Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 97 из 122

Rozdział szósty

Hampton Sands, Norfolk

Mary Dogherty czekała samotnie w domu. Zawsze uważała dom za czarujące miejsce: ciepłe, jasne, przestro

Seana nie było, pojechał na stację do Hunstanton odebrać Neuma

Ciągle to do niej nie docierało. Jakby słuchała rozmowy obcych, oglądała film albo czytała to w książce. Nie mieściło jej się to w głowie: Sean Dogherty, zapity rolnik z wybrzeża Norfolk, i sympatyk IRA, popłynie U- bootem do Niemiec. Pomyślała, że to zapewne logiczne uwieńczenie jego szpiegowskiej działalności. Była idiotką, licząc, że po wojnie wszystko wróci do normy. Mamiła się. Co zrobią władze? „Zwyczajnie powiedz, że nic o tym nie wiedziałaś, Mary". A jeśli jej nie uwierzą? Co się wtedy stanie? Jak długo mogłaby mieszkać w wiosce, gdyby wszyscy się dowiedzieli, że Sean szpiegował? Wypędzono by ją z Norfolk. I z każdej angielskiej wioski, w której próbowałaby osiąść. Musiałaby porzucić Hampton Sands. Musiałaby porzucić Je

Na samą myśl o tym Mary przebiegł dreszcz. Ale nie będzie miała wyboru – nie, kiedy wszyscy się dowiedzą, że Sean pracował dla Niemców.

Rozpłakała się.

Bodajby cię licho porwało, Seanie Dogherty! – pomyślała. Jak mogłeś być takim cholernym głupcem?

Wróciła do okna. Na drodze od strony wioski dostrzegła słabe światełko przedzierające się przez ulewę. Po chwili widziała już błyszczący, mokry sztormiak i niewyraźny zarys rowerzysty – ktoś pochylony, z rozstawionymi łokciami, zmagał się z wiatrem. To była Je

– Na miłość boską, Je

– Och, Mary, jest cudownie. Tak wietrznie, tak wspaniale.

– Najwyraźniej postradałaś zmysły, dziecino. Usiądź przy ogniu. Zaparzę herbaty.

Je

– Gdzie jest James? – spytała.

– Nie ma go – odkrzyknęła Mary z kuchni. – Wyjechał gdzieś z Seanem.

– Och – odparła Je

Mary zastygła na chwilę. Wróciła do saloniku ł przyjrzała się dziewczynie.

– A skąd to nagłe zainteresowanie Jamesem?

– Po prostu chciałam się z nim spotkać. Przywitać się. Trochę porozmawiać. To wszystko.

– Wszystko? Co, u licha, w ciebie wstąpiło, Je

– Lubię go, Mary. Bardzo go lubię. A on mnie. Lubisz go, a on ciebie? Skąd ci to przyszło do głowy?

– Wiem, Mary, uwierz mi. Nie pytaj skąd, ale wiem. Mary chwyciła ją za ramiona.

– Posłuchaj, Je

– Tak, Mary. To boli!

– Trzymaj się od niego z daleka. Zapomnij o nim. On nie nadaje się dla ciebie.

Je

– Nie mogę o nim zapomnieć, Mary. Kocham go. On też mnie kocha. Wiem, że kocha.

– Je

Je

– On jest dla mnie, Mary. Kocham go. Od tak dawna kisisz się z Seanem, że zapomniałaś, co znaczy miłość.

To mówiąc złapała ubranie i wypadła z domu, z hukiem trzaskając drzwiami. Mary podbiegła do okna i patrzyła, jak Je

Deszcz siekł Je

Rozsadzała ja złość na Mary. Jak ona może stawać między nią a Jamesem? I co miała znaczyć ta jej uwaga? „Nie jest tym, za kogo się podaje". Była też wściekła na siebie. Męczyły ją wyrzuty sumienia za słowa, które rzuciła na odchodnym. Nigdy przedtem się nie kłóciła. Rano, kiedy wszystko się uspokoi, wróci i przeprosi.

W oddali majaczył na ciemnym niebie zarys jej domu. Przy furtce zeskoczyła z roweru, zaprowadziła go pod ścianę. Ojciec stanął w drzwiach, wycierając ręce w szmatę. Twarz miał jeszcze opuchniętą po bójce. Je

– Znowu z nim byłaś?

– Nie, tato. – Krzyknęła z bólu. – Puść, to mnie boli. Zamachnął się, jego brzydką, obrzmiałą twarz wykrzywiała wściekłość.

– Gadaj prawdę, Je

– Nie, przysięgam! – zawołała, zasłaniając się ramieniem przed ciosem, który mógł spaść w każdej chwili. – Błagam, tato, nie bij mnie. Mówię prawdę!

Martin Colville rozluźnił uścisk.

– Wejdź do środka i zrób mi kolację.

Sam sobie ugotuj swoją cholerną kolację! – chciała wrzasnąć, ale wiedziała, czym by się to skończyło.

Popatrzyła na niego i przez moment żałowała, że James go nie zabił.

To już ostatni raz. Ostatni – obiecała sobie w duchu. Weszła do domu, zdjęła przemoczoną kurtkę, powiesiła ją na haku w kuchni i zajęła się szykowaniem kolacji.

Rozdział siódmy

Londyn

Już w chwili gdy Rudolf wsiadł do zatłoczonego wagonu, Clive Roach wiedział, że nie jest dobrze. Jakoś sobie poradzi, dopóki agent będzie siedział w przedziale. Ale jeśli wyjdzie do toalety, wagonu restauracyjnego albo w ogóle do drugiego wagonu, zaczną się kłopoty. Przejście było zapchane, część pasażerów stała, część siedziała, próbując się przespać. Przechodzenie przez pociąg to mordęga. Trzeba się przepychać, wciskać, nieusta

Roach nabrał podejrzeń, gdy Rudolf wyszedł z przedziału, trzymając się za brzuch, chociaż pociąg jeszcze stał na peronie przy Euston, i zaczął się przepychać przez zatłoczony korytarz. Rudolf był niski, więc jego głowa szybko zniknęła w morzu głów i

Roach wytrzymał na stanowisku trzy minuty, nie spuszczając wzroku z drzwi toalety. Podszedł jakiś mężczyzna, zapukał, wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.