Страница 14 из 95
– Stój! – krzyknął Kołodrub. – Dokąd idziesz, szalona niewiasto!
– Zrobić wam dylację w sprawie o dług u Smoliwąsa – odrzekła, patrząc mu prosto w oczy. – Zaprawdę powiadam, źe po tym, co tu usłyszałam, Smoliwąs weźmie ode mnie taki basarunek, iż ręczę wam, że dylacja potrwa nie tylko do Kwietnej Niedzieli, ale i do Zielonych Świątek. Daję słowo, że cham będzie gnił na wyrze i gryzł poduszkę przez pół roku!
– Poczekaj! – zakrzyknął Berynda. – Nie rób głupstw, dziewczyno...
Za późno. Konstancja wskoczyła do sieni, trzasnęła drzwiami, podparła je brzozowym kołkiem, a potem chwyciła łuk i sajdak ze strzałami. Szybko zbiegła z ganku na podwórze, roztrącając kury i kaczki, pomknęła ku stajni. Przed otwartymi wrotami stał wołoszynek Beryndy uwiązany na kantarze do drewnianego słupka. Po końskim grzbiecie przeciągał zaś zgrzebłem gruby kozak Szawiłła, który nucił pod nosem jakąś ruską melodię.
Z Szawiłłą była zaś związana historia niemająca nic wspólnego z zaściankiem. Kozak nie był poddanym Dwernickich, lecz ich sługą. Trafił zaś, a właściwie ukrywał się tutaj od wiosny, obawiając się, jak sam powiadał, zemsty możnych panów Ostrogskich. Za co zaś mieliby się pomścić na biednym, starym Zaporożcu kniaziowie z dalekiego Wołynia, tego Szawiłła nie chciał rzec nawet pod przysięgą. Siedział jednak na zaścianku cicho jak mysz pod miotłą i chociaż służba u Dwernickich nie napełniła jego chudego trzosa złotem, miał jednak nieborak tę satysfakcję, że nigdy nie chadzał głodny. I to mu, zdaje się, wystarczyło. Konstancja lubiła go wielce, a z facecji i anegdot, które opowiadał, zaczynała powoli się domyślać, jakie przyczyny skłoniły go do porzucenia służby w Ostrogu.
Teraz wszakże nie był czas i pora na pogawędki. Konstancja przystąpiła do Szawiłły, a on skłonił się, zdejmując z podgolonego łba wilczą kapuzę.
– Szawiłła – rozkazała Konstancja – gotuj się.
– Za pozwoleniem, mościa pa
– Stulże pysk, szelmo! Gotuj się do drogi, nie do łaźni!
– Rzeknijcie jeno, gdzie mamy jechać. Na wojnę? Na chadzkę? Do zamtuza?!
– Okulbacz konia i nie gadaj tyle, bo czasu szkoda! Sam weź podjezdka, pojedziesz ze mną jako asysta.
– Służba, mościa pa
– I przynieś mi szablę dziadusia! Migiem!
– Szablę jego mości pana Dwernickiego? – Kozak wybałuszył oczy. – To jednak na zajazd waćpa
– Ruszaj, bo czasu szkoda!
– W rzeczy samej czas ucieka – rzekł, nie przestając się uśmiechać – dzisiaj wżdy trzeba chwytać każdą najkrótszą chwilę jako nie przymierzając wróbla albo kutasa w garść. Znałem ja pewną znaczną panią, która kiedy tylko napotykała swego wiernego służkę w dobrą porę, bez obawy widoku i odkrycia, zaraz chwytała okazję, aby się zadowolić z nim najrychlej i najspieszniej jak mogła. Powiem mości pa
– Kulbacz konie! – syknęła Konstancja, widząc, że kozak znowu zaczyna snuć jedną ze swych facecji – równie bezwstydnych co żywe widowiska i obrazy na uczcie u pana nieboszczyka kanclerza Zamoyskiego. Jeśli Konstancja nie rumieniła się, słuchając rozlicznych opowieści o miłosnych podbojach Szawiłły, to po pierwsze dlatego, iż była biedną szlachcianką, a żyjąc na biednym folwarczku, oswoiła się z naturalną koleją pewnych rzeczy. Po drugie zaś zasób facecji kozaka zdawał się nie mieć końca i już po kilku miesiącach jego opowieści nie wzruszyłyby nawet nowicjuszki będącej świeżo po obłuczynach w klasztorze, a co dopiero pa
Szawiłła posłusznie podreptał do stajni. Wyprowadził Werchatego, narzucił nań czaprak, sparciałą kulbakę, tręzel z munsztukiem zdobiony postrzępionymi forgami i kutasami, z których część odpadła ze trzy lata temu. Zakrzątnął się wokół podjezdka, dobył ze skrytki i przyniósł Konstancji starą batorówkę w czarnej pochwie. Pa
– Alt!
Ruszyli skokiem przez zaścianek, przemknęli przez bramę, a na rozstajach, zaraz za krzyżem, skręcili na trakt w prawo, na Ternkę i Wilkowyję.
– Mościa pa
– Do Hoczwi, Szawiłła. Do karczmy. A tam...
Wstrzymała konia i przechyliła się do ucha kozaka, a potem coś wyszeptała.
Szawiłła zbladł. I przeżegnał się po prawosławnemu.
* * *
Dwerniki, zda się, od zawsze leżały nieopodal ustrików Wetłynki i Solanki. A przynajmniej od kiedy ponad dwa wieki temu na zamku w Sobieniu osiadł Piotr Kmita zwany Lunakiem, możny pan z rycerskiego rodu. On tchnął nowe życie w górskie ostępy, którymi do tej pory przemykali się zbóje i Tatarzy, dzicy osacznicy i borowi ludzie, upiory, biesy oraz wilkołaki. Piotr Kmita rąbał odwieczne bory, wydzierał lasom, magurom i dolinom miejsca pod zamki i miasteczka, zakładał wioski na surowym korzeniu i wołoskim prawie, sprowadzał osadników z Multan, Rusi, z dalekiego Mazowsza i Podlasia. Wyrąbywał trakty, stawiał wiatraki, wytyczał brody i przejścia, podbijał zbójeckie gniazda, zajmował zdziczałe uroczyska. I koniec końców ród Kmitów zdobył pół Bieszczadów, dzieląc się nadsańskimi łęgami i lasami jedynie z Balami z Hoczwi. I tak poczynając od Sobienia, mieli Kmitowie Lisko, liczne wsie nad Sanem, aż po Równię, Czarną i położoną na krańcu gór Tarnawę. Lecz górskie werchowyny i dolina Sanu nie były bezpiecznym miejscem. Przez dzikie ostępy przechodziły z Węgier do Korony gromady beskidników i tołhajów, Tatarzy, Turcy, Węgrzy i Wołosi, aby grabić i palić. Więc dla obrony granic ściągali Kmitowie w dalekie góry zastępy drobnego rycerstwa i osadzali ich na dzikiej ziemi na le