Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 44 из 95

Stadnicki i Zegart czekali na nich przy stole zastawionym srebrnymi dzbanami z winem, kielichami i kubkami. Nie byli sami. Przy drzwiach czuwał tuzin hajduków zbrojnych w rusznice. A po prawicy Diabła stał Przecław Dydyński w kolczudze, delii, z dłonią na rękojeści szabli. Za nim zaś tłoczyli się liczni zabijacy wieszający się u rękawa delii lub pobierający lafę od pana starosty. Wszyscy popatrywali z ukosa na młodego przybysza, żaden jednak nie ośmielił się hardo spojrzeć mu w oczy. A już na pewno rzucić wyzwania.

Stadnicki poderwał się zza stołu. Ruszył do nowo przybyłego, rozłożywszy szeroko ramiona.

– Zbawco! – zakrzyknął. – Przyjacielu nasz! Salvatorze! Jakże miło mi cię gościć!

Diabeł chciał obłapić młodego szlachcica. Ale dla tamtego chcieć nie znaczyło wcale musieć. Dlatego zasłonił się przed starostą – po prostu oparł rozłożoną rękę na piersi łańcuckiego pana. To wystarczyło. Stadnicki zamarł z otwartymi ramionami.

Nowo przybyły wyminął go, poszedł prosto do stołu, zdjął i rzucił na blat rękawice, usiadł niepytany, jak gdyby kpiąc sobie z wszelakich reguł polskiej gości

Zegart własnoręcznie podsunął mu puchar pełen małmazji. Nieznajomy wstrzymał go krótkim ruchem głowy. Skinął na pachołka. Jeden z dwóch sodomickich towarzyszy szlachcica, ten z mniej umalowaną gębą, lecz w zamian za to woniejący piżmem i węgierskimi olejkami na pół podolskiej mili, podniósł naczynie w górę, skosztował, przymknął oczy, przepłukał usta, wreszcie skinął głową i oddał puchar swemu panu. Dopiero wówczas młody panicz leniwie pociągnął łyk słodkiego trunku.

– Mości panie starosto – rzekł głosem nieznoszącym sprzeciwu – kto to ma być?!

– Sprawa nie jest prosta – rzekł Stadnicki, któremu wrócił trochę poprzedni rezon. – Za Hoczwią jest zaścianek... Widzisz waść...

– Kto to jest?

Stadnicki zamilkł na chwilę, na jego obliczu narastał gniew. Ale pohamował się.

– Jacek Dydyński, stolnikowic sanocki. Prawa ręka niejakiego Gedeona Dwernickiego.

– Trzy tysiące.

Stadnicki chrząknął. Wymienił z Zegartem znaczące spojrzenia.

– To duży pieniądz, mości panie – rzekł sługa. – Trzy tysiące złotych...

– Czerwonych złotych – poprawił nieznajomy. – Połowa z góry.

Stadnicki zacharczał i poluzował zapięcie żupana. Jego gęba przybrała kolor podobny zgoła do barwy delii podolskiego karmazyna.

Nieznajomy wstał. Zabrał rękawice i ruszył do drzwi.

– Czekaj, waszmość! – wydusił Stadnicki, widząc, że tym razem nie wygra. – Divina ope dogadamy się. Zgoda.

Nieznajomy skinął głową.

– Jest jeden warunek – dodał Stadnicki. – On musi być żywy.

– To warte pięćset więcej.

– Dam pięćset! – zacharczał Diabeł. – Ale Jacek Dydyński, stolnikowic sanocki, musi jak najszybciej znaleźć się tutaj. W tej świetlicy, w tych murach. W moich rękach.

– To teraz ja mam warunek, mości panie starosto.

– Rad go spełnię.

– Zanim przystąpię do dzieła, chciałbym spotkać owego Dydyńskiego. Twarzą w twarz.

– To da się załatwić. Ale nie będziesz mógł użyć swoich forteli, bo to będzie, rzekłbym, urzędowa wizyta.

– Powiedziałem, że chcę go tylko obejrzeć. I może chwilkę pogawędzić – mruknął nieznajomy. – W każdym razie dobiliśmy targu. Jakże miło to słyszeć, mości panie starosto. Mój sługa zgłosi się do podskarbiego waszmości.

Rozdział VI

Amor i demon

Komedia w grodzie sanockim ● Co się rodzi na polskim ugorze, połknie to morze ● Purim po szlachecku ● Krwawy odwet na Sanie ● Miłosierdzie stolnikowica ● Judasz z Dwernik ● Wygnanie ● Opowieści o tureckiej niewoli ● Ucieczka z jasyru ● Zraniona duma niewieścia ● Rębajło prosto z piekła

– W grodzie pusto – mruknął Jacek nad Jackami, gdy podjechał do Gedeona czekającego na wielkim wronym chmyzie pod bramą do klasztoru Ojców Franciszkanów przy sanockim rynku.

