Страница 135 из 137
Shaeffer nie padła od razu na ziemię. Krzycząc przeraźliwie, wystrzeliła na oślep ku niebu. Głęboki odgłos jej pistoletu został poparty trzema dźwięcznymi strzałami z rewolweru Fergusona.
Brown jęknął głucho, gdy kula uderzyła w ziemię tuż przy jego głowie, wyrzucając w górę fonta
Shaeffer krzyknęła ponownie, tym razem spięta potwornym bólem. Zakręciła się upadając na ziemię, jak ptak ze złamanym skrzydłem, chwytając się za zraniony łokieć. Cierpienie wyrwało z jej głosu wysokie tony.
Cowart przyciągnął ją do siebie, a Brown wstał mierząc uważnie w niewidoczny cel. Nacisnął delikatnie na spust, jednak nie zdecydował się na strzał. Usłyszał odgłos trzaskających gałązek i krzewów. Ferguson uciekał.
Cowart dostrzegł pistolet w bezwładnej dłoni młodej detektyw. Krew spływała pulsującym strumieniem, plamiąc wypolerowaną stal. Chwycił broń i wstał błyskawicznie, starając się zlokalizować odgłosy ucieczki Fergusona.
Nie zdawał sobie sprawy, że znalazł się na pewnej granicy.
Wystrzelił.
Szaleńczo, pozwalając, by hałas pistoletu przyćmił myśli o tym, co robi, naciskał na spust raz po raz, wysyłając pozostałe osiem kul w gąszcz drzew i zarośli.
Pociągał za spust, aż do momentu gdy opróżnił cały magazynek. Stał na środku polanki wsłuchując się w echa wystrzałów.
Ręka wraz z pistoletem opadła mu wzdłuż ciała, jakby wyczerpana. Przez chwilę cała trójka zdawała się zmrożona. Shaeffer przerwała ciszę wydając pełen boleści krzyk. Leżała u stóp reportera, który pochylił się czym prędzej. Jej głos otrzeźwił nieco Ta
Reporter wciąż zaciskał mocno palce na pistolecie.
Brown zauważył, jak Cowart pochyla się i wpatruje w prześwit między gałęziami, a następnie cofa się o krok, spoglądając uważnie na swoją rękę.
– Myślę, że go dostałem – powiedział reporter i obrócił się w kierunku Browna, wyciągając przed siebie otwartą dłoń.
Była umazana krwią.
Brown wyprostował się, kiwając głową.
– Zostań z nią – powiedział. Cowart zaprzeczył ruchem głowy.
– Nie. Idę z tobą.
Z piersi Shaeffer wydobył się głęboki jęk bólu.
– Zostań z nią – powtórzył Brown.
Cowart otworzył usta, lecz policjant uciął krótko:
– Teraz to należy do mnie.
Reporter zgrzytnął zębami. Emocje wzięły w nim górę. Pomyślał o wszystkim, co rozpętał, i stwierdził, że to nie może się dla niego tutaj skończyć.
Shaeffer zajęczała ponownie.
Zdał sobie sprawę, że nie ma wyboru.
Skinął posłusznie głową.
Czekał w towarzystwie ra
Porucznik odwrócił się i ruszył przed siebie, klucząc pośród gmatwaniny gałęzi jeżyn, które chwytały za ubranie i drapały skórę i oczy niczym dzikie koty. Poruszał się z trudem, lecz dosyć szybko, analizując nieusta
Las runął na niego całą swoją potęgą. Porucznik z wysiłkiem rozchylał gałęzie i krzaki zagradzające mu drogę. Prowadzony wściekłością pędził z całych sił. Niszczył wszystko, co ośmieliło się stanąć mu na drodze. Nie widział Fergusona aż do momentu, gdy prawie na niego wpadł. Morderca stał wsparty o drzewo na skraju wielkiego rozlewiska bagnistej wody.
Ciemne pasma krwi biegły od uda do kostki, wyraźnie widoczne na tle wyblakłego błękitu dżinsów. Mierzył z rewolweru w Ta
Już nie żyję, pojedyncza myśl przeleciała przez głowę detektywa. Lodowaty strach spowił wszystkie jego odczucia, zamrożone wspomnienia o rodzinie, znajomych. Pomyślał, że świat nagle się zatrzymał. Chciał dać nura do jakiegoś schronienia, rzucić się w tył, schować się gdzieś, lecz poruszał się jak w zwolnionym filmie i wszystko co mógł w tej chwili zrobić, to zasłonić się ręką, jakby ten ruch mógł zmienić lot kuli, która za chwilę nadleci. Miał wrażenie, jakby nagle wyostrzył mu się słuch, a wzrok wydawał się przeszywać wszystko na wylot. Widział spust rewolweru odsuwający się najpierw do tyłu, a następnie w przód.
Otworzył usta w niemym krzyku.
Usłyszał jedynie dwa puste klaśnięcia, gdy iglica w rewolwerze zabójcy dwukrotnie uderzyła w pustą komorę. Odgłos odbił się echem w pustej przestrzeni.
Dzikie zaskoczenie pojawiło się na twarzy Fergusona. Spojrzał na rewolwer, jakby patrzył na księdza złapanego na kłamstwie.
Ta
Twarz Fergusona wykrzywiła się w nieprzyjemnym grymasie. Wydawało się, że wzruszył ramionami. Rozłożył ręce w geście poddania.
Ta
Robert Earl Ferguson został odrzucony w tył w objęcia kolczastych gałęzi. Jego ciało zwinęło się w bólu. Niedowierzanie pojawiło się w gasnących oczach. Wydawało się, że potrząsa przecząco głową, lecz ruch ten ustał w momencie, gdy zaskoczenie na twarzy Fergusona ustąpiło miejsca śmierci.
Czas wlókł się niemiłosiernie.
Ta
Spojrzał w niewidzące oczy Fergusona.
– Tak – powiedział gorzko. – Pomyliłeś się.
Dostrzegł rewolwer z krótką lufą uwalany w piachu i błocie, leżący w miejscu, w którym śmierć kazała go Fergusonowi wypuścić. Ten rewolwer był porucznikowi równie znajomy jak głos i śmiech jego partnera. Wiedział, że tylko w jeden sposób ta broń mogła się dostać w ręce Fergusona, i odczuł głęboki smutek i ból. Utkwił ponownie wzrok w martwym zabójcy i powiedział głośno:
– Chciałeś mnie zabić z broni mojego partnera, ty skurczybyku, ale nie zrobiła tego dla ciebie, co?
Powędrował wzrokiem ku miejscu, z którego sączyła się strużka krwi. Tu trafił pocisk z dzikiego strzału Cowarta, w udo. Ferguson nie mógł ujść daleko z podobną raną. Z pewnością nie na wolność. Pojedynczy szczęśliwy strzał, który zabił go tak samo, jak bliźniacze strzały oddane z rewolweru Browna.