Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 8 из 46

– Proszę mnie aresztować, sir. Zdaje się, że zabiłem człowieka.

KWIAT NUMER DWA

Ziernow podszedł do opatulonego Wano, odkrył mu twarz i ostro zapytał Amerykanina:

– Tego?

Martin zbliżył się ostrożnie i jak mi się wydało, nie bez lęku, powiedział niepewnie:

– N-nie…

– Proszę się przyjrzeć dokładniej – jeszcze ostrzej powiedział Ziernow.

Lotnik ze zdumieniem pokręcił głową.

– Nie ma żadnego podobieństwa, sir. Mój leży koło samolotu. A poza tym… – dodał niepewnie – w ogóle nie wiem, czy to jest człowiek.

W tej samej chwili Wano otworzył oczy. Jego spojrzenie prześliznęło się po stojącym obok śpiwora Amerykaninie, jego głowa uniosła się nieco i znowu opadła na poduszkę.

– To… nie ja – powiedział i zamknął oczy.

– Ciągle jeszcze majaczy – westchnął Tolek.

– Nasz towarzysz jest ra

Martin odsunął sanki Tolka i usiadł. Ukrył twarz w dłoniach i kiwał się, jakby go coś straszliwie hulało.

– Nie wiem, czy mi uwierzycie, bo to wszystko jest tak niezwykłe i tak nieprawdopodobne – opowiadał. – Leciałem jednomiejscowym samolotem. To nie jest samolot sportowy, to był kiedyś myśliwiec, taki mały „Lockhead”, wiecie? Ma nawet sprzężony karabin maszynowy. Tutaj nie jest to oczywiście potrzebne, ale regulamin każe utrzymywać uzbrojenie w gotowości bojowej, a nuż się nagle przyda? I przydało się, tyle, że bez rezultatu… Słyszeliście o różowych obłokach? – zapytał nagle i nie czekając na odpowiedź ciągnął dalej swoją opowieść: – Dogoniłem je w półtorej godziny po starcie.

– Je? – przerwałem, zdziwiony. – Było ich parę?

– Cała eskadra. Leciały zupełnie nisko, o jakie dwie mile niżej niż ja, wielkie różowe meduzy, właściwie nie tyle różowe ile raczej malinowe. Naliczyłem ich siedem, różnego kształtu i różnych odcieni, od jasnoróżowej niedojrzałej maliny do płomie

Słuchałem, wspominałem swoją przygodę i wydawało mi się, że już zaczynam rozumieć, co się przytrafiło Wano. Po oczach Tolka trudno się było zorientować, o czym myśli, zapewne miał wątpliwości i wyważał każde wypowiedziane przez Martina słowo. Zaraz zacznie zadawać pytania swoją szkolną angielszczyzną. Ale Ziernow był szybszy.

– Zostańcie z Wano, Diaczuk, a ja i Anochin pójdziemy z Amerykaninem. Chodźmy, Martin – dodał po angielsku.

Zabrałem kamerę. Zacząłem kręcić, skoro tylko zbliżyliśmy się do miejsca przymusowego lądowania Martina. Stał tam już tylko jeden samolot. A obok niego wznosił się znany mi już spieniony malinowy wzgórek. Wzgórek ten parował, mienił się i dziwnie pulsował, zupełnie jak gdyby oddychał. Przelatywały po nim białe wyładowania przypominające iskry, które sypią się w czasie spawania. „Nie podchodźcie!” – ostrzegłem Martina i Ziernowa, którzy mnie wyprzedzili. Ale odwrócony kwiatek już użył swej niewidzialnej tarczy obro

Nie przestając filmować wyminąłem teren nowego „cudu” i natknąłem się na ciało zabitego czy też może tylko ra

– Chodźcie, on tu jest! – krzyknąłem.

Wówczas od wibrującego kwiatu oderwał się malinowy płatek, wzniósł się, pociemniał, zwinął się w powietrzu w coś na kształt pąsowej tutki, wyprężył się i okrył leżące przed nami ciało. Przez minutę czy dwie owa wężowata macka iskrzyła się i pieniła, potem oderwała się od ziemi, ale nie dostrzegliśmy niczego w jej wielkiej, chyba dwumetrowej gardzieli. Następnie płatek znowu połączył się z kielichem. Na śniegu zostało tylko wgłębienie – ślad człowieka, który leżał tu przed chwilą.

Ciągle filmowałem obawiając się, że mogę przegapić ostatnią metamorfozę. Metamorfoza ta już się rozpoczynała. Teraz oderwał się od ziemi cały kwiat, unosząc się odchylał płatki ku górze. Ten rozpływający się w powietrzu dzwon również był pusty, widzieliśmy wyraźnie jego różowiejące już wnętrze – nic w nim nie było. Za chwilę przekształci się w różowy obłok i skryje się za prawdziwymi chmurami. Na ziemi zaś pozostanie tylko jeden samolot i tylko jeden lotnik. Tak się też stało.

Ziernow i Martin stali w milczeniu, wstrząśnięci podobnie jak ja, który wszystko to przeżyłem już rano. Martina zaś wprawiała w rozpacz sama myśl o tym, że to, co widział, było jedynie płodem jego rozstrojonej wyobraźni.

– Więc kogo ja zabiłem? – zapytał.

– Możemy uznać, że nikogo – powiedział Ziernow.

– Ale przecież to był człowiek, żywy człowiek – powtarzał Martin.

– Jest pan tego zupełnie pewien? – zapytał Ziernow.

Martin stropił się.

– Nie wiem…

– No właśnie. Ja bym powiedział – czasowo żywy. Powołała go do życia i unicestwiła ta sama siła.

– Ale po co? – zapytałem ostrożnie. Odpowiedział mi z niespotykanym u niego rozdrażnieniem:

– Myślicie; że wiem więcej niż wy? Kiedy wywołacie film, obejrzymy go sobie i pomyślimy.

I ruszył, nie prosząc nawet, abyśmy szli za nim. Ja i Martin popatrzyliśmy na siebie i poszliśmy także.

– Jak masz na imię? – zapytał Martin z bezpośredniością rówieśnika, ujmując mnie pod łokieć.

– Jurij.

– Juri. Juri – powtórzył. – Będę pamiętał. A ja jestem Don.

– Myślisz, że to jest żywe?