Страница 20 из 46
Oto, jak otrzymałem swoje prawdziwe imię.
Przed barakiem Szefa zgromadziła się niewielka grupka gości, czekających na jego przybycie. Rumbo ganiał za jakąś suką w rui, a ja pałętałem się bez celu po dziedzińcu, bocząc się, że zostałem sam. Potruchtałem do ludzi, mając nadzieję, że podsłuchani coś ciekawego (lub może ktoś obdarzy mnie odrobiną czułości). Zobaczył mnie jeden z młodszych mężczyzn. Przykucnął i wyciągnął do mnie rękę.
– Pies, chodź tu! – zawołał. Ucieszony pogalopowałem w jego stronę.
– Jak się wabisz, piesku? – zapytał mężczyzna. Nie chciałem powiedzieć, że Horacy, więc w milczeniu polizałem jego dłoń.
– Niech no ci się przyjrzę – powiedział mężczyzna, drugą dłonią odwracając moją obrożę. – Żadnego imienia, hm? Zobacz, co mam dla ciebie.
Wstał, sięgnął do kieszeni kurtki i wydobył opakowanie dropsów, na widok których zacząłem wymachiwać ogonem. Wyjął jeden z dropsów i zademonstrował mi go. Natychmiast stanąłem na zadnich łapach, rozdziawiając pysk. Mężczyzna roześmiał się i upuścił drops. Zręcznie schwyciłem go na język, zgniatając zębami, nim zdążyłem opaść na przednie łapy. Przełknąłem i oparłem o nogi mężczyzny moje zabłocone łapy, dopraszając się o następny cukierek; miały przyjemny miętowy smak.
– Och, nie, jeśli chcesz jeszcze jednego, będziesz musiał na niego zarobić. Hej hop, łap! – Podrzucił cukierek w górę.
Skoczyłem i złapałem go zgrabnie w powietrzu. Młody mężczyzna się roześmiał. Jego znudzeni kompani zaczęli przejawiać zainteresowanie tą sceną. Próżnowali koło forda granady, którym przyjechali, przytupując dla ochrony przed chłodem.
– Niech zrobi to jeszcze raz, Le
Ten, którego nazywano Le
– Rzuć jeszcze, ale wyżej.
Le
– Straszny spryciarz z ciebie, co? – rzekł Le
Musiałem przyznać mu rację; odczuwałem zadowolenie z siebie. Gdy Le
– Chwila, Le
– Niby jak?
Mężczyźni zastanawiali się przez chwilę. W końcu jeden z nich wypatrzył na parapecie okna baraku kilka cynowych kubków.
– Spróbuj starego numeru z trzema kubkami.
– Stuknij się w łeb! To przecież durna psina – zaprotestował Le
– Nie marudź, zobaczymy, czy sobie poradzi.
Le
Le
Le
Nie miałem pojęcia, dlaczego mężczyźni wykrzykują z radością i dlaczego Le
– No, miał nosa. Fuksem mu się udało. Ale pies nie zrobi tego dwa razy pod rząd – stwierdził jeszcze i
– Na pewno powtórzy. Ten szczeniak to stary cwaniak – stwierdził Le
Reszta wyraziła entuzjastyczną zgodę na propozycję zakładów. Zabawny jest widok grupki znudzonych mężczyzn, znajdujących sobie rozrywkę.
Jeszcze raz przytrzymano mnie, podczas gdy Le
– No dobra, stawiam funciaka, że uda mu się drugi raz – powiedział, tym razem nie tak bezosobowo jak przedtem.
– Dobra.
– Wchodzę.
– Ja też.
I nagle na ziemi znalazły się cztery banknoty. Czterej mężczyźni popatrzyli na mnie z wyczekiwaniem.
Le
– Fantastycznie! Cholernie cwany skubaniec! – Le
– Mimo to twierdzę, że to był fuks – burknął rozczarowany głos.
– Jak tak gadasz, Ronald, to postaw na to forsę, synu. Stanął kolejny zakład, tym razem bez jednego z mężczyzn, który mruknął:
– On to chyba wywąchuje.
Na chwilę reszta znieruchomiała; o tym nie pomyśleli.
– Nie – powiedział Le
– Cholera go wie, mięta silnie pachnie.
– No dobra, zobaczę, czy mam jakieś i
– Zaczekajcie chwilę – odezwał się jeden z mężczyzn i ruszył w stronę granady. Otworzył przednie drzwi, sięgnął do schowka na rękawiczki i wygrzebał pół tabliczki czekolady. – Trzymałem dla dzieciaków – powiedział z niejakim zawstydzeniem. – Zawinę ją w sreberko, żeby nie było czuć zapachu.
Podał czekoladę Le
– Tak, chyba wystarczy. No dobra, zrobimy to jeszcze raz. – Le
Czwarty mężczyzna postanowił się teraz przyłączyć do zakładu. Le
Czekoladę wyrwano mi z pyska, nim zdołałem ją połknąć w całości. Jedynie Le
– Mógłbym zbić majątek na tym psie – powiedział, odłamując kawałek czekolady i wrzucając mi go do pyska. – Ma łeb, nie jest taki durny, na jakiego wygląda. – Najeżyłem się, ale myśl o reszcie czekolady sprawiła, że zachowałem spokój. – Pojedziesz ze mną do Edenbridge, co? Co
– To pies Szefa, nie da ci go zabrać – odezwał się ten, na którego wołano Ronald.
– Może. Ma przecież dwa.
– Mimo to mówię, że to tylko fuks. Nie ma tak cwanych psów.
Le
Ronald miał na to już mniejszą ochotę. Dźwięk samochodu wjeżdżającego na dziedziniec uratował go przed decyzją, czy zaryzykować jeszcze jednego funta. Ze zgrabnego jaguara, który zaparkował za granadą, wysiadł Szef (zmieniał częściej samochody niż niektórzy opony). Miał na sobie gruby kożuszek. W ustach jak zwykle trzymał wielkie cygaro. Mężczyźni powitali go przyjaźnie, lecz wydawało się, że wynika to bardziej z respektu niż sympatii.
– Co tutaj grandzicie? – Szef wetknął ręce w kieszenie i podszedł do mężczyzn, okrążywszy jaguara.
– Bawimy się z psem, Szefie – powiedział Le
– Taaa, piekielnie zmyślna bestia – stwierdził jeden z pozostałych.
Le
– Nie da rady, nie powtórzy tego nawet za tysiąc lat – włączył się Ronald.
– Czego, Ron? – spytał z zaciekawieniem Szef.
– Le