Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 65 из 94

Nadal się zastanawiała, gdy służący postawił przed nią talerze z jedzeniem. Althea bezwiednie poprosiła o wosk, zanurzyła w nim sygnet i odcisnęła na rachunku pieczęć. Prawdopodobnie po raz ostatni wysyłała rachunek do domu swego ojca. Gdyby wcześniej na to wpadła, zamówiłaby sobie na konto Keffrii wykwintniejszy posiłek. Na szczęście melon był kruchy i słodki, wędzona ryba przyjemnie wilgotna, a wino, no cóż… nadawało się do wypicia. Dziewczyna pijała przedtem gorsze i nie raz jeszcze wypije. Trzeba wytrwać, a na pewno z czasem jej sytuacja się poprawi. Musi się poprawić.

Kiedy dopijała wino, przypomniała sobie nagle, że jej ojciec odszedł i już nigdy nie wróci. To zdarzenie było nieodwracalne. Do tej pory sądziła, że już się prawie przyzwyczaiła do swojego żalu. Teraz na nowo (inaczej, lecz równie boleśnie) odczuła ogromną stratę i nogi zatrzęsły jej się jak galareta. Niezależnie od tego, jak długo Althea zdoła przetrwać, Ephron Vestrit nie wróci do domu, by wszystko naprawić. Nikt niczego nie naprawi; wszystko w jej rękach. Wątpiła, czy jej siostra potrafi gospodarować rodzi

Mogą wszystko stracić.

Nawet “Vivacię"!

Nigdy przedtem taka sytuacja nie miała miejsca w Mieście Wolnego Handlu, choć rodzina Devouchetów była o krok od bankructwa. Popadli w tak straszliwe długi, że Rada Kupców przyzwoliła, by główni wierzyciele Devouchetów, Kupcy Conry i Risch przejęli rodzi

Dziewczyna westchnęła i z niechęcią skoncentrowała się na najbardziej ją niepokojących problemach. Co się działo z “Vivacią"? Statek został niedawno ożywiony. Podobno jego osobowość ukształtuje się w ciągu najbliższych kilku tygodni. Powszechnie było wiadomo, że nie sposób przewidzieć charakteru żywostatku. “Vivacia” będzie się zatem zachowywała podobnie jak jej właściciele lub zadziwiająco odmie

Althea pomyślała o “Kendrym”, sły

Chyba że żywostatek oszaleje.

Althea jadła ostatni kawałek ryby. Mimo ciepłego letniego dnia, poczuła ukłucie chłodu. Nie, nie! “Vivacii” nigdy nie przydarzy się to, co “Paragonowi”. Nie może oszaleć! Została prawidłowo ożywiona, odbyła się odpowiednia ceremonia i powitalny rytuał, gdy na pokładzie umarł jej trzeci kapitan. Wszyscy wiedzieli, co zniszczyło “Paragona”. Chciwość właścicieli stworzyła szalony żywostatek, niosący całej rodzinie śmierć i zniszczenie.

“Paragonowi” umarł zaledwie jeden kapitan, kiedy dowódcą został Uto Ludluck. Mówiono, że ojciec Uta, Palwick, był uczciwym kupcem i wspaniałym kapitanem. Jego syn uchodził za sprytnego i przebiegłego. Często też oddawał się hazardowi. Ponieważ bardzo chciał spłacić żywostatek za swego życia, żaglowiec zawsze pływał przeładowany. Niewielu marynarzy odbywało na nim więcej niż jeden rejs, ponieważ Uto był surowym kapitanem – nie tylko dla podwładnych, ale także dla swego młodziutkiego syna Kerra, który służył na żaglowcu jako chłopiec pokładowy. Mawiano, że nieożywionym żywostatkiem trudniej się pływa, chociaż zapewne najwięcej kłopotów przyczyniała Utowi własna zachła

No i zdarzyło się to, co się musiało zdarzyć. Pewnego zimowego dnia podczas sztormu ogłoszono, że “Paragon” zaginął. Setre Ludluck chodziła po dokach i wypytywała marynarzy z każdego przybywającego statku, niestety nikt owego żaglowca nie widział. Nie było też żadnych wiadomości o jej mężu i synu.

W sześć miesięcy później statek przypłynął do Miasta Wolnego Handlu. Znaleziono go, jak dryfował do góry kilem u wejścia do portu. Początkowo nikt nie wiedział, co to za wrak, jedynie po srebrnej barwie drewna domyślano się, że to żywostatek. Ochotnicy w płaskode

Chyba jednak najstraszniejszy ze wszystkiego był fakt, że statek sam ożył. Śmierć Kerra była trzecia. Kiedy obnażono galion, pojawiło się brodate oblicze okrutnego wojownika, który zawołał głośno chłopięcym głosem:

“Matko! Matko, przybyłem do domu!”

Setre Ludluck wrzasnęła, potem zemdlała. Zaniesiono ją do domu i nigdy już nie odwiedziła morskiego doku w porcie, gdzie stał odwrócony wreszcie kilem do dołu jej rodzi

Litość ludzka powoli zaczęła się zmieniać w strach, a później w gniew. Wtedy właśnie “Paragon” zdobył sobie przydomek pariasa, czyli społecznego wyrzutka. Załoga żadnego statku nie chciała cumować obok niego; żeglarze mawiali, że przynosi pecha i pozostawiali go samemu sobie. Liny, którymi przywiązano go do doków, gniły powoli, coraz cięższe od pąkli. “Paragon” głównie milczał, od czas do czasu tylko (w niemożliwych do przewidzenia chwilach) wybuchał wściekłymi przekleństwami lub srogo lamentował.

Setre Ludluck umarła młodo, a wówczas właścicielami “Paragona” stali się wierzyciele rodziny, dla których był tylko kulą u nogi – statkiem, na którym nie można pływać, za to trzeba opłacić jego miejsce w porcie. W owym czasie kilku kuzynów niechętnie zgodziło się wypłynąć “Paragonem”, jeśli uda im się go skłonić do podróży. Dwóch bliźniaków, Cable i Sedge, rościło sobie prawo do statku. Przydzielono go pierwszemu z nich, ponieważ był o kilka minut starszy. Cable oświadczył, że za pewną opłatą popłynie rodzi