Страница 33 из 46
Jeźdźcy zeskoczyli na ziemię i ściągnęli z konia Ziernowa. Ziernow nie był w stanie utrzymać się na nogach i zwalił się twarzą ku ziemi w przydrożną trawę. Chciałem pośpieszyć mu z pomocą, ale wyprzedził mnie jednooki.
– Wstańcie – powiedział do Ziernowa. – Czy możecie wstać?
– Nie mogę – jęknął Ziernow.
– Co ja z wami pocznę? – spytał z zadumą jednooki i zwrócił się do mnie. – A was to ja już gdzieś widziałem.
I wtedy go poznałem. Był to Montjusseau, ten sam, który gawędził z włoskim reżyserem przy table d’hóte. Montjusseau, mistrz olimpijski, pierwsza szpada Francji.
– Gdzieście ich zagarnęli? – zapytał.
– Na drodze. To nie ci?
– Cóż to, oczu nie macie? I co ja teraz mam z nimi począć? – powtórzył, pełen wątpliwości, – Dla nich ja już nie jestem Bo
Zapienił się na drodze czerwony obłok. Z piany wyłoniła się najpierw głowa, potem czarna jedwabna piżama. Poznałem. To był reżyser filmowy Carresi.
– Pan nazywa się Bo
– Mam swoją własną pamięć – zaprotestował jednooki.
– Proszę ją jednak stłumić. Proszę ją wyłączyć. Proszę, niechaj pan zapomni o wszystkim, co nie wiąże się z filmem.
– A czy oni wiążą się z filmem? – Jednooki zerknął na mnie. – Czy przewidział pan to?
– Nie, oczywiście, że tego nie przewidziałem. To sprawiła wola kogoś, kogo nie znamy. Nie jestem w stanie przeciwdziałać tej woli. Ale pan, Bo
– W jaki sposób?
– Jako bohater Balzaca, kształtujący rozwój wydarzeń wedle swej woli. To, co mówię, daje panu tylko bodziec. To pan jest gospodarzem sytuacji, gospodarzem tematu. Bo
– Jako mańkut nie zostanę nawet dopuszczony do konkursu.
– Także w naszych czasach Montjusseau był mańkutem. Mańkut Bo
Obłok znów się zapienił, pochłonął reżysera i rozwiał się. Bo
– Przerzuć go sobie przez ramię – wskazał leżącego obok drogi Ziernowa. – Niech Savarin sam go kuruje.
– Stać! – zawołałem.
Ale ostrze szpady Bo
– Morderco! – powiedziałem.
– Nic mu nie będzie – powiedział Bo
– Ja mam się bronić przed panem? To śmieszne!
– Dlaczego?
– Przecież pan jest Montjusseau. Mistrz Francji.
– Myli się pan, jestem Bo
– Niech pan nie próbuje mnie oszukać. Słyszałem rozmowę pana z reżyserem.
– Z kim? – nie zrozumiał.
Patrzyłem mu prosto w oczy. Nie zgrywał się przede mną, rzeczywiście nie rozumiał.
– Wydawało się panu.
Dyskusja nie miała sensu, stał przede mną pozbawiony własnej pamięci wilkołak. Myślał za niego reżyser.
– Broń się! – powtórzył surowo.
I zaraz ostrze szpady wbiło mi się w pierś. Niegłęboko, ledwie przebiło kurtkę i drasnęło mnie, ale przecież poczułem ukłucie. I co najważniejsze, ani przez moment nie wątpiłem, że szpada przeszyje mnie ma wylot, jeśli tylko pchnie on mocniej. Walczyć z Montjusseau? To by było samobójstwo. Ale przecież to nie Montjusseau dobył szpady, tylko mańkut Bo
– Bronisz się, czy nie? – powtórzył raz jeszcze.
– Nie mam szpady.
– Kapitanie, proszę o pańską szpadę! – zawołał.
Wąsacz, który stał nie opodal, rzucił mi swoją szpadę. Schwytałem jej rękojeść w locie.
– Dobrze – pochwalił mnie Bo
– L’attaque de droit – powiedział Bo
„Atak z prawej” – przetłumaczyłem w myśli. Bo
Odparowałem cios.
– Parce – powiedział. W języku szermierzy oznaczało to, że gratuluje mi pomyślnej obrony.
Osłaniając się szpadą odstąpiłem o krok. Moja szpada była odrobinę dłuższa niż szpada Bo
Ale ja i ten cios odparowałem.
– Mądrze – zauważył Bo
Bo
– Zrzućmy kamizele – i odstąpił o krok. Ja nie ruszyłem się z miejsca. Bez marynarki, w samej koszuli czułem się swobodniej. A także, niestety, mniej bezpiecznie. Na zawodach sportowych wkładaliśmy zawsze specjalne kurtki, w które wszyta była cienka metalowa siatka. Ukłucie szpadą, zetknięcie metalu z motałem rejestrowała specjalna aparatura elektryczna. A teraz ukłucie to było prawdziwe ukłucie. Ostrze wdzierało się w żywą tkankę, szarpało naczynia krwionośne, mogło ciężko zranić, mogło zabić. Ale – jeśli pominąć szermiercze umiejętności i doświadczenie – obaj byliśmy w tej samej sytuacji. Nasze klingi były jednakowo niebezpieczne, nasze koszule dawały jednako wątłą osłonę.
Znowu skrzyżowały się szpady. Co za szczęście, że walczył lewą ręką – mogłem nadążyć za każdym jego ruchem. Bo
– Lewą mogę najwyżej czyścić buty – powiedział. – Chce pan zobaczyć, jak walczę prawą?
Zsunął rękę z temblaka i błyskawicznie przerzucił szpadę do prawej. Szpada błysnęła, odbiła moje ostrze i ugodziła mnie w pierś.
– Tak to się robi – zaczął się chełpić, ale nie zdążył… Ktoś niewidzialny upomniał go. Głos był znajomy:
– Lewą, Bo
– Opatrzcie go – powiedział Bo
Ściągnięto ze mnie koszulę i przewiązano nią ramię. Rana nie była głęboka, ale bardzo krwawiła. Zgiąłem i rozgiąłem prawą rękę – nie bolała mnie.
– Gdzie pan się uczył? – zapytał Bo
– Czemu?
– Na włoski sposób przechodzi pan do obrony. Ale nic to panu nie pomoże.
Roześmiałem się i o mało co nie przegapiłem ciosu – zadał go z prawej. Zdołałem jednak przykucnąć i jego szpada prześlizgnęła się tylko po moim ramieniu. Odbiłem ją ku górze i teraz ja z kolei zrobiłem wypad.
– Brawo – powiedział Bo
Jego szpada znów zatańczyła nie opodal mej piersi. Parowałem ciosy i cofałem się, czując, jak mi cierpną wpijające się w rękojeść szpady palce. „Byleby się tylko nie potknąć, byleby tylko nie upaść” – myślałem.
– Pośpieszcie się, Bo
– Nic z tego – odpowiedział Bo
– W takim razie on poradzi sobie z tobą. Przerobię scenariusz. Ale pan jest supermanem, Bo