Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 30 из 42

— Obalasz moje przypuszczenia z takim zapałem, jakbym ja twardo upierał

się przy ich trafności — uśmiechnął się Har. — Powiedziałem przecież, że to tylko jedno z możliwych tłumaczeń. Zgadzam się, że w warunkach zbyt sprzyjających nie mogła rozwinąć się rasa myśląca. Skąd jednak możemy wiedzieć, czy warunki takie panowały tu zawsze? Może uległy jakiejś zasadniczej zmianie? Może w chwili, gdy budowano stożek, wszystko wskazywało na normalne, to znaczy stosowne do potrzeb, tempo rozwoju Florytów, a potem nastąpił gwałtowny kataklizm całkowicie zmieniający warunki bytu, i to zmieniający na znacznie lżejsze?

— To jest myśl! — ucieszył się Ted. — Rozleniwieni, rozpieszczeni przez przyrodę Floryci nie spełnili nadziei tych, którzy chcieli wspomóc ich postęp 95

techniczny! Pozostali na takim poziomie, na jakim zastała ich owa zmiana warunków. . . A może nawet stopniowo. . . głupieją?

— Wniosek nieco za pochopny — pokręcił głową Har. — Przypomnij sobie, co się działo w Grecji w czasach niewolnictwa! Łatwość i komfort życia, uwol-nienie się klas właścicieli niewolników od pracy fizycznej spowodowało ogromny rozkwit sztuki i filozofii! Głupieje się tylko od zupełnej bezczy

— Uważasz, że Floryci są szczęśliwi i zadowoleni z tego, co mają? Że nie próbują wydobyć z otoczenia niczego ponad to, co przyroda sama im daje? Słowem, sądzisz, że istota rozumna może być szczęśliwa i zadowolona w warunkach doskonałego zabezpieczenia potrzeb bytowych?

— Nie! — powiedział Har twardo. — Przeciwnie. Istota rozumna nie może nigdy czuć się zadowolona i szczęśliwa. Stan taki jest nie do osiągnięcia, gdyż potrzeby rodzą potrzeby. Jednak najistotniejsze jest to, co osiąga się samemu. Pod-suwanie gotowych rozwiązań nie daje zadowolenia. Dlatego uważam, że wszelkie wspomaganie cywilizacji jest bezcelowe, szczególnie, gdy nic jej nie zagraża i nie hamuje — choćby najwolniejszego — rozwoju. Technika nie jest celem, do które-go trzeba dążyć za wszelką cenę. Jest tylko środkiem dla uwolnienia ludzkiej czy nieludzkiej myśli od spraw walki o byt i przetrwanie. I tylko tam, gdzie ta walka jest ciężka i trudna, rozwój techniki jest konieczny. . .

Har zamilkł nagle, jakby dopiero teraz uprzytomnił sobie, że nie stoi przed gronem kolegów-naukowców, że ma przed sobą chłopaka, który nie widział nigdy Ziemi.

— Chodźmy stąd. Zarejestrowałem wszystko na taśmach filmowych i dźwię-

kowych, nie mamy co tu dłużej robić. Nie chcę niczego zmieniać ani niszczyć.

Poczekamy na decyzję Rady Naukowej. Sądzę, że będą ze mną zgodni i zostawią wszystko w pierwotnym stanie.

Ted niechętnie oderwał się od eksponatów i powoli szedł za Harem po schod-kach w górę szybu. Ewa siedziała na skraju urwiska i lornetowała okolicę.

— Tam, nad tym jeziorem, porusza się coś — powiedziała, gdy stanęli za jej plecami. — Zbyt jednak daleko, by można było rozpoznać kształty. Może tam jest 96

jakieś osiedle Florytów?

Popatrzyli kolejno przez lornetę. Har rozejrzał się po okolicy, by ustalić dogodną drogę zejścia.

— Chyba należałoby zamknąć ten stożek — zastanawiał się Ted. — Nie wiem tylko, czy uda się to zrobić. Spróbuję za pomocą tego samego sposobu, w jaki dał

się otworzyć. . .

Z ociąganiem, jakby żal mu było stąd odejść, pokręcił się jeszcze wokół zamkniętego stożka, a potem wrócił do towarzyszy i niezdecydowanie zaczął:

— Te dźwięki, które mają oznaczać w języku Florytów nazwy maszyn i na-rzędzi. . . Przecież to nie mogły być nazwy. . .

