Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 13 из 15

11

Londyn, wiosna 1999

Zanim Jay dotarł do klubu „Spy’s” dochodziła już dziesiąta i przyjęcie było w toku. Kolejna literacka impreza Kerry, pomyślał ponuro. Znudzeni dzie

Włączył radio, nadal nastawione na stację starych przebojów, i usłyszał Roda Stewarta śpiewającego „Sailing”, jeden z ulubionych utworów Joego – „zawsze przywodzi mi na myśl one czasy, gdy tak wiele podróżowałem, chłopcze” – i Jay wsłuchał się w nostalgiczne tony, wpychając jednocześnie do torby z butelkami jakieś ubrania chwycone na chybił trafił. Zadziwiające, z jak niewielką liczbą rzeczy nie był w stanie się rozstać i musiał zabrać ze sobą. Maszyna do pisania. Niedokończony maszynopis „Niezłomnego Corteza”. Parę ukochanych książek. Radio. I, oczywiście, kilka butelek wina, ze „Specjałami” Joego na czele. Kolejny impuls, powiedział sobie w duchu. To wino było przecież całkiem bezwartościowe, niemal nie nadające się do picia. A tymczasem Jay nie potrafił się uwolnić od przekonania, że w tych butelkach kryje się coś niezbędnego mu do życia. Coś, bez czego teraz absolutnie nie umiałby się obejść.

„Spy’s” to jeden z wielu podobnych do siebie londyńskich klubów. Ich nazwy i wystrój się zmieniają, ale miejsca pozostają w swej istocie takie same: pełne blichtru, hałaśliwe, pozbawione duszy. Około północy wszyscy goście porzucają już wszelkie pozory intelektualizmu i zabierają się na poważnie za upajanie alkoholem, ostro flirtując z kim popadnie i oczerniając wszelkich możliwych konkurentów. Kiedy wysiadł z taksówki z brezentową torbą przewieszoną przez ramię i niewielką walizką w dłoni, Jay zdał sobie sprawę, że zapomniał zabrać z domu zaproszenie. Jednak po krótkiej, ostrej wymianie zdań z bramkarzem, zdołał przekazać wiadomość Kerry, która pokazała się parę minut później w sukience kupionej w snobistycznym domu mody, z lodowatym uśmiechem na ustach.

– W porządku – rzuciła bramkarzowi. – On jest po prostu beznadziejny – mówiąc to, zlustrowała swymi szmaragdowozielonymi oczami Jaya: jego dżinsy, płaszcz przeciwdeszczowy i brezentową torbę na ramieniu.

– Widzę, że postanowiłeś nie wkładać Armaniego – stwierdziła chłodno.

W tym momencie jego euforia opadła już ostatecznie, pozostawiając po sobie jedynie coś na kształt tępego kaca. Jednak Jay ze zdziwieniem spostrzegł, że mimo to pozostał niezłomny w swym postanowieniu. Dotykanie podróżnej torby zdawało się pomagać, więc czynił to raz po raz, jakby testował realność jej istnienia. Pod warstwą brezentu butelki pobrzękiwały cicho, w równym rytmie.

– Kupiłem dom – oznajmił Jay, wyciągając przed siebie rękę z wymiętą broszurą. – Popatrz, Kerry, to chateau Joego. Kupiłem go dziś rano. Od razu rozpoznałem ten dom, gdy tylko ujrzałem zdjęcie.

Pod beznamiętnym, zielonym spojrzeniem poczuł się beznadziejnie dzieci

– Nazywa się Chateau Foudouin – dorzucił. Kerry spojrzała na niego uważnie.

– Kupiłeś dom. Potaknął skinieniem głowy.

– Tak po prostu kupiłeś dom? – spytała pełnym niedowierzania głosem. – I zrobiłeś to dzisiaj?

Znowu skinął głową. Miał jej do powiedzenia tak wiele. To było przeznaczenie, chciał krzyknąć, to magia, którą bezskutecznie próbował odnaleźć od dwudziestu lat. Chciał jej opowiedzieć wszystko o tej broszurze i promieniu słońca, i o tym, jak zdjęcie tego domu po prostu na niego wyskoczyło. Chciał jej wyjaśnić, jak wielka ogarnęła go wówczas pewność, że ten dom sam wybrał właśnie jego, a nie odwrotnie.

