Страница 51 из 95
– Gdybym nie był Dwernickim, nie znalazłbym wam konfirmacji na szlachectwo, o której nawet nie wiedzieliście. – Gedeon wyrwał z zanadrza stary, zniszczony dokument wyciągnięty spod kamienia młyńskiego i potrząsnął nim przed obliczem Beryndy. – A niby skąd bym miał o tym wiedzieć, gdyby mi Prandota nie powiedział?! I po co ja, obcy człowiek, miałbym przelewać krew w waszej obronie?!
– Bo chcesz śmierci Diabła. I niczego więcej.
– Dość. Zbieraj się, Berynda. Kolasa czeka!
Pan Bieniasz Dwernicki pokiwał głową. Zdjął fartuch, cisnął go na kowadło. Gedeon chwycił go za ramię, popchnął ku drzwiom, w których czekali już Pełczak, Samuel i kilku i
Kiedy wyprowadzono Beryndę, wśród Dwernickich ozwały się krzyki, klątwy, złorzeczenia. Szaraczkowie wygrażali zdrajcy pięściami, łapali za szable, których teraz, po klęsce zajazdów Stadnickiego, było na zaścianku dosyć, palili z pistoletów.
– Powinienem cię zabić – warknął Gedeon. – Ale pan Dydyński, Konstancja i reszta naszych braci wstawili się za tobą. Idź precz i nigdy nie wracaj! Nie chcemy cię tutaj.
Dwerniccy podnieśli Beryndę, a potem rzucili twarzą w gnój, przycisnęli ręce do tybinek, przywiązali je mocnymi konopnymi powrozami. Pełczak zaciął szkapinę batem i wóz ze skrzypieniem ruszył drogą między płotami. Tłum zafalował, zahuczał, a potem poszedł w ślad za zdrajcą.
– Obyś z piekła nie wyjrzał! – krzyknął ktoś. – Judaszu!
– Pachołku diabelski!
– Zdrajco! Zdrajco! Po trzykroć zdrajco.
Kamienie świsnęły w powietrzu. Pierwsze były niecelne, kolejne spadły na plecy Beryndy, ostatni zawadził go w głowę. Samuel wstrzymywał Dwernickich krzykiem, Pełczak pogróżkami. Niewiele to jednak pomagało. Dzieciarnia ciskała grudami błota, końskim i krowim łajnem.
Jacek nad Jackami nie ruszył za wozem. Stał w drzwiach kuźni obok zapłakanej Konstancji. Patrzył na kondukt odprowadzający pana Bieniasza w tę ostatnią drogę.
– Dlaczego tak się dzieje?! – zaszlochała Dwernicka. – Po co to wszystko?! Jak to się mogło stać?
Stolnikowic utulił ją w ramionach, objął żelaznym uściskiem, a potem bezwiednie poszukał wargami jej ust.
Za nimi cichły krzyki, przekleństwa i wrzawa. Na ziemię opadały wolno pierwsze jesie
* * *
Zima zaczęła się pięć dni później. Jednego dzionka oglądali jeszcze połoniny spowite niknącymi w chmurach tumanami mgieł, bory i lasy gubiące ostatnie złote liście, a już następnego dnia wysokie magury, kiczera, przysłupy i położone wyżej miejsca okrył biały welon śniegu. Potem padało co dnia, jakby ktoś rozpruł nad Werhowyną ogromną białą pierzynę. Przez pewien czas śnieg utrzymywał się tylko na połoninach, czerszlach i poharach Dwernika, Hnatowego Berda i Łopi
Przez cztery długie dni nad górami i dolinami wyła zamieć, a wiatr przeganiał kłęby sinych chmur, jak gazda spędzający owce z pastwisk. Wicher dął w kominach dworów i na strychach chat, zniechęcając ludzi do wyjścia na dwór, mrożąc oblicza swym lodowatym dechem, zacinając śniegiem i grudami lodu. A kiedy piątego dnia wzeszło żółte zimowe słońce, oczom wszystkich ukazała się odmieniona jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki postać Bieszczadu.
Od Korbanii, Kamienia i Łopi
Wieczorem pewnego dnia przed świętami, kiedy czerwona łuna zachodzącego słońca dogorywała nad wyniosłym Łopi
Dydyński siadł bez słowa naprzeciwko. Wypili.
– Dlaczego chciałeś zabić Stadnickiego w sanockim grodzie? – zapytał po przeciągającym się milczeniu. – Za taką zbrodnię ujęty in recenti przez ludzi starosty dałbyś gardło szybciej, niż zdołałbyś odmówić pacierz. Czyżby Stadnicki aż tak zalazł ci za skórę, że gotów jesteś poświęcić własne życie i całe Dwerniki w imię zemsty?
Gedeon milczał przez chwilę. Wreszcie wsparł głowę na rękach.
– Stadnicki był z nami pod Agrą. Widziałem, jak się zdumiałeś, kiedy gadaliśmy o tym w Sanoku. Jest między nami coś, o czym wie tylko on i ja. Tajemnica, której powiernikami są: rodzic, stryje i dalsi bracia pa
Gedeon wychylił puchar do dna. Dydyński dolał mu miodu.
– Stadnicki jest sprawcą wszystkich nieszczęść, które spadły na Dwerniki. To dlatego chciał schłopić naszych braci i nastaje na moje gardło. Diabeł nie spocznie, dopóki jestem przy życiu, póki po ziemi chadza ostatni świadek jego zdrady. I dlatego musi ponieść karę. Ale do rzeczy, panie bracie. Po kolei:
Szliśmy w Multany strojni jak panięta. Pamiętam jak dziś, że obiecywaliśmy sobie wrócić z bogatymi łupami, w chwale i sławie. Wcześniej, na wyprawach króla Stefana, wzięliśmy dość łupów, aby starczyło dla wszystkich. Mieliśmy husarskie konie, andaluzyjskie dzianety, dzielne podjezdki, wspaniałe natolijczyki i bieguny. Forgi i pióra przy rzędach, wzorzyste czapraki, stroje, futra, czapy lisie, sobole, rysie, marmurki, skóry lamparcie, pierścienie, pasy i ferety, manele z perłami i diamentami, czaple kity, pancerze złotem nabijane. Cóż z tego, że w Dwernikach głodno było i chłodno? Obiecywaliśmy sobie, że wrócimy panami, że po wyprawie pod Agrę każdy z nas kupi sobie wioskę, albo przynajmniej pójdzie dobrymi dzierżawami, a tę wioskę zostawimy najmłodszemu z nas.
Poszliśmy. Zbrojnie, strojnie, hucznie. Jak głupcy. Zaraz gdy tylko przyszło mierzyć się z Turkami, wysłali nas razem z wołoskimi chorągwiami na czaty. A potem na uroczyskach pod zamkiem Beryn napotkaliśmy Tatarów, a wówczas wołoska jazda, która się przy nas wieszała, jak lekko z nami poszła, tak równie lekko uszła.
Opadli nas ordyńcy jak wściekłe psy ra