Страница 5 из 53
– Czy ktoś i
– Czy ktoś i
– Aptekarz najważniejszy? – zachęcił go jego słuchacz, który dał się porwać temu widowisku.
– Tata Wilde nawet w filmie byłby ciekawy – wyjaśnił Charlie Luke. – Co za sklep! A jak zaopatrzony! Słyszał pan kiedy o „Syropie Na Kaszel Matki Appleyard Leczącym. Również Wnętrzności"? Oczywiście nie, ale mogę się założyć, że pański dziadek się nim kurował. I gdyby pan chciał, dostanie go pan, w oryginalnym opakowaniu. Ma dziesiątki nieporządnych małych szufladek, a pachnie tam jak w sypialni starej pa
– Kiedy będzie wynik analiz?
– Na razie mamy prowizoryczny. Pełny wynik otrzymamy nie wcześniej niż dziś wieczorem. Z całą pewnością przed północą. Jeżeli to była trucizna podana świadomie, obudzimy przedsiębiorców pogrzebowych i natychmiast wykopiemy brata. Takie otrzymałem rozkazy. Nie cierpię takiej pracy. Mnóstwo kamieni i smrodu. – Potrząsnął głową jak mokry pies i wypił duży haust whisky.
– Chodzi o starszego brata, jeśli dobrze zrozumiałem? Najstarszego z Palinode'ów?
– Tak. O Edwarda Palinode, lat Sześćdziesiąt siedem w chwili śmierci, która nastąpiła w marcu. Ile minęło czasu? Siedem miesięcy. Ciekawe, w jakim.jest stanie. To wilgotny stary cmentarz i proces rozkładu szybko postępuje.
Campion uśmiechnął się.
– Zostawił mnie pan w ciemnym składzie aptecznym. Gdzie teraz pójdziemy? Wprost do domu Palinode'ów?
Inspektor milczał przez chwilę zamyślony.
– Oczywiście można – zgodził się z nieoczekiwaną powściągliwością. – Z drugiej strony ulicy jest tylko ten stary nudziarz Bowels, wejście do zaułku, gdzie dawniej były stajnie, potem bank – mała filia Clougha i podejrzana knajpa „Pod Lokajem". A teraz, proszę pana, dochodzimy do samego domu. Znajduje się na rogu, po tej samej stronie co skład apteczny. Jest wielki, ma suterenę. Zniszczony jak wielkie nieszczęście, z jednej strony znajduje się niewielkie podwórko, jakby ogródek, wysypane piaskiem i obrośnięte krzewami laurowymi. A poza tym pełno tam toreb papierowych i kotów. – Urwał. Jego poprzedni entuzjazm zniknął, wąskimi oczami wpatrywał się ponuro w Campiona. – Wie pan co – powiedział z nagłą ulgą – wydaje mi się, że będę mógł panu pokazać teraz kapitana.
Wstał cicho i z tą ostrożną łagodnością, charakterystyczną dla ludzi bardzo silnych, zdjął wielki, oprawiony w ramy plakat, reklamujący irlandzką whisky, który wisiał pośrodku ściany. Za nim znajdowało się oszklone okienko, przez które czujny właściciel mógł z góry obserwować ogólną salę. Ścianki, oddzielające poszczególne części baru, rozchodziły się od głównego kontuaru jak szprychy koła, a w każdej z tych części tłoczyli się ludzie. Obaj mężczyźni pochyliwszy.się do przodu spojrzeli w dół.
– Widzę go – szept Charlie'ego Luke'a przypominał daleki pomruk artylerii. – Jest w barze. – Wysoki, starszy jegomość, o tam, w kącie. W zielonym kapeluszu.
– To ten, co rozmawia z Price-Williamsem z,,Sygnału"? – Campion dostrzegł pięknie modelowaną głowę najbardziej przebiegłego spośród londyńskich reporterów kryminalnych.
– Price nic nie wie. Jest znudzony. Niech pan spojrzy, jak on się drapie – powiedział cicho detektyw. Był to głos wędkarza: doświadczonego, cierpliwego, pochłoniętego swoją pasją.
Kapitan miał, postawę wyraźnie -.wojskową. Zbliżał się do sześćdziesiątki i zachowując smukłą sylwetkę wkraczał łagodnie w starość. Włosy i cienkie wąsy miał tak krótko przycięte, że ich kolor był bliżej nieokreślony – ani jasny, ani siwy. Campion nie słyszał jego głosu, ale przypuszczaj:, że choć przyjemny w tonacji, jest zapewne lekceważący. Domyślał się również, że z wierzchu jego dłonie pokryte są brunatnymi plamami, jak skóra żaby, i że prawdopodobnie nosi dyskretny sygnet i ma zawsze przy sobie wizytówki.
Zdumiało go, że siostrą takiego człowieka mogła być osoba, która kawałek tektury i woal samochodowy uważała za nakrycie głowy, i powiedział to głośno. Luke przeprosił go spiesznie
– Och, proszę mi wybaczyć. Powinienem był panu od razu wyjaśnić. To nie jest żaden z Palinode'ów. On tylko mieszka w tym domu. Renee zabrała go ze sobą. Był jej ulubionym lokatorem i ma teraz jeden z lepszych pokoi. Nazywa się Alastair Seton, służył jako zawodowy oficer w armii, z której musiał się wycofać z powodu słabego zdrowia. Serce, chyba. Ma jakieś cztery funty czternaście szylingów renty tygodniowo. Ale jest dżentelmenem w każdym calu i robi wszystko, żeby się utrzymać na poziomie, biedaczysko. Swoje wizyty w pubie utrzymuje w największej tajemnica.
– O Boże – powiedział Campion – to pewno tutaj przychodzi, kiedy od niechcenia mówi, że ma bardzo ważne spotkanie na mieście..
– Nie inaczej. – Luke przytaknął głową. – A spotyka się ze szklanką piwa. – Wbrew samemu sobie cieszy się z tego oszustwa. Z jednej strony uważa za ujmę to, że musi bywać w tak odrażającym lokalu, ale z drugiej strony bardzo go to podnieca.
Przez chwilę obaj milczeli. Wzrok Campiona wędrował po tłumie. Wreszcie zdjął okulary i rzekł nie odwracając się:
– Dlaczego pan nie chce mówić o Palinode'ach, inspektorze?
Charlie Luke napełnił sobie znowu szklaneczkę i spojrzał ponad nią, a we wzroku jego malowała się nieoczekiwana szczerość.
– Bo nie mogę – odparł.
– Dlaczego?
– Nie rozumiem ich. – Złożył to oświadczenie tonem prymusa przyznającego się do swej niewiedzy.
– Co pan chce przez to powiedzieć?
– Właśnie to. Nie rozumiem, co mówią.- Usiadł znowu na stole i bezradnie rozłożył muskularne ręce. – Gdyby tylko chodziło o obcy język, wziąłbym sobie tłumacza – ale chodzi o coś i
Nastąpiło znowu milczenie.
– Czyżby słowa były takie… długie? – zaryzykował Campion niepewnie.
– Nie, wcale nie. – Luke nie był urażony, robił tylko wrażenie smutnego. – Jest ich pięcioro – powiedział wreszcie. – Dwoje martwych, troje żywych: Lawrence Palinode, pa