Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 136 из 137

Porucznik przyłożył rewolwer do głowy, czując chłodny metal broni niczym kostki lodu przykładane, by zlikwidować migrenę. Wyobraźnia zaczęła pracować szybciej. Spojrzał na Fergusona.

– Kim byłeś? – spytał, jak gdyby morderca mógł mu jeszcze odpowiedzieć.

Odwrócił się od nieruchomego ciała i z powrotem ruszył do miejsca, w którym zostawił ra

Reporter spojrzał uważnie na powracającego porucznika. Wcześniej musiał zdjąć kurtkę i okrył nią młodą policjantkę, która zbladła i dygotała z zimna, mimo wzmagającego się upału. Krew z pokiereszowanego łokcia zabarwiła ubranie na czerwono. Dziewczyna zachowała przytomność, lecz wciąż walczyła z szokiem.

– Słyszałem strzały – odezwał się Cowart. – Co się stało? Brown westchnął szorstko.

– Umknął mi – odparł.

– Co?! – wybuchnął Cowart.

– Złapcie go – zajęczała Shaeffer, skręcając się w spazmie bólu i złości.

– Przechodził przez wodę – tłumaczył Brown. – Próbowałem z daleka, ale…

– Umknął? – Cowart nie mógł uwierzyć.

– Zniknął. Zagłębił się dalej w bagno. Mówiłem wam, co się stanie, jeśli tam dotrze. Nigdy się go nie znajdzie.

– Trafiłem go przecież – poskarżył się Cowart. – Jestem pewien, że go trafiłem.

Policjant nie odpowiedział.

– Trafiłem go – nalegał reporter.

– Tak. Trafiłeś go – potwierdził miękko Brown.

– A więc co, jakie… – Cowart zaczął wyrzucać z siebie bezładnie. Wtem przerwał i utkwił wzrok w policjancie.

Ta

– Musisz ją zabrać do miasta. Sprowadź pomoc. Rana nie jest najgorsza, ale dziewczyna potrzebuje natychmiastowej pomocy.

– A ty?

– Ja muszę tam wrócić. Rozejrzę się jeszcze raz. Potem dołączę do was.

– Ale…

– Jak wrócimy do Pachouli, napiszę formalny raport i złożymy oskarżenie. Wsadzimy jego dane do narodowego systemu komputerowego. Wtajemniczymy w sprawę FBI. Idź i napisz swój artykuł.

Cowart nadal nie spuszczał Browna z oczu, próbując przeniknąć jego myśli.

– Umknął – powtórzył chłodno Brown.

Właśnie wtedy Cowart zrozumiał. Szok i wściekłość targnęły nim równocześnie. Jego spojrzenie stało się jeszcze ostrzejsze.

– Zabiłeś go – wycedził przez zęby. – Słyszałem strzały. Ta

– Zabiłeś go – powtórzył reporter.

Brown potrząsnął przecząco głową. Powiedział cicho:

– Zrozum coś, Cowart. Jeśli on tam umrze, nikt nigdy się nie dowie o Wilcoxie ani o pozostałych. Po prostu sprawa się skończy i nikt nie będzie się dopytywał o Fergusona. Będzie im zależało jedynie na tobie i na mnie. Policjant i jego prywatna wendeta, i dzie

Cowart spojrzał przeciągle na policjanta i pomyślał, że sprawa właśnie się skończyła. Ale nie. To się nigdy nie skończy. Westchnął głęboko.

– Ucieknie winowajca – dokończył za detektywa.

– Zgadza się.

– Zatem wszystko trwa dalej. Ludzie prowadzą poszukiwania. Odpowiedzi…

– Ludzie szukają odpowiedzi. Ty ich dostarczasz. Ja ich dostarczam.

Cowart wciągnął głęboko powietrze.

– On nie żyje. Zabiłeś go…

Brown spojrzał poważnie na Cowarta.

– … Zabiłem go – kontynuował reporter. Zawahał się, po czym dodał coś bardzo oczywistego. – Zabiliśmy go.

Cowart ponownie wziął głęboki oddech. Myśli kłębiły mu się w głowie. Czuł, jak dookoła potęguje się niemiłosierny upał. Przypomniał sobie twarz Fergusona, a następnie śmiech Blaira Sullivana: Czy ciebie też zabiłem, Cowart? Zaprzeczył w myślach, mając nadzieję, że się nie myli. W burzy wspomnień przypomniał sobie własną rodzinę, własne dziecko, zamordowane dziecko, dzieci, które zniknęły, i wszystko co się dotychczas wydarzyło. Pomyślał, że to koszmar. Powiedz prawdę, a zostaniesz ukarany, skłam, a wszystko ułoży się dobrze. Doznał nieprzyjemnego uczucia, jakby zsuwał się po stromej skarpie, nie mając się czego chwycić. Sam sobie jednak wybrał to wzniesienie. Zbierając resztki energii wyobraził sobie, że wbija hak w granitową skałę, ratując się przed upadkiem. Możesz z tym żyć, sam, powiedział sobie w duchu, a następnie spojrzał na Ta

– Nie – odezwał się po dość długiej przerwie. – Umknął.

Ta

– Dokładnie tak jak powiedziałeś. Na bagno. Poszliśmy tam, ale nie mogliśmy go znaleźć. Mógł pójść wszędzie: Atlanta. Chicago. Detroit. Dallas. Gdziekolwiek.

Nachylił się i podniósł ra

– Napisz artykuł – powiedział Ta

– Napiszę – odparł Cowart.

– Spraw, żeby uwierzyli – dodał policjant.

– Uwierzą – odparł Cowart bez złości.

Brown skinął głową.

Matthew Cowart zaczął prowadzić Andreę Shaeffer z powrotem wzdłuż ścieżki, ku cywilizacji. Opierała się na jego ramieniu. Wyczuwał, jak dziewczyna zaciska zęby z bólu, lecz nie poskarżyła się nawet jękiem. Jego myśli dryfowały poza upał, bagno i ciężar ra

– Czy to jest w porządku? – Pytanie wyprysnęło samo z jego ust.

Brown wzruszył ramionami.

– Tutaj nigdy nie było nic w porządku. Od samego początku. Nigdy również nie mieliśmy wyboru.

Cowart potwierdził słowa detektywa ruchem głowy. To była jedyna prawda, którą miło było usłyszeć.

– To dziwny moment, żeby zacząć sobie wzajemnie ufać – powiedział bez uśmiechu.

Następnie odwrócił się i ruszył, podtrzymując swój jasnowłosy ciężar z mocnym postanowieniem dostarczenia go w bezpieczne miejsce. Dziewczyna jęknęła słabo, wspierając się na jego ramieniu. Pomyślał, że nie robi nic wielkiego, ale przynajmniej kogoś ratuje. Odczuł ulgę na myśl, że udało się uratować może wielu i

Ta