Страница 75 из 94
– Jak mogłam iść za tobą – zauważyła logicznie – skoro dotarłam tam przed tobą? Przyznam, że kiedy zobaczyłam cię po raz pierwszy, przemknęła mi przez głowę myśl, że może to ty śledziłaś mnie…
– Ale spojrzałaś na mnie w taki sposób… – zaprzeczyła niechętnie Althea. – Nie twierdzę, że kłamiesz. Jednakże wydawało mi się, że mnie szukałaś. Obserwowałaś mnie.
Amber powoli pokiwała głową.
– Odniosłam podobne wrażenie. Wiedz wszakże, iż nie ciebie szukałam. – Przez chwilę bawiła się kolczykami. Rozkołysała najpierw smoka, potem węża. – Poszłam do doków szukając pewnego młodego niewolnika, który ma tylko dziewięć palców. Nie wiem, czy potrafisz dać temu wiarę. – Uśmiechnęła się niesamowicie. – Zamiast niego zauważyłam ciebie. Istnieją zbiegi okoliczności oraz coś takiego jak los. Te pierwsze mnie nie przerażają, natomiast ilekroć walczę z losem, zawsze przegrywam. I to sromotnie. – Potrząsnęła głową. Wszystkie cztery kolczyki w jej uszach poruszyły się. Najwyraźniej rozpamiętywała dawne czasy, ponieważ jej oczy osobliwie się zamgliły. Potem podniosła wzrok i z zaciekawieniem spojrzała na dziewczynę. Uśmiech wrócił, łagodząc jej rysy. – Ta prawda nie dotyczy wszystkich ludzi. Niektórzy zyskują prawo do potyczek z losem. Tacy ludzie zwyciężają.
Althea nie potrafiła nic na to odpowiedzieć, więc zachowała milczenie. Po chwili kobieta podeszła do jednej z półek i zdjęła z niej kosz. Przynajmniej na pierwszy rzut oka tak to wyglądało… Kiedy dziewczyna podeszła bliżej, zobaczyła, że przedmiot wykonano z jednego kawałka drewna. Boki zostały wyrzeźbione w siatkę plecionych pasm. Artystka potrząsnęła koszem, zawartość zaklekotała i zagrzechotała przyjemnie.
– Wybierz jeden – zaproponowała, podsuwając kosz. – Chcę ci zrobić prezent.
Wewnątrz znajdowały się korale. Althea spojrzała tylko raz i harde słowa odmowy zamarły jej na ustach. Paciorków było wiele, każdy w i
Nie potrafiła wybrać i nadal przeglądała paciorki. Szukała najbardziej idealnego.
– Dlaczego chcesz mi dać prezent? – spytała nagle.
Gdy zerknęła na artystkę, dostrzegła w jej oczach dumę. Amber chwaliła się przed nią tymi koralami. Ziemiste policzki kobiety nabrały nagle ciepła, a jej złote oczy rozjarzyły się niczym oczy patrzącego w ogień kota.
Przemówiła równie ciepłym głosem.
– Chciałabym, żebyśmy zostały przyjaciółkami.
– Po co?
– Ponieważ widzę, że przechodzisz przez życie w poprzek. Dostrzegasz strumień zdarzeń i wiesz, jak najłatwiej się weń wpasować, a jednak ośmielasz się stawić mu opór. Dlaczego? Ponieważ patrzysz Wokół siebie i stwierdzasz: “Nie odpowiada mi taki los. Nie pozwolę, by mi się przydarzył”. – Amber potrząsnęła głową, ale lekki uśmieszek potwierdzał jej słowa. – Zawsze podziwiałam ludzi, którzy umieją podjąć takie ryzyko. Mało kto to potrafi. Wielu oczywiście rzuca gromy i wścieka się na szatę, którą utkał dla nich los, mimo to przyjmują ją, wdziewają i noszą do końca swoich dni. A ty… raczej wolałabyś pójść naga w sztorm. – Znowu uśmiech. Zniknął jednak niemal równie szybko, jak się zjawił. – Nie twierdzę, że robisz dobrze czy źle, chcę ci tylko ofiarować koralik. Powi
– Czuję się jak u wróżki – poskarżyła się Althea, a wtedy jej palec dotknął paciorka, który leżał na dnie kosza. Wiedziała, że go wybierze, zanim jeszcze chwyciła go w kciuk i palec wskazujący, a potem wyjęła ze stosu i
– Jajko. – Uśmiech Amber pojawił się i przez długi czas nie znikał. – Jajo węża. Tak, możesz. Oczywiście, że możesz.
– Jesteś pewna, że nie chcesz nic w zamian? – spytała bez ogródek Althea. Wiedziała, jak niefortu
– W zamian – odparta Amber gładko – proszę o jedno. Pozwól, że ci pomogę.
– Ale w czym? Kobieta uśmiechnęła się.
– Razem popsujemy losowi szyki – odparta.
Wintrow zaczerpnął garść letniej wody z kubełka i chlusnął sobie na twarz. Westchnął, ponownie włożył ręce do kubła i przez jakiś czas koił zmęczone dłonie. Ojciec zapewnił go, że popękane pęcherze niedługo stwardnieją.
“W tydzień będziesz miał grubszą skórę na tych księżulskich rączkach. Sam zobaczysz”, obiecał mu jowialnie ostatnim razem, kiedy uważał za stosowne zauważyć istnienie syna. Wintrow nic wówczas nie odpowiedział.
Nie mógł sobie przypomnieć dnia, w którym byłby tak bardzo zmęczony. Czuł, że jest przepracowany, a poza tym na pokładzie statku kazano mu żyć zgodnie z zupełnie i
Wyciągnął obolałe ręce z kubełka i ostrożnie osuszył je kawałkiem szmaty.
Rozejrzał się po komorze kotwicznej, która służyła mu za dom. W jednym narożniku rozpięty był hamak z szorstkiego szpagatu. Ubranie wisiało na kołkach wraz ze zwojami liny. Każdy jej fragment był teraz zwinięty precyzyjnie i zgrabnie. Popękane pęcherze na dłoniach Wintrowa zaświadczały o jego wielokrotnych lekcjach.
Zdjął z kołka swoją najczystszą koszulę i włożył. Pomyślał, by zmienić spodnie, ale zrezygnował. Ubiegłej nocy wyprał drugą parę, lecz jeszcze nie wyschły w zimnym pomieszczeniu i zaczęły cuchnąć pleśnią. Przykucnął, bowiem w komorze nie było wygodnego miejsca do siedzenia. Ukrył zbolałą głowę w dłoniach i czekał na stukanie do drzwi, które wezwie go do kapitańskiego stołu. Wczoraj próbował uciec ze statku i od tej pory Torg zamykał go w tym pomieszczeniu na czas przyznawanych chłopcu okresów snu.