Страница 53 из 105
Tucker odwrócił się, i choć jego twarz pozostała spokojna, oczy błysnęły złowrogo.
– Nie jestem tatą, Josie.
Pożałowała natychmiast swych słów i pobiegła, żeby go uściskać.
– Kochany, to podle z mojej strony. Wcale tak nie myślałam, naprawdę. Ale jestem taka strasznie zła.
– Wiem. – Tucker oddał jej uścisk. – Pozwól, że załatwię to po swojemu. – Odsunął się, żeby ją pocałować. – Następnym razem gdy będę w Jackson, kupię ci nową szminkę.
– Ognista Czerwień.
– Wezmę twój samochód.
– Okay. Tuck? – Odwrócił się i zobaczył, że Josie się uśmiecha. – Może Junior odstrzeli mu jaja?
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
Tucker pojechał do biura szeryfa, ale zastał tam tylko Barbarę Hopkins, dyspozytorkę na pół etatu, i jej sześcioletniego Marka. który bawił się w złoczyńcę.
– Cześć, Tuck. – Barbara przybrała dwadzieścia pięć kilogramów od dnia, w którym ukończyła wraz z Tuckerem szkołę średnią imienia Jeffersona Davisa. Teraz poprawiła się na krześle i odłożyła książkę. Jej okrągła, pogodna twarz była cała w uśmiechach. – Trochę się tu ostatnio dzieje, no nie?
– Na to wygląda. – Tucker zawsze lubił Barbarę, która jako dziewiętnastolatka poślubiła Lou Hopkinsa i od tamtego czasu rodziła nieprzerwanie dzieci. Jednego chłopca co dwa lata. Po wydaniu na świat Marka postawiła Lou ultimatum – albo zawiesi fujarkę na kołku albo zaweksluje się na kanapę w salonie.
– Gdzie reszta potomstwa, Barbaro?
– Rozrabia na mieście.
Tucker wszedł do celi, żeby spojrzeć na jasnowłosego, umorusanego Marka.
– Co słychać, chłopie?
– Zabiję ich. – Mark uśmiechnął się złowieszczo i uczepił kraty. - Zabiję ich wszystkich. Kraty mnie nie powstrzymają.
– Nie wątpię. Masz tu niebezpiecznego kryminalistę, Barbaro.
– Jakbym o tym nie wiedziała. Wyszłam na chwilę z domu dzisiaj rano. a on podkręcił ogrzewanie w akwarium i ugotował wszystkie rybki. Mam w swoich rękach psychopatycznego mordercę ryb. – Zagłębiła rękę w paczce kulek serowych. – W czym mogę ci pomóc, Tucker?
– Szukam Burke'a.
– Zebrał paru chłopaków i razem z Carlem pojechali tropić Austina Hatingera. Przyleciał nawet szeryf okręgowy. Własnym helikopterem. Mamy tu regularne polowanie na zbiega. Nie chodzi o to, że postrzelał trochę do ciebie i wybił okna tej Caroline Waverly – oznajmiła z głębokim zadowoleniem. – To pestka. Ale nabił policjantowi z Greenville potężnego guza, a z tego drugiego zrobił konkursowego idiotę. Teraz Austin jest zbiegłym zbrodniarzem. Poważnym zagrożeniem. – FBI?
– Agent specjalny Garniturek? Zostawił sprawę w rękach miejscowej policji. Pojechał z nimi dla formy, tak naprawdę interesują go tylko przesłuchania. – Wzięła następną garść kulek serowych. – Wpadła mi w ręce jedna z tych jego list. Wygląda na to, że chce gadać z Vernonem Hatingerem, Tobym Marchem, Darleen Talbot i Nancy Koons. – Barbara zlizała sól z palców. – Z tobą też. Tuck.
– Aha, spodziewałem się, że odnowi naszą znajomość. Możesz połączyć się z Burke'em z tej maszynerii? – Wskazał radio. – Chciałbym z nim porozmawiać, jeżeli znalazłby wolną chwilę.
– Jasne. Wzięli krótkofalówki. – Barbara otarła poplamione na pomarańczowo palce, przekręciła parę gałek, odchrząknęła i włączyła mikrofon. – Baza wzywa jedynkę. Baza wzywa jedynkę. Over. – Zakryła dłonią mikrofon i uśmiechnęła się do Tuckera. – Jed Larsson kazał nam używać kodów Srebrny Lis i Wielka Niedźwiedzica. Dowcipas. – Potrząsnęła głową i pochyliła się znów nad mikrofonem. – Baza wzywa jedynkę. Burke, złotko, jesteś tam?
– Jedynka do bazy. Przepraszam, Barbaro, miałem zajęte ręce. Over.
– Mam tu Tuckera. Mówi, że to coś ważnego.
