Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 23 из 53

— Och, wrócę do domu. Do moich ef i em.

— Do twoich —? — Widno sawsiem nie kapował po nastolacku. więc wytłumaczyłem się:

— Do starzyków moich w kochanym bloku.

— Aha — powiedział. — A kiedy twoi rodzice cię ostatni raz odwiedzili?

— Będzie z miesiąc — powiedziałem — około. Dni odwiedzin były na trochę zawieszone, bo jakiś zek przeszmuglował do więźnia przez druty niemnożko prochu, no, wzrywającego się, od swojej dziobki. To było kurewskie zagranie do niewi

— Aha — margnął ten członio. — A czy twoi rodzice wiedzą, że jesteś przeniesiony i niedługo masz być zwolniony? — Ależ to krasiwo zabrzmiało! to słowo zwolniony.

— Nie — odkazałem. I dobawiłem: — To będzie dla nich miła niespodzianka, no nie? Jak sobie normalnie wejdę drzwiami i powiem: No proszę, wróciłem, znów jako człowiek wolny! Taak, to będzie po nastojaszczy horror szoł.

— No dobrze — odkazał ten Zwolnieniowy — to na razie wystarczy. Jeżeli masz gdzie mieszkać. A teraz kwestia zatrudnienia, co? — I pokazał mi długi długi spis, gdzie mógłbym się nająć i pracolić, ale pomyślałem, że z tym się nie śpieszy. Najpierw jakiś nieduży urlop I jak tylko wyjdę, coś ukraść i zaopatrzyć te stare karmany w kasabubu, ale teraz już ostrożniutko i cała robota sam na samo gwalt i adzinoko. Nie będę więcej polegał na tak zwanych kumplach. Więc powiedziałem flimonowi, aby trochę odczekał i że później o tym porozmawiamy. Więc on że recht recht rccht i wziął się ku wyjściu. Ale tu pokazał się wdrug oczeń po czudacku, bo i co zrobił? a pochichrał się i powiada: — Nie chciałbyś mi na odchodnym dołożyć w ryja? — Mnie wydało się niemożebne, abym dobrze usłyszał, i wydałem taki glos:

— Ee?

— Nie chciałbyś mi — znów zachichrał — na odchodnym dołożyć w ryja? — Na to ja zmarszczyłem się, no w ogóle, ani chu chu nie poniawszy, i powiadam:

— Dlaczego?

— No odpowiedział tylko aby się przekonać, czy robisz postępy. — I dosunął tę swoją mordę bliziutko, obszczerzywszy się tłusto na całe usto. Więc ja grabsko w piąch i łomot w ten ryj, ale on się tak bystro uchylił, ciągle obszczerzający się, że łupnąłem grabą w sam wozduch. Okrutnie to było dziwne, nie do pojęcia, aż łeb mi się umarszczyl, jak on przy wyjściu mało sobie głowy nie odrechotał. I natychmiast po tym, o braciszkowie, apiać zrobiło mi się tak niedobrze, całkiem jak po południu, i skręcało mnie przez kilka minut. Po czym zaraz przeszło i jak mi przynieśli kolację, to poczułem niezły apetyt i nic tylko bym chrupał chrum chrum tego pieczonego kurczaka. Ale dziwne było, że ten stary flimon tak się u mnie dopraszał w mordę. I także samo dziwne, że poczułem się tak niedobrze.