– Sprawdzałeś cerkiew? I podzamcze?

– Nie widziałem ani jednego sabata.

– Myślisz, mości Dydyński, że Diabeł wziąłby tu Węgrów? To tak jakby na bramie napisał: Stadnicki adsum!

– Sam napierałeś na tę wyprawę.

– Ostrożność nie zawadzi. Sprzykrzyły ci się Dwerniki, mości panie Dydyński? Wolisz w Piekle łańcuchami pobrzękiwać? Mnie rozkazywać, a tobie słuchać.

– Tedy słucham. Co teraz?

– Skoro nie ma nigdzie zasadzki, to jedziemy na zamek.

Ruszyli wolno, przebijając się przez zatłoczony rynek. Mijali przekupki, chłopów z solą, suszoną wiśnią, kupieckie kolasy, skarbne wozy wyładowane kufami z węgierskim winem, antałami z piwem i gorzałką. A także leżące tu i ówdzie sterty belek, tarcic, kamieni i cegieł, mularzy wiozących na taczkach świeże ciosy, cieśli piłujących deski, okorowujących ogromne bale zwiezione z lasów Bieszczadu. Sanok ciągle odbudowywał się po pożarze, który w zeszłym roku zniszczył prawie pół miasta, docierając niemal do zamku i klasztoru. Ze wszystkich stron Rusi Czerwonej śpieszyli tutaj czeladnicy i mistrzowie, kupcy i faktorzy wiozący kamień, drewno i palcówki.

Deszcz przestał siąpić, kiedy dojechali do drewnianego mostu wiodącego ku zamkowej bramie zwieńczonej dwiema wieżami z cegły. Wrota były otwarte, jak to w zwykły dzień, aby do grodu mogła zjechać szlachta sanocka załatwiać pozwy, obiaty i protestacje.

Pachołkowie z milicji starościńskiej czekali na murach i basztach. Wszędzie widniały ciemnoniebieskie świty i bekiesze kozaków starosty sanockiego zbrojnych w rusznice i szable. Zamek obsadzony był wojskiem jak przed najazdem Tatarów, których, nawiasem mówiąc, nie widywano w tych stronach przez ostatnie kilka lat.

Dydyński i Dwernicki wjechali wolno na główny dziedziniec kamie

Służba grodzka oczekiwała na nich przed głównym wejściem zdobionym ogromnym kamie

– Pan starosta oczekuje waszmościów w kancelarii – rzekł stary sługa, biorąc z rąk Dydyńskiego wodze konia.

– Stadnicki już jest?!

– W rzeczy samej. Przybył z jednym czeladnikiem.

– To dobrze.

– Mości panowie – rzekł pachołek starościński, kiedy zsiedli z koni – wedle ugody, którą przed panem starostą zawrzeć chcecie, mieliście stawić się do sądu grodzkiego samowtór, bez broni. Oddajcie, waszmościowie, pistolety, łuki, rusznice, pałasze, kindżały i co tam jeszcze macie, aby stało się zadość sprawiedliwości.

Dydyński bez słowa odpiął szablę z rapci. Gedeon bez wahania oddał swoją batorówkę młodziutkiemu kozaczkowi.

– Strzelby waszmościowie nie macie? – spytał podejrzliwie sługa.

Gedeon odchylił poły delii. Dydyński pokręcił głową.

– Przy koniach zostały.

– Tedy pozwólcie na górę, mości panowie. Wskażę drogę.

Ruszyli za starym pachołem starościńskim, stukając podkutymi butami na kamie

– Wejdźcie na górę, do komnaty, waszmościowie – rzekł sługa. – Tam już na was czekają.

Gedeon ruszył pierwszy. Wchodził na stopnie powoli, z namysłem. Ledwie doszedł do połowy schodów, kiedy Dydyński usłyszał zbliżający się łoskot podkutych butów. Ktoś schodził w dół po trzeszczących deskach – pewnie sługa albo palestrant, jakich wielu kręciło się zawsze wokół sądu grodzkiego. Jacek zobaczył młodą twarz nieznajomego, błyszczące oczy i czerwony ślad na policzku – jakby po uderzeniu czy ciosie płazem szabli. Palestrant nie silił się, aby zejść z drogi Gedeonowi, niechętnie ustąpił mu miejsca, bezczelnie potrącił szlachcica w ramię, jakby chciał zepchnąć go ze schodów.