Страница 15 из 123
Rebus raz jeszcze przyjrzał się kartce.
– Nie mam zielonego pojęcia, Siobhan. Co chcesz, żebym z tym zrobił?
– Chciałabym się dowiedzieć, kto to wysłał, ale to nie będzie łatwe. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to na to odpowiedzieć.
– I poinformować nadawcę, że Philippa zniknęła?
Siobhan zniżyła głos.
– Nie, raczej żeby mu odpowiedzieć jako ona.
Rebus zamyślił się.
– Sądzisz, że to mogłoby się udać? I co byś mu napisała?
– Jeszcze się nie zdecydowałam. – Ze sposobu, w jaki założyła ręce na piersiach Rebus wiedział, że już podjęła decyzję.
– Wspomnij o tym komisarz Templer, jak się tu pojawi – powiedział, a ona kiwnęła głową i ruszyła do wyjścia, jednak Rebus ją zawołał. – Studiowałaś na uniwerku. Powiedz mi, miałaś tam do czynienia z takimi jak Philippa Balfour?
Prychnęła pogardliwie.
– Oni należą do i
– No?
– Te łajzy zawsze zdawały.
Tego wieczoru Gill Templer zorganizowała babski wieczorek w Sali Palmowej hotelu Balmoral. W rogu, odziany w smoking pianista grał na fortepianie. W wiaderku chłodziła się butelka szampana, a na stoliku stały miseczki z chrupiącymi przegryzkami.
– Tylko nie zapomnijcie zostawić sobie miejsca na kolację – przypomniała gościom Gill. Na ósmą trzydzieści miały zamówiony stół u Hadriana. Właśnie mijała siódma trzydzieści, kiedy w drzwiach pojawiła się ostatnia z zaproszonych.
Wyplątując się z płaszcza, Siobhan przeprosiła za spóźnienie. Zjawił się kelner i zabrał od niej okrycie. I
– Zdrowie – powiedziała, siadając i unosząc kieliszek do góry. – I gratulacje.
Gill Templer uniosła swój kieliszek i pozwoliła sobie na uśmiech.
– Myślę, że na nie zasłużyłam – stwierdziła, wywołując tym entuzjastyczne potakiwanie obecnych.
Siobhan znała dwie z pozostałych trzech kobiet. Były pracownicami prokuratury i z obiema Siobhan miała już okazję współpracować. Harriet Brough zbliżała się do pięćdziesiątki, na głowie miała trwałą z czarnych (być może farbowanych) włosów, a jej obfite kształty maskowały liczne warstwy tweedu i grubej bawełny. Diana Metcalf była po czterdziestce i miała krótkie popielatoblond włosy i głęboko osadzone oczy, co zamiast tonować, podkreślała jeszcze mocnymi cieniami. Zawsze ubierała się w żywe kolory, dodatkowo uwydatniając trochę niedożywioną, kościstą posturę.
– A to jest Siobhan Clarke – przedstawiła ją Gill ostatniej uczestniczce spotkania – detektyw z mojego komisariatu. – „Mój komisariat” zabrzmiało tak, jakby go przejęła na własność, a Siobhan pomyślała, że to pewnie nie takie znów dalekie od prawdy. – Siobhan, przedstawiam ci Jean Burchill. Jean pracuje w muzeum.
– Oo, a w którym?
– W Muzeum Szkocji – odparła Burchill. – Była tam pani kiedyś?
– Byłam kiedyś na kolacji w Wieży.
– To niezupełnie to samo – powiedziała Burchill i zamilkła.
– Nie, nie, chodziło mi o to, że… – Siobhan chciała jakoś dyplomatycznie wybrnąć -…byłam tam na kolacji tuż po otwarciu. I mężczyzna, z którym tam byłam… No cóż, niezbyt mile go wspominam, więc trochę to mnie zniechęciło.
– To zrozumiałe – kiwnęła głową Harriet Brough, tak jakby za każde niepowodzenie w życiu winę ponosiła płeć przeciwna.
– No cóż, dzisiaj jesteśmy same, więc możemy się rozluźnić – powiedziała Gill.
– Chyba, że się później wybierzemy do jakiegoś nocnego lokalu – dodała Diana Metcalf i oczy jej rozbłysły.
