Страница 51 из 94
Ruszył szybko z powrotem ku basenowi portowemu i centrum Miasta Wolnego Handlu. Usłyszał pierwsze ostrożne krzyki pora
Z przyzwyczajenia skierował się ku portowi. Gdy sobie to uświadomił, potrząsnął głową i ruszył w stronę ulicy Rządów, która prowadziła na skaliste plaże, gdzie najbiedniejsi rybacy cumowali małe łódki. “Paragon” pozwoli mu się przespać na swoim pokładzie i będzie zadowolony z towarzystwa, a po południu Brashen pójdzie odebrać swój marynarski worek, po czym zacznie szukać pracy i noclegu. Na razie musi się przespać parę godzin, z dala od Vestritów i Havenów.
Maulkin zatrzymał się, otworzył szeroko paszczę i zamknął ją powtórnie, smakując powietrze nowego miejsca. Znużeni członkowie kłębowiska rozlokowali się w miękkim błocie, wdzięczni za krótki postój w długiej wędrówce. Shreever z osobliwą czułością obserwowała przywódcę, który kosztował słonej wody Krainy Obfitości. Jego krawatka podniosła się wokół gardła, na wpół wyzywająco, na wpół pytająco. Kilka i
– Nie ma tu pretendenta – zauważył Sessurea. – Bawi się bańkami.
– Mylisz się – zapewniła go spokojnie Shreever. – To tylko wspomnienia. Walczy, by je ujarzmić. Tak mi powiedział. Wspomnienia migoczą mu w głowie niczym wielka ławica maleńkich ryb i wprawiają go swoją mnogością w zakłopotanie. Maulkin musi postąpić jak mądry rybak, otwiera więc paszczę, przesuwa naprzód pysk, a potem zaciska szczęki i sprawdza łup.
– Prawdopodobnie sam muł – mruknął Sessurea.
Shreever postawiła krawatkę, a on szybko się odwrócił i powąchał własny ogon, jak gdyby się oporządzał. Shreever przeciągnęła się i zaczęła się ostentacyjne muskać, sugerując towarzyszowi, że się go nie boi.
– Korniki – zauważyła, jak gdyby do siebie – zawsze są rade z nieruchomego celu.
Wiedziała, że i
Fakty te mroziły krew w żyłach wężom, lecz dla Shreever oznaczały, że Maulkin naprawdę nimi kieruje. Z każdym kolejnym kilometrem na północ rosła jej pewność, że rzeczywiście należy on do węży przenoszących stare wspomnienia. Obserwowała go teraz. Wspaniałe miedziane oczy przykrył mlecznymi powiekami, wdzięcznym ruchem zwinął ciało w splot i głaskał się tak długo, aż rozjarzyły mu się złote oka. Kilka pozostałych węży przyglądało się temu z pogardą, jak gdyby sądziły, że ich przywódca pobudza swe zmysły dla zwykłej przyjemności. Shreever wpatrywała się w niego głodnym wzrokiem. Gdyby reszta kłębowiska nie patrzyła z taką uwagą, wężyca może nawet by się ośmieliła i przyłączyła do niego – owinęłaby jego ciało swoim i pomogła mu szukać utraconych wspomnień.
Nie odważyła się jednak i tylko dyskretnie zaczerpnęła haust słonej wody w na wpół otwartą paszczę; nowa woda swobodnie przepłynęła jej przez skrzela. Shreever poczuła dziwny smak. Były w nim obce sole, aż piekące intensywnością. Wysunęła język i skosztowała soli z ciała Maulkina, który pracowicie wił się i skręcał. Przez chwilę marzyła, że Kraj Niedostatku zmienia się w Krainę Obfitości, a ona spokojnie się w niej pławi.
Uniosła powieki i wizja zniknęła. Zanim Shreever zdołała się opanować, odrzuciła w tył łeb i zaryczała triumfalnie:
– Droga wolna!
Dopiero w chwilę później uświadomiła sobie własny krzyk. Towarzysze obserwowali ją teraz z takim samym napięciem, z jakim wcześniej przypatrywali się Maulkinowi. Zmieszana, przygładziła krawatkę przy szyi.
