Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 100 из 122

– Dzielny z ciebie człowiek, żeby umierać dla radia – powiedziała, puszczając walizkę.

Odwróciła się i znikła w mroku.

Harry leżał na wilgotnej ziemi. Podniósł rękę do twarzy i zrobiło mu się niedobrze, gdy namacał ciepłą kość podbródka. Tracił przytomność, ból odpływał. Usłyszał jęki ra

– Mówiłem ci, żebyś uważał, Harry.

– Zabrała radio?

– Nie. Nie dałeś jej.

– Uciekli?

– Tak, ale ich ścigamy.

Wtedy Harry'ego znienacka dopadł ból. Zaczął się trząść, czuł się, jakby lada chwila miał zwymiotować. Nagle twarz Vicary'ego się rozmyła i Harry zemdlał.

Rozdział ósmy

Londyn

Godzinę po rzezi w Earl's Court Alfred Vicary zarządził największą obławę w historii Zjednoczonego Królestwa. Wszystkie posterunki policji w kraju – od Penzance po Dover, od Portsmouth po Inverness – otrzymały rysopisy zbiegów. Vicary rozesłał kurierów na motocyklach, którzy porozwozili zdjęcia szpiegów do miast, miasteczek i wiosek w okolicach Londynu. Większość funkcjonariuszy zaangażowanych w poszukiwania poinformowano, że uciekinierów podejrzewa się o dokonanie od 1938 roku czterech morderstw. Jedynie garstkę najwyższych oficerów dyskretnie powiadomiono, że chodzi tu o kwestię bezpieczeństwa najwyższej wagi, tak ważną, że sam premier osobiście śledzi przebieg akcji.

Londyńska policja zareagowała błyskawicznie i piętnaście minut od ogłoszenia alarmu Vicary'ego na największych trasach wylotowych ze stolicy były już blokady. Vicary starał się przewidzieć każdą możliwą trasę ucieczki. MI- 5 wraz z żandarmerią kolejową przeszukiwały największe stacje. Obsługa promów do Irlandii również otrzymała rysopis podejrzanych.

Następnie Vicary skontaktował się z BBC i zażądał rozmowy z redaktorem odpowiedzialnym. Główne wydanie wiadomości o dziewiątej wieczór rozpoczęła informacja o strzelaninie w Earl's Court, na skutek której śmierć poniosło dwóch policjantów, a trzech zostało ra

Teraz Vicary skoncentrował się na trasach ucieczki, z których tylko szpieg mógłby skorzystać. Połączył się z RAF- em i poprosił, żeby rozglądali się za lekkimi samolotami. Zwrócił się z prośbą do Admiralicji, by zwracano baczną uwagę na wszelkie U- booty zbliżające się do wybrzeża. Zaalarmował służby przybrzeżne i kazał wypatrywać niewielkich jednostek wypływających w morze. Zadzwonił do radiotelegrafistów ze stacji nasłuchu, żeby wyjątkowo uważnie wyłapywali wszelkie podejrzane transmisje radiowe.

Wstał od biurka i po raz pierwszy od dwóch godzin wyszedł z gabinetu. Punkt dowodzenia przy West Halkin Street opustoszał, członkowie jego ekipy powoli wracali na St James's Street. Siedzieli przed gabinetem i wyglądali jak ofiary kataklizmu: mokrzy, wyczerpani, pokonani. Clive Roach trzymał się na uboczu, tkwił na krześle ze spuszczoną głową i założonymi rękami. Co chwila podchodził do niego któryś z kolegów, kładł mu rękę na ramieniu, szeptał do ucha słowa pociechy i cicho się odsuwał. Peter Jordan krążył po pokoju. Tony Blair wpatrywał się w niego ponuro. Jedynym dźwiękiem był klekot dalekopisów i głosy telefonistek.

Ciszę przerwało w parę minut później pojawienie się Harry'ego Daltona. Wkroczył o dziewiątej do pomieszczenia, z zabandażowaną ręką i twarzą. Wszyscy wstali, stłoczyli się wokół niego.

– Dobra robota, Harry, staruszku…

– …Zasłużyłeś na medal…

– …Utrzymałeś nas w grze, Harry…

– …Gdyby nie ty, byłoby po wszystkim… Vicary zaciągnął go do gabinetu.

– Nie powinieneś aby leżeć i odpoczywać?

– Taa, ale wolałem być z wami.

– Bardzo boli?

– Ćmi. Dali mi coś przeciwbólowego.

– I nadal nie wiesz, jak byś się zachował pod ostrzałem na polu bitwy?

Harry zmusił się do słabego uśmiechu, spuścił wzrok i pokręcił głową.

– Coś drgnęło? – spytał, szybko zmieniając temat. Vicary potrząsnął głową.

– Co już zrobiłeś?

