Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 10 из 12

– Możemy chodzić do kościoła, jeżeli chcesz.- Głos miałam nadal łagodny. – Ale wiesz, że to by nic nie zmieniło. Zapytała z wyrzutem:

– Dlaczego nic? Oni nie wierzą. Nie przejmują się Bogiem. Tylko chodzą.

Uśmiechnęłam się nie bez goryczy. Sześcioletnia, a jednak zdumiewa mnie od czasu do czasu głębią swej spostrzegawczości.

– Możliwe – powiedziałam. – Ale czy chcesz być taka?

Wzruszenie ramion obojętne, cyniczne. Przestąpiła z nogi na nogę, jak gdyby w obawie przed kazaniem. Na próżno szukałam słów, żeby jej wyjaśnić. Mogłam tylko myśleć o udręczonej twarzy mojej matki, kołyszącej mnie i powtarzającej prawie wściekle: "Co ja bym robiła bez ciebie? Co ja bym robiła?".

Och, poznałam to wszystko już dawno: obłudę Kościoła, polowanie na czarownice, prześladowanie ludzi w drodze i ludzi różnych wyznań. Anouk wie. Tylko że tej wiedzy nie da się dobrze przełożyć na codzie

– To nie w porządku. – Jej głos był jeszcze buntowniczy, wrogość ustąpiła, ale niezupełnie.

Nie w porządku było też wyrzucenie z Ziemi Świętej i nie w porządku spalenie Joa

– Znajdziesz i

Popatrzyła na mnie z lekceważeniem.

– Ale ja chciałam Jea

W tym momencie raptem ujrzałam ją w natarczywie przelatujących obrazach – małą dziewczynkę, nastolatkę, prawie dorosłą, obcą, jaką stanie się pewnego dnia, i prawie wykrzyknęłam z rozpaczy i strachu, jak gdyby role się odwróciły, jakbyśmy były ona matką, a ja dzieckiem.

Proszę cię. Co ja bym robiła bez ciebie?

Odeszła bez słowa. Chciałam ją objąć, pocieszać, ale zbyt dobrze wiedziałam, że zatrzasnęła drzwi swojej prywatności. Dzieci rodzą się dzikie, ja wiem. W najlepszym razie mogę mieć nadzieję na czułość, pozorną uległość. Pod tą powierzchnią dzikość pozostaje, czysta, barbarzyńska, nieznana.

Anouk właściwie milczała do końca wieczora. Kiedy położyłam ją spać, nie chciała żadnych opowiadań i jeszcze nie spała, gdy zgasiłam u siebie nocną lampkę. Słyszałam z mojego ciemnego pokoju, jak chodzi tu i tam. Od czasu do czasu mówiła do siebie – czy do Pantoufle'a – urywanie, porywczo, ale cicho, więc nie mogłam wyłowić ani słowa.

O wiele później, mając pewność, że już śpi, weszłam do jej pokoju, żeby zgasić światło; skulona w nogach łóżka, leżała z jedną ręką wyciągniętą, z głową odwróconą niedorzecznie, wzruszająco, aż serce mi się ścisnęło. Układając ją wygodniej i poprawiając pościel, wyjęłam z tej wyciągniętej ręki figurkę z plasteliny. Figurka jeszcze ciepła od dłoni, zapachniała mi szkołą podstawową, szeptanymi sekretami, plakatówkami, drukiem gazetowym i na pół zapomnianymi przyjaźniami. Została stara

Miałam tę figurkę włożyć do pudła z zabawkami, ale położyłam ją cicho przy głowie Anouk na poduszce. Zgasiłam światło i wyszłam.

Nad ranem Anouk wsunęła się, jak często dawniej, do mojego łóżka. Poprzez miękkie warstwy snu usłyszałam:

– Już dobrze, maman. Nigdy ciebie nie opuszczę.

W ciemnościach pachnąca mydłem dla dzieci i solą, uściskała mnie zapamiętale, serdecznie. Kołysałam ją, kołysałam siebie, błogo tuliłam nas obie z ulgą, która była prawie bólem.

– Kocham cię, maman. Zawsze będę cię kochać. Nie płacz.

Nie płakałam. Ja nigdy nie płaczę.

Potem sny się zmieniały jak w kalejdoskopie. O świcie obudziłam się z policzkiem pod pachą Anouk i strasznym, panicznym pragnieniem ucieczki: zabrać Anouk, uciekać dalej. Jak możemy tu żyć, jak mogłyśmy być takie głupie i myśleć, że on nas nie znajdzie? Człowiek w Czerni ma wiele twarzy, wszystkie niewybaczające, twarde i dziwnie zawistne. Uciekaj, Yia

Ale tym razem nie. Już uciekłyśmy za daleko, Anouk i ja, matka i ja, za daleko uciekłyśmy od nas samych. Dalej uciekać nie będziemy. Tego jednego marzenia zamierzam się trzymać.

9

Środa, 19 lutego

Dziś jest nasz wolny dzień. Szkoła zamknięta i gdy Anouk bawi się w Les Marauds, ja przyjmuję dostawę i przygotowuję towar na ten tydzień.

To jest sztuka, którą mogę się cieszyć. Są jakieś czary we wszelkim gotowaniu: w doborze składników, w łączeniu ich, w ucieraniu, roztapianiu, dolewaniu, zaprawianiu. Stosuję przepisy ze starych książek, utensylia mam tradycyjne – moździerz i tłuczek, mojej matce służące do rozcierania kadzideł, wykorzystuję w bardziej przyziemnym celu. Korzenie roślin i środki aromatyczne przydają subtelności czarom bardziej zmysłowym. I po części właśnie chwilo-wość tych czarów tak mnie zachwyca. Tyle kunsztu i doświadczenia, tyle stara

Guy, mój cukiernik, zna mnie od dawna. Pracowaliśmy razem, kiedy Anouk się urodziła, i pomógł mi otworzyć mój pierwszy sklep, maleńką pdtisserie-chocolaterie na przedmieściu Nicei. On ma teraz bar w Marsylii, importuje surowy likwor czekoladowy bezpośrednio z Ameryki Południowej i produkuje różne gatunki czekolady w swojej fabryce.

Ja używam tylko najlepszej. Bloki couverture są trochę większe niż cegła. Guy dostarcza mi po skrzynce każdego z trzech rodzajów: ciemnej, mlecznej i białej. Tę surową czekoladę trzeba zahartować, żeby była krystaliczna, twarda, krucha na powierzchni i z dobrym połyskiem. Niektórzy cukiernicy kupują czekoladę już zahartowaną, ale ja lubię robić to sama. Nieskończenie fascynujące jest ożywianie tych surowych martwych bloków couverture i ucieranie ich ręcznie – nigdy nie używam elektrycznych mikserów – w dużych glinianych misach, a potem roztapianie, mieszanie i mierzenie temperatury, dopóki nie będzie akurat taka, żebym mogła przejść do następnego etapu.