Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 6 из 12

Zamknęłam La Praline na dwie godziny przerwy obiadowej i poszłam z Anouk nad rzekę. Parka chudych dzieciaków chlapała się w zielonym mule przy brzegu; nawet w lutym mdliło od nieczystości i zgnilizny. Było zimno, ale słonecznie. Anouk w czerwonym wełnianym płaszczyku i kapeluszu biegała po kamieniach i nawoływała Pan-toufle'a skaczącego za nią. Już się przyzwyczaiłam do Pan-toufle'a – jak do całej reszty tej dziwnej menażerii, którą ona żwawo ciągnie za sobą – aż chwilami nieomal widzę go, modrookiego z szarym pyszczkiem; i świat nagle się rozjaśnia, jak gdyby został gdzieś przeniesiony, a jestem wtedy Anouk, patrzę jej oczami, podążam tam, dokąd ona podąża. W takich chwilach czuję, że mogłabym umrzeć z miłości do niej, mojej małej obcej, i serce mi wzbiera niebezpiecznie, aż jedynym ratunkiem jest bieganie, tak jak ona to robi – w czerwonym roztrzepotanym płaszczyku, skrzydlata i z włosami niczym ogonem komety na tle łaciatego niebieskiego nieba.

Czarny kot przebiegł mi drogę, więc zatrzymałam się, zaczęłam tańczyć wokół niego w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara i śpiewać rymowankę:

Ów va-ti-i, mistigri? Passę sans faire de mai ici.

Anouk się przyłączyła, kot mruczał, przeturlał się po piachu, żeby go pogłaskać. Pochylając się nad nim, zobaczyłam maleńką staruszkę, która z rogu uliczki patrzyła na mnie ciekawie. Czarna spódnica, czarny płaszcz, siwe włosy zaplecione i skręcone w schludny misterny kok. Oczy bystre, czarne, ptasie. Skinęłam jej głową.

– Pani jest z tej chocolaterie – powiedziała. Pomimo swego wieku (oceniłam ją na osiemdziesiąt lat, może wię-| cej) głos miała młody. Rozpoznałam akcent, szorstką; śpiewność Midi.

• – Tak. – Przedstawiłam się imieniem i nazwiskiem.

– Armande Voizin – odwzajemniła się. – Mój dom to ten tam. – Wskazała ruchem głowy jeden z domów na rzece; w lepszym stanie niż i

Czarownica, czarownica. Nietrafne, ale wiedziałam, co miała na myśli.

– Skąd takie przypuszczenie?

– Och, to oczywiste. Swój pozna swego, chyba. – I parsknęła śmiechem, który brzmiał tak jakby skrzypce oszalały. – M'sieur le cure nie wierzy w czary. Prawdę mówiąc, nie byłabym taka pewna, czy nawet wierzy w Boga -powiedziała z pobłażliwą pogardą. – Ten człowiek musi jeszcze mnóstwo się nauczyć, pomimo że ma stopień naukowy z teologii. I moja niemądra córka musi mnóstwo się nauczyć. Nie ma stopni naukowych z życia, prawda?

Zgodziłam się, że nie ma, i zapytałam, czy znam jej córkę.

– Chyba tak. Caro Clairmont. Z głową pełniejszą sieczki niż wszyscy i

Jej myśli owiewały moje jak chłodny oddech. Spróbo-wałam je uchwycić, wiedzieć, czy ona ze mnie żartuje, ale wyczuwałam tylko poczucie humoru i życzliwość. Uśmiechnęłam się.

– To po prostu sklep z czekoladą – powiedziałam. Zachichotała.

– Rzeczywiście tobie się zdaje, że urodziłam się wczoraj.

– Naprawdę, madame Yoizin…

– Mów mi Armande. – Czarne oczy błyszczały rozbawieniem. – To mnie odmładza.

– Dobrze. Ale naprawdę nie rozumiem, dlaczego…

– Wiem, co cię przywiało – powiedziała bystro. – Wyczułam. W tłusty wtorek, ostatni dzień karnawału. W Les Marauds jest pełno ludzi z lunaparków: Cyganów, Hiszpanów, druciarzy, pieds-noirs i takich, których nigdzie nie chcą. Poznałam was od razu, ciebie i twoją dziewczynkę… jak się nazywacie tym razem?

– Yia

– Anouk – powtórzyła Armande cicho. – A ten mały szary przyjaciel?… Wzrok mam już nieco słabszy niż dawniej… co to jest? Kot? Wiewiórka?

Anouk potrząsnęła kędziorami.

– Królik – poinformowała z wesołym politowaniem. -Nazywa się Pantoufle.

– Och, królik. Oczywiście. – Armande mrugnęła do mnie. – Widzisz, wiem, jaki wiatr cię przywiał. Sama to czułam raz czy parę razy. Może jestem stara, ale nikt mi oczu nie zamydli. Nikt w ogóle.

Przytaknęłam.

– Może to prawda – powiedziałam. – Niech pani przyjdzie, Armande, któregoś dnia do La Praline. Ja wiem, co kto lubi najbardziej. Uraczę panią wielkim pudełkiem tego, co pani lubi.

Roześmiała się.

– Och, nie wolno mi jeść chocolate. Caro i ten idiota doktor nie pozwalają. Ani nic i

Rozważałam jej ostatnie słowa, kiedy już zniknęła za węgłem swego pobielonego domu. Nieopodal Anouk rzucała kamyki na mielizny przy brzegu.

Cure. Chyba wciąż się o nim mówi. Francis Reynaud. Przez chwilę myślałam o nim.

W takiej mieścinie jak Lansquenet czasami się zdarza, że ktoś – nauczyciel szkolny, właściciel kawiarni czy ksiądz – jest zatyczką osi społeczności, jeden człowiek jest zasadniczym rdzeniem mechanizmu, który obraca życie tych ludzi. Tak jak sztyft w zegarze wprowadzający w ruch kółka i młotki, żeby wskazówki wskazywały godzinę. Jeżeli sztyft się osunie czy zepsuje, zegar staje. Lansquenet to właśnie taki zegar, wskazówki znieruchomiały przed dwunastą, kółka i tryby kręcą się bezużytecznie za spokojnym ślepym cyferblatem. "Nastaw kościelny zegar nie tak jak trzeba, to zdezorientujesz diabła" – mawiała moja matka. Ale w tym wypadku podejrzewam, że diabeł nie daje się zdezorientować ani na minutę.

7

Niedziela, 16 lutego

Moja matka była czarownicą. Przynajmniej tak o sobie mówiła, tyle razy sama się na to nabierając, że w końcu nie sposób było odróżnić fikcji od faktu. Armande Yoizin przypomina mi ją pod pewnymi względami: te błyszczące niegodziwe oczy, długie włosy, na pewno połyskliwie czarne za młodu, ta mieszanka rzewności i cynizmu. Od matki nauczyłam się tego, co mnie ukształtowało. Sztuki odwracania niepowodzeń. Rozczapierzania dwóch palców, żeby przerwać złą passę. Szycia saszetek, warzenia napojów, przekonania, że pająk przed północą przynosi szczęście, a po północy pecha… A przede wszystkim przekazała mi swoje umiłowanie nowych miejsc, swego cygańskiego ducha wędrówki, który gnał nas po całej Europie i dalej. Rok w Budapeszcie, i