Vicary zapoznał go z sytuacją.

– Trzeba mieć tupet, żeby tak po nią wrócić i zabrać ją nam sprzed nosa. Kawał twardziela z tego Rudolfa, trzeba mu to przyznać. Jak zareagował Boothby?

– Tak jak się należało spodziewać. Siedzi teraz na górze z dyrektorem generalnym. Pewnie planują moją egzekucję. Mamy cały czas połączenie z kwaterą premiera. Stary dostaje na bieżąco raporty. Szkoda, że nie mogę mu przekazać żadnych dobrych wieści.

– Przewidziałeś wszelkie możliwe rozwiązania. Teraz pozostało ci tylko siedzieć i czekać. Tamci muszą wykonać jakiś ruch. A kiedy wykonają, dopadniemy ich.

– Chciałbym mieć twój optymizm.

Harry skrzywił się z bólu. Nagle wydał się bardzo zmęczony.

– Pójdę się gdzieś położyć na chwilę. Wolno ruszył do drzwi.

– Czy Grace Clarendon ma dziś dyżur? – spytał Vicary.

– Tak, chyba tak. Zadzwonił telefon.

– Natychmiast proszę się zgłosić na górze, Alfredzie – odezwał się Basil Boothby.

Nad gabinetem generała płonęło zielone światło. Vicary wszedł do środka. Boothby krążył po pokoju i palił papierosa za papierosem. Był bez marynarki, kamizelkę rozpiął, rozluźnił krawat. Gniewnym machnięciem ręki wskazał Vicary'emu krzesło.

– Niech pan usiądzie, Alfredzie – przemówił. – No cóż, dziś w całym Londynie mało kto zazna snu: na Grosvenor Square, w kwaterze Eisenhowera w Hayes Lodge, w podziemiach premiera. Wszyscy czekają na jedną informację. Czy Hitler wie, że to Normandia? Czy inwazja skończyła się, nim się zdążyła zacząć?

– Sam pan wie, że nie sposób teraz tego sprawdzić.

– Na Boga! – Boothby zgniótł papierosa i natychmiast zapalił kolejnego. – Dwóch funkcjonariuszy wydziału specjalnego nie żyje, dwóch ra

– Jest właśnie na dole. Z pewnością chciałby to usłyszeć od pana osobiście.

– Nie mamy czasu na pogawędki, Alfredzie. Musimy ich złapać, i to jak najszybciej. Nie muszę panu tłumaczyć, o co idzie gra.

– Nie, nie musi pan, sir Basilu.

– Premier życzy sobie, by go informować co pół godziny. Czy mogę mu przekazać coś nowego?

– Niestety nie. Przewidzieliśmy i zabezpieczyliśmy wszystkie trasy ucieczki. Chciałbym móc z całą pewnością stwierdzić, że ich złapiemy, ale nie można lekceważyć przeciwnika. Już wielokrotnie nam udowodnili, że są dobrzy.

Boothby podjął wędrówkę po gabinecie.

– Dwóch zabitych, trzech ra

– Wydział specjalny skierował siły, które uważał za wystarczające do aresztowania Catherine Blake. Najwyraźniej się pomylili.

Boothby się zatrzymał i zmierzył Vicary'ego lodowatym wzrokiem.

– Niech pan nie próbuje zwalać winy na wydział specjalny, Alfredzie. Pan tam dowodził. Ten aspekt akcji Kettledrum należał do pana.

– Zdaję sobie z tego sprawę, sir Basilu.

– To dobrze, bo kiedy już będzie po wszystkim, zostanie pan poddany przesłuchaniu przez komisję wewnętrzną i wątpię, by pana poczynania oceniono pozytywnie.

Vicary wstał.

– Czy to już wszystko, sir Basilu? – Tak.

Vicary odwrócił się i ruszył do drzwi.

Odległe zawodzenie syren alarmowych rozległo się, kiedy Vicary schodził na dół do archiwum. Pomieszczenia tonęły w półmroku, paliło się tylko kilka świateł. Vicary jak zwykle zwrócił uwagę na zapach: pleśniejący papier, kurz, wilgoć i lekka woń obrzydliwego tytoniu Nicholasa Jago. Zerknął w stronę oszklonego kantoru kierownika archiwum. Światło zgaszone, drzwi porządnie zamknięte. Dobiegło go gniewne stukanie obcasów, charakterystyczne dla szybkiego, zdecydowanego marszu Grace Clarendon. Jej blond włosy mignęły za półkami i zniknęły. Ruszył za nią do jednego z bocznych pomieszczeń i od wejścia wołał, żeby jej nie wystraszyć. Odwróciła się, obrzuciła go wrogim spojrzeniem zielonych oczu, po czym z powrotem pochyliła się nad aktami, jakby go tu nie było.