– Dawaj go.
Tucker pochylił się nad mikrofonem.
– Burke, muszę z tobą pogadać.
Rozległy się trzaski, czyjeś przekleństwo, znowu trzaski.
– Jestem zajęty. Tucker, ale przyjedź. Siedzimy na skrzyżowaniu Dog Street Road i Lone Tree. Mamy tu blokadę. Over.
– Zaraz tam będę. – Spojrzał niepewnie na mikrofon. – Aha, już wiem. Over and out.
Barbara pokazała mu zęby w uśmiechu.
– Na twoim miejscu wzięłabym karabin i trzymała go w pogotowiu. Austin zdobył dziś rano dwie trzydziestkiósemki.
– Dzięki, Barbaro.
Tucker był już w drzwiach, kiedy Mark wrzasnął radośnie: – Zabiję was. Zabiję was wszystkich. I nie miał na myśli rybek w akwarium.
Zauważył dwa helikoptery krążące nad drogą z miasta. Na polu starego Stokeya stała tyraliera mężczyzn, następna grupa przeszukiwała farmę hodowlaną zębaczy Charlie'ego O'Hary. Wszyscy byli uzbrojeni.
Tucker przypomniał sobie nieszczęsne poszukiwania Francie. Jej martwa, biała twarz wypłynęła z zakamarków jego podświadomości, zanim zdążył uruchomić mechanizm obro
Żałosne, płaczliwe dźwięki „Crying" podziałały na niego kojąco. Ci faceci nie szukają żadnego ciała, powiedział sobie. Urządzają polowanie na idiotę. Idiotę z parą trzydziestekósemek.
Droga była płaska i prosta. Dostrzegł barykadę na kilka kilometrów naprzód. Przyszło mu do głowy, że gdyby Austin jechał tą drogą, miałby ten sam piękny widok. Drewniane, jaskrawopomarańczowe blokady połyskiwały w zachodzącym słońcu. Za nimi stały dwa wozy policyjne zwrócone do siebie nosami, jak dwa obwąchujące się czarno – białe psy.
Na poboczu widać było nowiuteńkiego dodge'a Larssona (zębacze i sklep przynosiły Jedowi niezły dochód), półciężarówkę So
Wóz Lou był ubłocony jak stary pies gończy. Ktoś napisał „Umyj mnie" na tylnej szybie.
Kiedy Tucker zwolnił, przed barykadę wybiegło dwóch policjantów z karabinami gotowymi do strzału. Choć nie wątpił, że najpierw zadają pytania, a dopiero potem strzelają, ulżyło mu, kiedy Burke ich odwołał.
– Prowadzisz tu prawdziwą operację wojskową – zauważył Tucker wysiadając z wozu.
– Szeryf okręgowy zionie ogniem – mruknął Burke. – Nie jest zadowolony, że federalny był świadkiem, jak jego chłopcy schrzanili robotę. Uważa, że Austin jest w połowie drogi do Meksyku, ale nie chce się do tego przyznać.
Tucker wyjął paczkę papierosów. Poczęstował Burke'a i przez chwile palili w milczeniu.
– A co ty o tym myślisz?
Burke wydmuchał powoli dym. Miał za sobą cholernie długi dzień i cieszył się, że może porozmawiać z Tuckerem.
– Mnie się zdaje, że ktoś, kto zna bagna, może się na nich ukrywać bardzo długo. Zwłaszcza gdy ma po temu powód. – Spojrzał uważnie na Tuckera. – Przyślemy ci do Sweetwater paru mundurowych.
– Wypchaj się.
– Muszę to zrobić, Tuck. Daj spokój. – Położył rękę na ramieniu Tuckera. – Masz w domu kobiety.
Tucker pobiegł wzrokiem do miejsca, gdzie płaskie pole przechodziło w las.
– Ale się wpakowałem.
– Można było gorzej.
Jakaś nuta w głosie Burke'a zaniepokoiła Tuckera.
– Coś cię gniecie?
– Austin to nie dość?
– Znamy się od dawna.
Burke spojrzał ponad ramieniem Tuckera na grupę mężczyzn, i postąpił parę kroków w stronę lasu.
– Był u nas wczoraj Bobby Lee.
– Też mi nowina!
Burke spojrzał na Tuckera boleściwie.
– Chce się ożenić z Marvella – Zebrał się na odwagę i poprosił mnie o rozmowę na osobności. Poszliśmy na tylną werandę. Cholera, Tuck, przestraszył mnie jak diabli. Bałem się, że zaraz powie, że ona jest w ciąży i będę go musiał zabić albo co? – Zobaczył minę Tuckera i uśmiechnął się blado. – Tak, tak, wiem. Ale to zupełnie co i