Страница 26 из 28
A przecież powieściowy debiut Lema da się lubić z kilku niebłahych powodów. Przede wszystkim jest to utwór naprawdę ciekawy, który świetnie się czyta. Historia badań nad mechaniczno — biologiczną istotą wydobytą z marsjańskiego pojazdu trzyma w napięciu, bo obiecuje niebezpieczną i pasjonującą przygodę z I
Słowo „heroizm” jest tu na miejscu, ponieważ zetknięcie dwu planetarnych cywilizacji Lem przedstawia — pewnie na wzór Wellsa — w kategoriach walki, pełnej poświęceń i bohaterstwa machii, w której stawką jest istnienie i tożsamość człowieka i jego kultury. Człowiek z Marsa jest bez wątpienia jednym z całej plejady utworów napisanych podług wzorca Wojny światów; powstało takich bardzo wiele w latach dwudziestych i trzydziestych naszego wieku. Kolejne dziesięciolecia wzbogaciły klasyczną „powieść o inwazji z kosmosu” o aluzje do hitlerowskiego czy komunistycznego zagrożenia. W krajach imperium Stalina powstawała odpowiednia wersja takiej fantastyki przepuszczonej przez polityczne pryzmaty i zapewne już trzy lata później Lem nie mógłby swej powieści napisać, nie przenosząc akcji w środowisko bohaterskich obrońców skomunizowanej ludzkości, nie czyniąc też z najeźdźców karykatury amerykańskich imperialistów (podług tego przepisu powstawali już Astronauci). W Człowieku z Marsa nie znajdziemy jeszcze śladu takich obowiązkowych koncesji na rzecz propagandy. Rzecz dzieje się wprawdzie w Ameryce, ale chyba tylko dlatego, że stanowiła ona wdzięczne tło dla akcji po części sensacyjnej, po części zaś wprowadzającej elementy najbardziej naówczas zaawansowanej techniki i nauki. Nic dziwnego: w świadomości potocznego czytelnika wszystko, co „amerykańskie”, było wówczas nie tylko fascynujące, ale też — „najlepsze”, „najnowocześniejsze” (Tyrmand i Hłasko — każdy w swych wspomnieniach — pokazują, jak groteskowo bezskuteczne były próby komunistycznej władzy, aby ów stan rzeczy odmienić).
Ze stereotypu „inwazyjnego” — co należałoby może zapisać na plus książce — Człowiek z Marsa wyłamuje się jako dzieło znacznie bardziej kameralne od Wellsowskiego pierwowzoru, przenoszące akcję w wąskie środowisko uczonych i techników — owej awangardy współczesnej ludzkości, awangardy przyjmującej na siebie ciężar spotkania z I
Cóż kształtowało Człowieka z Marsa? Po pierwsze, na pewno konwencja. Nie zrozumie Lema właściwie ten, kto owego „współczy
Ale powieści Wellsowskie z ducha są także apoteozą nauki i to nauki jeszcze nie zinstytucjonalizowanej, bliskiej indywidualnemu doświadczeniu. I choć Lem tylko w konwencjonalnym cudzysłowie pozwala sobie na wizje samotnych uczonych — dziwaków, konstruujących w domowym warsztaciku urządzenia, o których nie śniło się w instytutach i uniwersytetach, to jednak zawsze chętnie pokazuje sytuacje wymagające od uczonego natychmiastowej reakcji intelektualnej, sprawdzenia swej wiedzy i umiejętności decydowania w warunkach ekstremalnych i doraźnych. Oto kolejna nić wiążąca go z angielskim mistrzem science fiction i skłaniająca do konstruowania fabuły wbrew życiowemu prawdopodobieństwu: ostatecznie trudno sobie wyobrazić, by nawet w Ameryce udało się tak radykalnie „sprywatyzować” przybysza z obcej planety, zamknąć go w hermetycznym laboratorium z dala od rządowych agencji, prasy, FBI itp. Tymczasem taka izolacja potrzebna jest pisarzowi jak gdyby po to, by ludzkie indywidualności bohaterów zagrać mogły pełnym blaskiem.
Ale Człowiek z Marsa to także utwór należący do literatury tuż powoje