Nagle przywódca odwrócił się do niej i mocno owinął wokół jej ciała. Krawatka podniosła mu się gwałtownie i buchnęły toksyny, które równocześnie oszołomiły i upoiły Shreever. Maulkin chwycił ją z ogromną siłą, pomazał swoim piżmem po jej łuskach, zalewając jej zmysły na wpół uchwyconymi wspomnieniami, nad którymi właśnie rozmyślał. Potem nagle ją uwolnił i odsunął od siebie. Wężyca powoli i miękko opadła na dno, sapiąc dla zaczerpnięcia oddechu.
– Ona dzieli moje wspomnienia – oznajmił Maulkin swoim zwole
9. ŁASKI FORTUNY
Chrzęst obutych stóp na pokrytych piaskiem skałach zaalarmował “Paragona”. Mimo iż od roku był ślepy, podniósł głowę i nasłuchiwał. Nadchodzący człowiek milczał, statek słyszał tylko jego kroki. Na pewno był dorosły, dzieci bowiem chodziły lżej, a poza tym zwykle biegały w grupkach i wykrzykiwały obelgi pod jego adresem. Zachęcały się nawzajem do wrzasków, rzucały w niego kamieniami, aż pojął, że nie należy się uchylać. Kiedy znosił stoicko ich złośliwości, szybko się nudziły i odchodziły; szukały małych krabów albo gwiazd morskich i torturowały je zamiast niego. Zresztą, kamienie nie kaleczyły go za bardzo, a większość nawet w niego nie trafiała.
Bez przekonania skrzyżował ramiona na pokrytej bliznami piersi, chociaż gest ten wymagał od niego silnej woli. W strachu przed ciosem, gdy ofiara nie wie, skąd padnie uderzenie, trudno jest się powstrzymać przed ochroną twarzy, nawet jeśli z tej twarzy pozostały już tylko usta, nos i rozszczepione szczątki, w które topór zmienił jego oczy.
Ostatni przypływ prawie go dosięgnął. Czasami “Paragon” marzył o gigantycznym sztormie, który podniósłby go i rzucił na morze. Najlepiej, gdyby jedna fala go podniosła, a druga trzasnęła jego korpusem o skały, rozbiła go na deski, belki i pakuły, po czym rozrzuciła je wszystkie na cztery strony świata. Zastanawiał się, czy taki stan przyniósłby mu zapomnienie. A może dalej żyłby w postaci rzeźbionego kloca czarodrzewu. Podskakiwałby na falach i wszystko pamiętał. Nie, nie tego typu myśli tylko pogłębiają jego szaleństwo…
Czasem leżąc na plaży, wsłuchiwał się w swoją prawą burtę, gdzie korniki i pąkle wgryzały się w zwyczajne drewno, wwiercając się głęboko i żując, ale nigdy nie ruszały kila ani i
“Paragon” słyszał o śmierci tylko jednego żywostatku. “Tinester” stracił życie w ogniu, który szybko rozprzestrzenił się w jego ładowniach pełnych beczek z oliwą oraz suchych skór i zniszczył go w kilka godzin, podczas których krzyczał on i daremnie błagał o pomoc. Niestety był odpływ. Kiedy ogień podziurawił kadłub i statek zaczął tonąć, słona woda zalała płomienie w ładowniach, niestety “Tinester” nie zanurzył się dostatecznie głęboko, by ugasić pożar trawiący pokład. Czarodrzewowe serce płonęło powoli i w błękitne niebo ponad portem wznosił się ze statku czarny, mazisty dym. W końcu spłonął. Może tylko tak żywostatek potrafi osiągnąć spokój. Poprzez płomienie i powolne spalenie. “Paragon” zdziwił się, że dzieci – jego prześladowcy – nigdy nie wpadły na ten pomysł. Dlaczego rzucały kamieniami, skoro mogły już dawno temu podłożyć ogień pod jego niszczejący kadłub? Może powinien im to kiedyś zaproponować?