– To niemożliwe, żebyś kupił dom. – Kerry wciąż usiłowała przyswoić sobie jego słowa. – Na Boga jedynego, Jay, przecież ty się wahasz całymi godzinami, zanim kupisz koszulę!

– Ale tym razem było inaczej. Było tak, jakby… – próbował zwerbalizować własne emocje: owo tajemnicze przeświadczenie, wszechogarniające poczucie przymusu. Doświadczył tego po raz pierwszy od czasu, gdy był nastolatkiem: tej wiedzy, że życie nie jest pełne bez jakiegoś nieskończenie pożądanego, magicznego, totemicznego przedmiotu – pary rentgenowskich okularów, kalkomanii z wizerunkami Hell’s Angels, biletu kinowego na wyjątkowy film, ostatniego singla najmodniejszej kapeli – pewności, że wejście w jego posiadanie wszystko zmieni, że można będzie potwierdzać jego istnienie ciągłym dotykaniem, macaniem go we własnej kieszeni. To nie było uczucie, które mógłby żywić dorosły, dojrzały człowiek. Było o wiele prymitywniejsze, płynące z samych trzewi. Z nagłym zdziwieniem Jay odkrył, że właściwie od dwudziestu lat nie miał żadnych pragnień, że w zasadzie już nie pożądał niczego.

– Jakbym… nagle znowu znalazł się na Pog Hill – oświadczył, w pełni świadomy, że Kerry i tak go nie zrozumie. – Jak gdyby w ogóle nie było tych ostatnich dwudziestu lat.

Twarz Kerry wyrażała kompletne zmieszanie.

– Nie mogę uwierzyć, że pod wpływem nagłego impulsu kupiłeś dom – oznajmiła. – Samochód, tak. Czy motocykl. OK. Gdy się nad tym zastanowię, jestem gotowa przyznać, że byłbyś do tego zdolny. Ostatecznie to tylko duże zabawki dla dużych chłopców. Ale dom?! – Pokręciła głową z wyrazem całkowitego zagubienia. – I co zamierzasz z nim zrobić?

– Zamieszkać w nim – odparł Jay z prostotą. – Tam pracować.

– Ale przecież to gdzieś we Francji. – Irytacja nadała tonowi jej głosu ostrego zabarwienia. – Jay, ja nie mogę sobie pozwolić na grzęźniecie tygodniami we Francji. W przyszłym miesiącu zaczynam nowy program. Mam zbyt wiele zobowiązań. Słuchaj, czy w pobliżu jest chociaż jakieś lotnisko? – Urwała gwałtownie, spoglądając uważnie na podróżną torbę, jakby po raz pierwszy rejestrując jej obecność – obecność walizki, a także jego podróżny strój. Na czole pomiędzy brwiami, pojawiła się jej głęboka bruzda.

– Posłuchaj, Kerry…

Kerry wzniosła dłoń we władczym geście.

– Jedź do domu – poleciła. – To nie jest odpowiednie miejsce na podobną dyskusję. Jedź do domu, Jay, zrelaksuj się, a gdy wrócę, wszystko omówimy na spokojnie. OK? – Jej głos brzmiał teraz powściągliwie: można by odnieść wrażenie, że zwraca się do nadpobudliwego maniaka.

Jay pokręcił głową.

– Ja nie wracam – oświadczył stanowczo. – Muszę na jakiś czas stąd wyjechać. Przyszedłem, żeby ci powiedzieć do widzenia.

Nawet w tym momencie Kerry nie okazała zaskoczenia. Irytację, owszem. Niemal zakrawającą na gniew. Ale pozostała pewna własnej pozycji, niewzruszona w swej postawie i przekonaniu.

– Znowu się urżnąłeś, Jay – stwierdziła autorytatywnie. – I zupełnie nie przemyślałeś tej decyzji. Zjawiasz się tu i ni stąd, ni zowąd częstujesz mnie jakimś idiotycznym pomysłem fundowania sobie drugiego domu, a gdy ja natychmiast nie wpadam z tego powodu w zachwyt…

– To nie ma być mój drugi dom.