Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 4 из 53

Campion odwrócił się od biurka.

– Czy coś przede mną ukrywasz? – spytał krótko.

Miejsca, gdzie Lugg miał kiedyś brwi, podniosły się, żeby się spotkać na nagiej kopule czoła. Złożył swoją kamizelkę z niezwykłą stara

– Niektórych uwag nie słyszę – powiedział z godnością. – Właśnie składam rzeczy. Wszystko w porządku. Napisałem już swoje ogłoszenie.

– Swoje co?

– Swoje ogłoszenie. „Prawdziwy dżentelmen szuka ciekawej pracy. Godne zaufania referencje. Pożądani pracodawcy utytułowani." Coś w tym stylu. Nie mogę z panem jechać, szefie. Nie chciałbym stać się powodem międzynarodowego konfliktu,.

Campion usiadł, żeby raz jeszcze przeczytać list.

– Kiedy przyszedł?

– Z ostatnią pocztą, dziesięć minut temu. Pokażę panu kopertę, jeśli pan ma wątpliwości.

– Czy Renee Roper mogła go namówić do tego?

– Trzydzieści pięć lat temu nie wyswatała mu naszej Beatt, jeśli o to panu chodzi. – W głosie Lugga brzmiała pogarda. – Niech się pan tak nie denerwuje. To zwykły zbieg okoliczności, drugi, jaki się panu zdarza w związku z tą hecą z Palinode'ami. W żadnym wypadku niech się pan nie przejmuje. Nie ma po temu powodów. Co pana obchodzi Jas?

– To ta trzecia wrona, jeśli cię to bardzo interesuje – stwierdził Campion i po chwili twarz mu się rozjaśniła.

3. Tacy staroświeccy i zupełnie niezwykli

Inspektor policji czekał w pokoju na piętrze,,Gospody Pod Płatnerzem", dyskretnej, staroświeckiej piwiarni na jednej z bocznych uliczek swej dzielnicy.

Campion spotkał się z nim tutaj kilka minut po ósmej, tak jak to ustalił nadinspektor. W głosie Yeo, z którym rozmawiał przez telefon, brzmiała ulga i zadowolenie.

– Od razu wiedziałem, że pan w końcu ulegnie – powiedział z radością. – Niełatwo zmienić swoją naturę. Niebiosa nam pana zesłały – nie mówiąc już o władzy zwierzchniej – do tej sprawy. Zawiadomię zaraz Charlie'go Luke'a. Najlepiej, jak się pan z nim spotka w tej gospodzie na Edwards Place. Z pewnością polubi pan tego chłopca.

I teraz kiedy Campion po drewnianych schodach wszedł na górę i znalazł się na wykładanym lakierowanym drewnem pięterku tuż nad dużym, okrągłym barem, jego oczy spoczęły na synu Billa Luke'a. Inspektor był mocno zbudowanym mężczyzną. Siedząc na brzegu stołu z rękami w kieszeniach, z kapeluszem nasuniętym na oczy, z muskularni rozsadzającymi cywilne ubranie, wyglądem swym przypominał gangstera. Miał ciemną cerę, żywą twarz, wydatny nos, wąskie, bystre oczy i uśmiech świadczący o gwałtownym usposobieniu.

Wstał natychmiast z wyciągniętą ręką.

– Bardzo miło mi pana poznać – powitał Campiona ze sztuczną uprzejmością.

Każdy inspektor jest jedynym i absolutnym władcą swego rejonu aż do momentu, w którym wydarzy się coś niezwykle interesującego, bowiem wtedy jego zwierzchnik w Scotland Yardzie zwykle uważa za swój obowiązek wysłać mu pomoc i choć inspektor z pewnością lepiej orientuje się w swoim terenie, musi się podporządkować. Campionowi zrobiło się go żal.

– No, chyba nie tak bardzo – powiedział rozbrajająco. – Z iloma morderstwami w rodzinie Palinode'ów miał pan do tej pory do czynienia?

W wąskich oczach Luke'a zapalił się błysk i Campion uświadomił sobie, ze jego rozmówca jest młodszy, niż przypuszczał: trzydzieści cztery, najwyżej trzydzieści pięć lat. Jak na pełnioną funkcję wiek zaskakująco młody.

– Najpierw, czego się pan napije? – Luke nacisnął pękaty dzwonek stojący na stole. – Musimy pozbyć się Mamy Chubb z zasięgu słuchu, a wtedy wszystko panu dokładnie opowiem.

Właścicielka obsługiwała ich sama. Była to niewysoka kobieta o bystrych -oczach, energiczna, o uprzejmej, znużonej twarzy i siwych włosach zwiniętych pod siatką w wymyślne sploty.

Skinęła głową Campionowi, nie patrząc na niego i odeszła zainkasowawszy należność.

– A teraz – powiedział Charlie Luke przymknąwszy oczy, a w jego głosie zabrzmiał cień prowincjonalnego akcentu. – Nie wiem, co pan słyszał, ale pokrótce opowiem panu to, co ja wiem. Wszystko zaczęło się od biednego starego doktora Smitha.

