasem, stanęliśmy wobec alternatywy: albo dotrzemy w ciągu dwudziestu paru godzin do jakiegoś źródła wody, albo grozi nam śmierć.

Wszystkie mapy Błyskającej pozostały w kosmolocie, pamiętaliśmy jednak, że na północy, w pobliżu bieguna, spotkamy największe morze tej planety. Polecieliśmy więc w tym kierunku, rozwijając możliwie największą prędkość, na jaką pozwalała gęsta, gorąca atmosfera.

Do Morza Północnego dotarliśmy około czwartego ziemskiego dnia na Błyskającej. Byliśmy wyczerpani do ostateczności. Pragnienie stawało się już nie do zniesienia. Przez ostatnie czterdzieści godzin wypiliśmy zaledwie 120 cm płynu, gdy przeciętne zapotrzebowanie organizmu wynosi 2300 cm dzie

W miejscu naszego lądowania brzegi morza tworzyły wielką zatokę zamkniętą czymś, co można było uznać za wysoki, wielostopniowy „falochron”. Mimo że noc utrudniała widoczność, Ast nie zwlekając przystąpiła do zbadania składu chemicznego wody morskiej. Niestety, woda nie nadawała się do picia. Trzeba było doczekać świtu i spróbować ją oczyścić.

Byłam tak zmęczona, że mimo pragnienia zmorzył mnie krótki, nerwowy sen. Śniły mi się jakieś automaty migające rojami światełek. Sploty rurek, to znów dziwaczne budowle, a wśród nich poruszające się szybko jakieś potwory podobne do ośmiornic czy pająków.

Gdy się przebudziłam, byłam pod silnym wrażeniem tego snu, choć pamiętałam go tylko fragmentarycznie. Trudno mi było zebrać myśli. Odczuwałam jednocześnie palącą tęsknotę za Deanem i ogromny żal, że nie ujrzałam go we śnie. Tak pragnęłam, aby mi się chociaż przyśnił…

Te męczące, nerwowe sny wiązały się na pewno z brakiem wody. Sytuacja nasza stawała się coraz groźniejsza.

Przed świtem, drugiego dnia pobytu nad morzem, byłam przypadkowo świadkiem rozmowy Szu i Ast. Nocowaliśmy na „falochronie”. Oni oddalili się i rozmawiali szeptem myśląc, że śpię.

— Nie wiem, co będzie jutro — mówił Szu. — Badałem spektroanalizatorem skład chemiczny tego oczyszczonego przez ciebie roztworu wodnego. Zaczynam wątpić, czy potrafimy doprowadzić wodę do takiego stanu, by nadawała się do picia.

— A jeśli się nie uda?

Szu wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział.

— Jestem już tak wyczerpana, że dosłownie nie mogę utrzymać się na nogach — podjęta Ast. — Spałam niewiele. Chyba najwyżej z godzinę. Po przebudzeniu czuję się jeszcze gorzej.

— Ja również. Ostatnio często miewam jakieś dziwne majaki. Upiorne, męczące sny…

— Co ci się śniło?

— Znajdowałem się w wysokiej, przestro

— Pragnienie i wyczerpanie. Wszyscy myślimy o wodzie.

— A wiesz, że śniła mi się Zoe?

— Zoe?

— Tak. Widziałem ją daleko, jakby w głębi tego podziemia. Stała tak jak i ja naga pod przezroczystym kloszem, bez aparatu dla niewidomych. Oczy miała zamknięte. I ją też oplotły węże. Były wielobarwne, jakby ogniste… Jej ciało drżało. Zdawało mi się, że próbuje odepchnąć od siebie te węże, a coś paraliżuje jej ruchy. Od tej chwili jeszcze nie mogę się otrząsnąć z wrażenia.

— Nie mów o tym Daisy — Ast spojrzała na mnie, ale widocznie sądziła, że śpię, bo podjęła dalej szeptem: — Po co jej przypominać… To wszystko jest przerażające… Czy śnił ci się Dean i Jaro?

— Nie. Tylko Zoe.

— No cóż. Może ich śmierć była lżejsza. Cierpieli chyba bardzo krótko. Nas tu czeka męka. Pragnienie to chyba najstraszniejsza tortura.

Świtało. Szu wstał i powlókł się w dół, ku morzu. Ast poszła za nim. Ja również.

Na jednym z niższych stopni „falochronu”, zwróconym w stronę lądu, założyliśmy prymitywne laboratorium. Za filtry służyły napełnione piaskiem otwory w twardej skorupie budowli. Wodę czerpaliśmy za pomocą ampułek przeznaczonych na próbki.

Szu zaczął badać wodę z różnych zagłębień. Wylewał, nabierał nowej, przelewał z ampułki do ampułki. Wreszcie wstał.

— Niestety, i ja też nie potrafię — powiedział do Ast.

— Trzeba by laboratorium… Parę kolb, skraplacz, grzejnik…

— A więc? — zapytałam.

Teraz dopiero spostrzegli, że stoję za nimi.

— Daisy?

— A więc? — powtórzyłam.

— Nie wiem. Woda zawiera jakieś trujące związki. Zbyt słabo znam się na chemii, aby je usunąć… Może gdyby tu był mój ojciec. On nawet bez przyrządów dałby sobie radę. Niestety, ja…

— A więc? — powtórzyłam po raz trzeci.

— Nie widzę wyjścia — odrzekł, patrząc ponuro po falach, rozbijających się z szumem na pierwszych stopniach „falochronu”. — Nie widzę żadnego wyjścia.