Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 30 из 94

– To ja, Ke

– Dlaczego miałbym tracić na ciebie czas? – zapytał wściekle mały rzemieślnik. – Idź gdzieś indziej, do jakiegoś durnia z byle igłami i popiołem, który ma w nosie własną pracę. Kiedy jutro zdecydujesz, że już nie chcesz tatuażu, wypalisz go, bo i tak nie będzie nic wart. – Splunął, zaledwie o kilka centymetrów omijając buty Ke

Kapitan uświadomił sobie, że trzyma małego mężczyznę (rzemieślnik stał na czubkach palców) za gardło i potrząsa nim gniewnie.

– Zapłaciłem ci, do cholery! – usłyszał swój krzyk. – Zapłaciłem za niego i zrobiłem z nim, co chciałem. Rozumiesz?

Zapanował nad sobą równie nagle, jak przed chwilą stracił panowanie. Oddychając ciężko, postawił artystę na nogi.

– Rozumiesz? – powtórzył ciszej. Dostrzegł nienawiść w oczach mężczyzny, lecz był w nich także strach. Zrobi to. Zrobi to dla ciężkiego złota, brzęczącego w sakiewce, którą Ke

– W takim razie, wejdź – Ivro zaprosił go zupełnie spokojnym głosem. Kapitan poczuł na plecach dreszcz. Wiedział, że ten mały człowieczek zada mu ból. Postara się, by zabieg naprawdę bolał. Ale Ivro był też prawdziwym artystą, więc jego tatuaż będzie absolutnie idealny. Ból i perfekcja. Tylko w ten sposób Ke

Podążył za mężczyzną do saloniku i rozebrał się do połowy. Ivro od świecznika zapalił świeczkę. Pirat stara

– Gdzie i co? – zapytał Ke

– Na karku – odparł cicho kapitan. – Wytatuuj I

– Co i

– I

– Wiem – przyznał opryskliwie rzemieślnik. – To jest pechowy tatuaż i cieszę się, że ci go wyryję, suczy synu. – Lekko przesunął opuszkami palców po skórze młodego pirata. Mierzył. W Jamaillii każdy właściciel mógł kazać wytatuować swój znak na twarzy niewolnika. Nawet gdyby niewolnik uzyskał po jakimś czasie wolność, zgodnie z prawem nie wolno mu było usuwać dowodu wcześniejszego okresu niewoli. Ale na Wyspach Pirackich można było załatwić wszystko. Niektórzy dawni niewolnicy, tak jak na przykład Sorcor, woleli wypalić piętno, i

Rzemieślnik dotknął dwóch blizn na plecach Ke

– Dlaczego je usunąłeś? – zapytał. – Pracowałem nad nimi wiele godzin i dobrze mi za nie zapłaciłeś. Nie podobały ci się? – Potem dodał: – Pochyl głowę do przodu. Przeszkadza mi twój cień.

– Lubiłem je – wymamrotał Ke

– Jesteś szalony – powiedział Ivro obojętnie. Ke

To jest jedyny sposób, pomyślał pirat. Tak, to był jedyny sposób odwrócenia pecha. Nie powinien był płynąć na Wyspę I

5. MIASTO WOLNEGO HANDLU

Upłynęło siedemnaście dni. Althea wypatrywała przez maleńki iluminator kabiny na przybliżające się budynki rodzi

Spędziła w swojej kwaterze siedemnaście dni. Wychodziła tylko wtedy, gdy było to konieczne, a później w trakcie wacht, kiedy Kyle spał. Przez pierwsze kilka dni wrzała wściekłością i od czasu do czasu płakała, skarżąc się na niesprawiedliwy los. Postanowiła dzieci

– Zobacz, do czego mnie zmuszasz! – mruknęła do siebie i nieznacznie się uśmiechnęła. Był to stary krzyk z okresu dziecięcych kłótni Althei z Keffrią. Na wpół rozmyślnie stłuczony półmisek lub waza, przewrócony kubełek z wodą, podarta sukienka. “Zobacz, do czego mnie zmuszasz!”, mówiły: Keffrią skrzeczącym głosem, poirytowana zachowaniem młodszej siostry, Althea wrzeszcząc na swą gnębicielkę.

Postanowiła zatem pozostać w kajucie. Na przemian się dąsała lub szalała ze złości. Rozmyślała, co powie Kyle'owi, jeśli ten ośmieli się przyjść pod jej drzwi, sprawdzając, czy jest mu posłuszna albo mówiąc, że żałuje swojego rozkazu. Podczas oczekiwania na jakiś ruch ze strony kapitana przeczytała ponownie wszystkie swoje książki i zwoje, a nawet wyłożyła jedwab na podłogę i zastanawiała się, czy samodzielnie mogłaby uszyć sobie sukienkę. Niestety jej krawieckie umiejętności były kiepskie. Łatwiej poradziłaby sobie z płótnem żaglowym niż z jedwabiem. Materiał był zbyt piękny, by ryzykować zniszczenie go. Pocerowała więc tylko wszystkie swoje marynarskie ubrania. Jednak, kiedy skończyła tę pracę, uprzytomniła sobie, jak bardzo nienawidzi pustych, bezczy

Jako mała dziewczynka często drzemała na deskach “Vivacii” albo spędzała wieczór leżąc na podłodze kwatery swego ojca. Czytała wówczas jego książki. Gdy zasnęła na pokładzie, zawsze przeżywała barwne sny i na wpół uświadomione fantazje. Dorosłą Altheę ojciec wiecznie strofował za takie zachowanie i stale obarczał pracą, by nie miała czasu na drzemki. Przypominając sobie tamte dawne sny, dziewczyna przypisywała je żywej dziecięcej wyobraźni. Wszakże owej nocy, kiedy ponownie zasnęła na podłodze kabiny, wróciły do niej te intensywne, szczegółowe rojenia sprzed lat. Sen był zbyt wymowny, by nazwać go wytworem własnego umysłu.

Althei śniła się jej prababka, kobieta, której nigdy nie poznała. W swoim śnie znała ją jednak równie dobrze, jak siebie samą. Talley Vestrit dużymi krokami przemierzała deski “Vivacii” i wykrzykiwała rozkazy do marynarzy, którzy podczas wielkiej burzy miotali się w plątaninie żagla, lin i odłamków drewna. Althea wiedziała, co się zdarzyło, jak gdyby sama to przeżyła. Wzburzone morze szarpało masztami, toteż zarówno pierwszy oficer, jak i pani kapitan przyłączyli się do załogi. Pewni siebie krzykami wydawali rozkazy i starali się przywrócić spokój na pokładzie. Talley nie przypominała osoby ze swego portretu: siedzącej potulnie na krześle, ubranej surowo w czarną wełnę, przystrojoną białą koronką; przy ramieniu prababki stal jej mąż, mężczyzna o srogiej twarzy.

Althea od najmłodszych lat zdawała sobie sprawę, że to Talley Vestrit zleciła budowę ich rodzi