A co jeszcze dziwniejsze, to kiedy poszedłem spać, o braciszkowie moi. Przyśnił mi się taki drzym, po prostu koszmar, i domyślacie się, że był to jeden z tych filmowych kawałków, co je oglądałem po południu. Bo drzym czyli koszmar se

6

— Dosyć, dosyć, dosyć! — wyłem i wciąż wyłem. — Zatrzymajcie to, wy dziobane skurwle, bo nie wytrzymam! — Tak było następnego dnia, bracia, i naprawdę wysilałem się rano i wieczór, ażeby zagrywać po ichniemu i siedzieć jak po nastojaszczy horror szoł ułybajuszczy się malczyk do współpracy na tym krześle tortur, jak oni wyświetlali wciąż na ekranie te wredne kawałki ultra gwałtu, ślepia wybałuszone mając i tak spięte w powiekach abym wszystko widział, a ciało i graby i nogi przymocowane do fotela, żebym nie uciekł. Co kazali mi siejczas oglądać, nie było znów takie, żeby dawniej pokazało się użasne, nic takiego, trzech albo czterech bojków normalnie robi w sklepie zachwat i zgarnia do karmanów kasabubu. a na boczku trochę bawią się ze starą, co ma ten sklep, i ta drewniaczka wrzeszczy, jak bierze łomot i ciut jej upuszczają żeby pociekł ten czerwony czerwony sok. Tymczasem u mnie du du du i jakby łupanie w głowie i mdłość, do rzygania, i ta niewynosimo drapiąca suchość w pysku, żeby się napić, wszystko dużo gorsze jak wczoraj. Ooooch, mam dosyć! — krzyczałem. — To nie fer, wybladki żeż wy śmierdzące — i pytałem się ja wyłamać z krzesła i było niemożebne, jakby mnie trzymało w nim przyklejaszczy.

— Pierwszorzędnie! — darł się doktor Brodzki. — Świetnie ci to idzie. Jeszcze jeden i koniec.

I apiać ta stara wojna 1939/45 i film cały w purchle i spęk i podrapany, widać, że skręcony przez Niemców. Zaczęło się od germańskich orłów i od flagi tych Nazi jakby z krzyżem połamanym, co normalnie chłopaki w szkole tak lubią rysować, po czym oficerowie, byki pyszne i w mordzie nadęte szli po ulicach, nic tylko pył i dziury od bomb i rozwalone budynki. Dalej pokazało się, jak ludzi strzelają bach bach i bach pod ścianami, a oficerowie prykaz prykaz i te porażające nagie truposze po rynsztokach, nic tylko jakby klatki z gołych żeber i nogi jak białe patyki. Wlekli też cały tłum i mnóstwo wrzeszczących, ale żadnego dźwięku, braciszkowie, tylko na podkładzie muzycznym, i jak wlekli to fest nieprzerywno im dawali łomot. Aż nagle połapałem się, co to za muzyka podłożona trzaska i grzmoci po tej ścieżce dźwiękowej i był to Ludwik Van z finału Piątej Symfonii. Dopiero uwrzasnął się ja z uma szedłszy: — Stać! — ryknąłem. — Dość, wy zafajdane hadkie i odrażające wy skurwysyńce, dość! To śmiertelny grzech, to zbrodnia, co wy robicie! — Tak od razu nie zatrzymali, bo zostało jeszcze parę minut — jak ludzie złomotani oblewają się krwią — znów ich pod mur i rozstrzał — później stara flaga tych Nazi no i KONIEC. Ale jak światła się zapaliły, to stali przede mną Brodzki i doktor Branom też i doktor Brodzki się mnie zapytał;

— O co chodzi z tym grzechem?

— Że tak — odrzekłem, aż mnie skręcało. — Że tak używacie Ludwika Van. On nikogo nie skrzywdził. Pisał ten Beethoven muzykę i nic więcej. — Tu po nastojaszczy zemdliło mnie i raz dwa musieli przynieść taką miskę jak nerka.

— Muzyka — przemówił doktor Brodzki, jakby się zadumawszy. — Więc do ciebie muzyka przemawia. Ja się na niej wcale nie rozumiem. Wszystko, co wiem o niej, to że dobrze wzmaga emocje. No no. A co ty o tym sądzisz, Branom?

— Nie ma na to rady — rzekł doktor Branom. — Każdy to zabija, co ukochał, jak mówi poeta uwięziony. Może tu pojawia się element kary. Naczelnik powinien się ucieszyć.