Страница 11 из 95
Smoliwąs zerwał się z ławy, widząc Konstancję. Potrącił srebrny puchar z winem, rozlewając je na obrus, omal nie przewrócił stołu, potknął się o ławę i skłonił przed szlachcianką aż do samej ziemi.
– Mojaż ty miła Kostusiu – wycharczał, zionąc winem i czosnkiem – padam do nóżek jako rab Boży, a waszej mości poddany wieczysty. Spojrzyj na mnie łaskawszym okiem, bo ci gościńca przywiozłem! Patrzaj – rzekł i dobył coś z sakwy leżącej koło stołu – oto korale najprzedniejsze, jakiem na jarmarku w Przeworsku dostał! W domu pewnie lepszych nie masz! Bo takie korale to całe pięć ortów warte! Więcej jak wasza chałupa na Dwernikach, he, he, he...
Gdyby pa
– Matyjasku, skurwysynu! – warknął. – Padnijże przed pa
– Powoli, panie kochanku, powoli – mruknął Złota Czasza. – Rzekłem, że najpierw pa
Konstancja już wiedziała, co się święci.
– Moja najmilsza, zacna i kochana wnuczko! – rzekł Złota Czasza, wychodząc naprzeciw dziewczynie. Konstancja skłoniła się przed nim, ucałowała go w dygocącą, pomarszczoną, pokrytą plamami jak indycze jajo dłoń. – Ten oto uczciwy i pracowity Jakub Smoliwąs, włodarz z Saniny, kłania nam się uniżenie i o twoją rękę prosi.
Konstancja milczała. Jej lica pociemniały lekko.
– Ja jednak, moja umiłowana wnuczko, córko mego syna Prandoty, a twego pana ojca, któregom ci godnie zastępował przez te wszystkie lata, chcę spytać cię o zdanie. Azaliż jesteś gotowa poślubić tego oto człowieka?
– Znakomity, szlachetny i wspaniałomyślny nasz Dobrodzieju Najczcigodniejszy – rzekła wolno – nie mnie, prostej dziewczynie, o tym decydować. Wasza wola, a co mi zrobić każecie, to uczynię z wdzięcznością. Ale... – Konstancja pochyliła się znowu ku ręce Złotej Czaszy i ucałowała ją, patrząc starcowi w oczy. A każda część jej prześlicznej twarzyczki, każdy skrawek lica, każda brew i rzęsa, mówiła tylko jedno, jakże złowieszcze dla Smoliwąsa słowo: „Błagam, nie!”.
Złota Czasza zrozumiał bez zbędnych słów, ale nie dał tego po sobie poznać. Zakasłał, zachrząkał, zacmokał.
– A jednak, mościa pa
Dwernicka nic nie powiedziała. Jej lica pociemniały od gniewu jeszcze mocniej.
– Jakem już mówił – chrząknął Smoliwąs nieco stropiony milczeniem pa
Konstancja milczała.
– Mościa pa
Konstancja dygnęła przed Smoliwąsem uniżenie. Ale z jej oczu sypały się skry, a na wargach wykwitł diabelski uśmiech.
– Łaskawy panie – rzekła, uśmiechając się zimno i wyniośle – zaiste nie mogę nadziwić się waszym komplementom, które równie łatwo wchodzą mi w ucho co porykiwanie buhaja, kiedy jałówkę w polu obaczy. Tęsknię do ciebie, panie Smoliwąs, jako kobyła do woza; miły mi jesteś jak pijanica w rynsztoku po trzydniowej swawoli, a tak powabny jak cap wleczony na postronku do rzeźnika albo stary kołek w płocie. Miłuję cię zaś, mój ty uczciwy Smoliwąsie, jako zadrę w przyrodzeniu. Oto jak brzmi mój respons na twoje starania.
– Znaczy się – włodarz, który nie pojął widać zawikłanych i mało oczywistych aluzji pa
– Jeśli mam ci to objaśnić w prostych słowach, panie Smoliwąs, to woniejesz jak cap, jesteś równie gładki co wisielec urwany od powroza i bodaj cię katu oddali! Nigdy nie będę twoją połowicą; wolę się nożem pchnąć, niżby nam pop stułą ręce związał, boś łotr, szelma i strach na stare baby!
Dopiero teraz Smoliwąs zrozumiał absolutnie wszystko, a nawet więcej. Zbladł, zacharczał i splunął pod nogi, a potem roztarł ślinę z takim rozmachem, jakby rozcierał w proch całe Dwerniki.
– A więc to tak – rzekł wreszcie, ledwie skrywając gotującą się w nim wściekłość. – Czarną polewkę mi podajesz, mościa pa
– Precz, chamie! – warknęła Konstancja. – Dość już nas obrażałeś!
– Panie Dwernicki – rzekł wściekle Smoliwąs i postąpił krok ku Hermolausowi – albo mi Konstancję dacie, albo długi płaćcie! Zaraz! Teraz! Natychmiast!
– Nie gorączkuj się, panie kochanku – rzekł Złota Czasza. – Pa
– Wy mnie tu waszą godnością rodową się nie wymawiajcie! Ta joj, toż to śmiechu warte. Tyle ten wasz hunor wart co łajno na dupie, nie mówcie tedy: szarga Smoliwąs waszą godność, o rękę pa
– A cóż ja mam uczynić, skoro ciebie pa
– To sprawcie, by zechciała! Wyście, panie Hermolaus, tu starszy, starczy, że dziewce dwadzieścia odlewanych dać każecie. Rzeknę wam, że już przy piątym łaskawszym okiem na mnie spojrzy! Co to, nie wiecie, jak taką mołodycię ćwiczyć?!
– I na tym właśnie, to, tamto, ten, tego, ten – mruknął dziad Złota Czasza – zasadza się różnica między plebejami a szlachtą. Bo u nas wolna wola, nie niewola! Nikt nie będzie szlacheckiego dziecka przymuszał, aby się za sprośnego chłopa wydało. Gdzie to kto widział, aby chama do naszego rodu dopuszczać, co dziś zażąda ręki Konstancji, a jutro czego? Może złota z mego nieszczęsnego czerepu?