Campion nigdy nie słyszał o tym właśnie lekarzu, ale nagle znalazł się on z nimi w pokoju. Postać ta nabrała kształtu jak portret pod dotknięciem ołówka.

– Dosyć wysoki, starszy jegomość – no, nie taki znowuż stary, pięćdziesiąt pięć, ożeniony z sekutnicą. Przepracowany. Przewrażliwiony. Codzie

Charlie Luke mówił urywanymi zdaniami, na ogół bez orzeczenia, chaotycznie, ale w tym mówieniu brało udział całe ciało. Kiedy opisywał, jak bardzo zgarbiony jest doktor Smith. jego własne plecy się pochyliły. Kiedy wspomniał o wystawie sklepu, oddał jej kształt gestem rąk. Jego dobitna relacja uwypuklała fakty

Campion został zmuszony do tego, by dzielić zaniepokojenie doktora. Opowieść Luke'a toczyła się jak lawina.

– Całą ohydę tego przedstawię później – powiedział. – Na początek tylko zarys. – Znowu był sobą, szybko formułując słowa, podkreślając je gestami rąk. – Zwykłe wstrętne anonimy. Mają w sobie posmak czegoś anormalnego. Nasuwają przypuszczenie, że pisze je kobieta, nie tak niewykształcona, jakby to wynikało z pisowni. W listach tych oskarża się doktora o ułatwienie morderstwa. To, że zamordowana stara kobieta, Ruth Palinode, została pochowana i nikt o nic nie pytał, to wina doktora. Doktor powoli zaczyna się orientować. Podejrzewać, że pacjenci mogą też dostawać takie listy. W luźnych uwagach doszukuje się ukrytego sensu. Biedaczysko zaczyna rozmyślać. Zastanawiać się nad objawami choroby tej starej kobiety. Cholernie Jest przerażony. Opowiada o tym żonie, która to wykorzystuje, by go dręczyć. Znajduje się u progu -załamania nerwowego, idzie do kolegi-lekarza, który nakłania go, żeby,nas zawiadomił. Cała sprawa zostaje mi przekazana..:

Wciągnął głęboko powietrze, a potem łyk whisky z wodą sodową.

– „Dobry Boże, wiesz chłopcze", powiada do mnie, „to mógł być arszenik. Nigdy nie pomyślałem o otruciu". „Panie doktorze", ja na. to, „może to tylko takie gadanie. W każdym razie ktoś się tym bardzo niepokoi. Dowiemy się, kto to taki, i całą sprawę wyjaśnimy". A teraz zajmijmy się Apron Street.

– Słucham uważnie – powiedział Campion starając się ukryć wielkie podniecenie. – Chodzi o dom Palinode'ów?

– Jeszcze nie. Najpierw trzeba zająć się samą ulicą. Ulica bardzo ważna. Raczej wąska, niewielka. Po obu stronach małe sklepiki. Na jednym końcu kaplica jakiegoś bractwa religijnego, obecnie Teatr Tespisa, z ambicjami, nieszkodliwy; na drugim końcu Portminster Lodge – dom Palinode'ów. W ostatnich trzydziestu latach dzielnica ta bardzo podupadła, a wraz z nią i Palinode'owie. Teraz pewna podstarzała aktorka rewiowa wynajmuje w tym.domu pokoje. Hipoteka wygasła, ona odziedziczyła pewną sumę, a że jej własny dom został zbombardowany, więc się przeniosła ze swoimi starymi lokatorami na Apron Street i wzięła pod swe skrzydła rodzinę Palinode'ów.

– Pa

– Doprawdy? – Jasne szparki oczu rozszerzyły się wyraźnie. – A więc niech mi pan w takim razie coś powie: czy ona mogłaby pisać te listy?

Brwi Campiona uniosły się nad okularami.

– Trudno mi powiedzieć, na tyle dobrze jej nie znam – mruknął. – Sądzę raczej, że nie byłaby zdolna do tego.

– I ja tak myślę, ja… ja… jestem dla niej pełen podziwu – w głosie Luke'a brzmiała szczerość. – Ale nigdy nie wiadomo, prawda? – Wyciągnął swoją potężną dłoń. – Tak się zastanowić. Samotna kobieta, szczęśliwe życie minęło, nic tylko harówka, nuda, z pewnością nienawiść tych starych pryków. Może zwracają się do niej per „moja dobra kobieto", a ona.stara się utrzymać ten dom na poziomie. – Urwał. – Niech pan nie myśli, że oskarżam ją o coś – powiedział impulsywnie. – Każdy z nas ma w duszy jakieś ciemne zakamarki. I mnie się wydaje, że po prostu okoliczności ujawniają je. Wcale nie stawiam zarzutów tej biedaczce, po prostu chciałbym wiedzieć. Może miała zamiar pozbyć się całej tej budy i nie wiedziała, jak to zrobić. A może straciła głowę dla doktora i chciała mu dokuczyć. Oczywiście na to jest trochę za stara.