Gill uchwyciła wzrok Siobhan.
– Wysłałaś tego e-maila? – spytała.
– O pracy nie rozmawiamy – cmoknęła z naganą Jean Burchill.
Obie panie z prokuratury skwapliwie przytaknęły, ale Siobhan i tak kiwnęła głową na znak, że wiadomość poszła. Czy ktoś da się na to nabrać, to już zupełnie i
– Widziałam dziś w telewizji waszą konferencję prasową – powiedziała Diana.
Jean jęknęła.
– Co ja przed chwilą mówiłam?
Metcalf zwróciła na nią swe duże, ciemne zmęczone oczy.
– To nie rozmowa o pracy, Jean. To rozmowa o czymś, o czym wszyscy rozprawiają. – I zwracając się do Gill, dodała: – Nie sądzę, żeby to ten jej chłopak, a ty?
Gill wzruszyła tylko ramionami.
– Widzisz – stwierdziła Burchill – Gill też nie chce o tym rozmawiać.
– Już prędzej jej ojciec – wtrąciła Harriet. – Mój brat chodził z nim do jednej szkoły. Bardzo zimny i wyrachowany. – Powiedziała to tonem nie znoszącym sprzeciwu, który pasował do jej zawodu. Siobhan pomyślała, że pewnie już w przedszkolu chciała studiować prawo. – A gdzie się podziała matka? – zwróciła się do Gill.
– Nie czuła się na siłach – odparła Gill. – Ale była zaproszona.
– Na pewno nie wypadłaby gorzej od tych dwóch – oznajmiła Brough, wybierając nerkowce z miseczki z orzeszkami.
Wyglądało na to, że Gill jest już tym znużona, więc Siobhan postanowiła zmienić temat i spytała Jean Burchill, czym się zajmuje w muzeum.
– Jestem starszym kustoszem – wyjaśniła Jean. – Specjalizuję się głównie w wieku osiemnastym i dziewiętnastym.
– Ty to się głównie specjalizujesz w śmierci – wtrąciła Harriet.
Burchill uśmiechnęła się.
– To prawda. Kompletuję eksponaty na podstawie dostępnych danych i…
– Ściślej mówiąc – znów przerwała jej Brough ze wzrokiem utkwionym w Siobhan – kompletujesz trumny i zdjęcia martwych dzieci z epoki wiktoriańskiej. Ile razy odwiedzam to twoje któreś tam piętro, to czuję, jak mi ciarki chodzą po plecach.
– Czwarte – powiedziała Burchill cicho.
Siobhan pomyślała, że Jean jest bardzo atrakcyjną kobietą. Drobna i szczupła, z prostymi brązowymi włosami obciętymi na pazia. Miała dołeczek w brodzie i delikatnie ukształtowane policzki, których naturalna różowość była dobrze widoczna nawet w przyciemnionym oświetleniu Sali Palmowej. Siobhan nie dostrzegła na jej twarzy ani śladu makijażu, ale pomyślała, że chyba go nie potrzebuje. Cała była w stonowanych pastelach: ubrała się w żakiet i spodnie w kolorze, który w sklepie nazywano zapewne ochrą. Pod żakiet włożyła jasnopopielaty kaszmirowy sweterek z rdzawym szalem z koziej wełny upiętym na ramieniu broszką od Re
– Jean i ja chodziłyśmy razem do szkoły – wyjaśniła Gill. – Potem straciłyśmy kontakt i wpadłyśmy na siebie jakieś cztery, pięć lat temu.
Burchill uśmiechnęła się na to wspomnienie.
– Ja bym wolała nie spotykać żadnej z mojej szkoły – powiedziała Harriet z ustami pełnymi orzeszków. – Same klępy.
– Czy można paniom dolać szampana – spytał kelner, wyciągając butelkę z wiaderka.
– No nareszcie – mruknęła Brough.
Między deserem a kawą Siobhan poszła do toalety. Wracając, w korytarzu natknęła się na Gill.
– Wyższe sfery – powiedziała Gill z uśmiechem.
– Pyszna kolacja, Gill. Czy jesteś pewna, że nie powi
Gill położyła jej rękę na ramieniu.
– Ja zapraszałam. Niecodzie