— Oczywiście, że nazwy te nie istniały i nie istnieją dotąd w języku Florytów!

— powiedział Har. — Dopóki nie ma przedmiotów, nie ma i nazw. Sądzę, że zostały urobione według zasad języka Florytów przez twórców stożka.

— Nie bardzo rozumiem po co? — wtrąciła Ewa. — Czyżby sądzili, że tubylcy nie potrafią tych rzeczy ponazywać po swojemu? Zrobiliby to najzgodniej z własnym poczuciem językowym!

— Wiem dokładnie tyle, co wy! — mruknął Har, wciąż patrząc przez lornetę.

— Wszystko to tylko domysły. Nagraliśmy te dźwięki. Może ułatwią rozszyfro-wanie języka Florytów. . . A poza tym stanowczo za dużo dyskutujemy, zamiast zbierać fakty. Od tej chwili koniec rozmów — dodał groźnie. — Podsumowanie zrobimy po powrocie do rakiety, razem z Werą, Adamem i Maxem. Oni też będą mieli dużo do powiedzenia. Może wniosą jakiś nowy element do naszych hipotez.

Tafla jeziora to pojawiała się, to niknęła im z oczu, gdy schodzili ku niej fa-listym zboczem. Har szedł pierwszy, milcząc zawzięcie. Ewa i Ted początkowo również starali się nie rozmawiać, ale po kilkunastu minutach nie mogli już opanować się i wyłączywszy nadajniki osobiste, aby Har ich nie słyszał, pozostali nieco w tyle, by co chwila wymieniać jakieś krótkie spostrzeżenia.

Brzeg jeziora porastały z jednej strony obfite zarośla. Dno było doskonale widoczne poprzez czystą wodę. Cała okolica nie sprawiała wrażenia odwiedzanej przez kogokolwiek. W pewnej chwili Har, który wszedł po kolana w wodę, pochylił się i wydobył z dna jakiś spory przedmiot.

Było to coś w rodzaju naczynia wykonanego ze skorupy owocu podobnego do tych, które widzieli na ruchomych obrazach w podziemiach stożka. Brzegi były gładko oszlifowane, a zewnętrzną i wewnętrzną powierzchnię pokrywała sieć misternych nacięć.

— Jeszcze jeden przejaw ich skło

— Zamiast przystosowywać przyrodę do swych potrzeb, sami się do niej przystosowali — zauważyła Ewa.

— Jeśli chodzi o ślady. . . to można by poszukać! — zaproponował Ted, krążąc 97

nad brzegiem wody. — O, tu na przykład, widzę jakby ścieżkę, wydeptaną wśród porostów.

Ścieżka znaczyła się słabiutko i wiodła do pierwszych drzew. Dalej nie było już żadnego śladu, jakby chodzące nią istoty odrywały się od ziemi. Najprawdo-podobniej łatwiej im było posuwać się pośród splecionych gałęzi niż przez gąszcz dolnych pięter rośli

— Nie wytropimy ich w ten sposób. Są czujni i nie dadzą się podejść. Nie będziemy przecież urządzać polowania z nagonką! — powiedział Har.

Obeszli jezioro i posuwali się dalej zboczem łańcucha wzgórz, rzadziej zaro-

śniętym i przez to umożliwiającym swobodny marsz. Po godzinie podchodzenia łagodnym zboczem weszli między strome ściany głęboko wciętej doliny. Skały były miejscami silnie rozkruszone i tworzyły niebezpieczne osypiska, idąc więc, rozglądali się bacznie, by uniknąć spadających z góry kamieni.

— Jaskinia! — powiedział nagle Ted, wskazując na prawe zbocze. — Nawet niezbyt wysoko. Możemy tam zajrzeć.

— Spróbujmy — powiedział Har bez przekonania. — Wydaje mi się jednak, że nasza metoda ostrożnej penetracji nie da spodziewanych wyników. Trzeba bę-

dzie zastosować radykalniejsze sposoby. . . Straciliśmy nieco czasu, ale. . . kto mógł przewidzieć, że oni będą się przed nami kryli i do tego stopnia utrudniali nam pracę!

— No, nie jest tak źle! — zaoponował Ted. — Odkryliśmy przecież niezmiernie ważną rzecz: stożek!