Страница 28 из 46
Usiedliśmy przy okrągłym stole nakrytym zakurzonym pluszowym obrusem. Był to jakiś bardzo stary hotel, jeszcze starszy niż nasz paryski „Bretagne”. Był tak stary, że niczym już nie próbował się szczycić, ani starożytnością rodu, ani tradycją przechodzącą z pokolenia na pokolenie. Kurz, graty, starzyzna i chyba strach, strach przyczajony w każdym zakamarku.
– Co tu się dzieje? – zapytał zrezygnowany Martin.
– Mówiłem ci przecież. I
– I
– Nie wiem.
Z ciemności, która pochłaniała część oświetlonego hallu, wyszedł Ziernow. Pomyślałem w pierwszej chwili – czy to aby nie jego sobowtór? Ale coś mi podpowiedziało, że nie, byłem tego pewien. Ziernow był spokojny, jak gdyby nic się wokół niego nie zmieniło, nawet na nasz widok nie zdziwił się, ani nie zaniepokoił. A przecież musiał być zdenerwowany, nie mógł się nie denerwować. Po prostu nie pokazywał tego po sobie. Trzymał się znakomicie.
– Wydaje mi się, Martin, że znowu się znalazłeś w mieście wilkołaków – powiedział, podchodząc do nas i rozglądając się. – My zresztą też.
– A wiecie, jakie to miasto? – zapytałem.
– Mam nadzieję, że to Paryż a nie Moskwa.
– Ani Paryż, ani Moskwa. To Saint Dizier, na południowy wschód od Paryża, jeśli dobrze pamiętam mapę. Prowincjonalne miasteczko na okupowanym terytorium.
– Przez kogo okupowanym? Czy wy przypadkiem nie majaczycie, Anochin?
Ziernow ciągle jeszcze nie pojmował, zastanawiał się nad czymś.
– Kiedy tu szedłem, zauważyłem już i purpurową mgłę i to, że całe otoczenie uległo zmianom. Ale nie spodziewałem się oczywiście czegoś podobnego – obejrzał się na fizylierów, którzy trwali w bezruchu na granicy światła i ciemności. W oczach Ziernowa błysnęła tak dobrze mi znana ciekawość uczonego.
– Jak sądzicie, co modelują tym razem?
– Coś z przeszłości. Ale nam to niczego nie ułatwia. Aleale, skąd wracacie?
– Z mojego pokoju. Zaintrygował mnie czerwony odblask na ścianie, otworzyłem drzwi i znalazłem się tutaj.
– Proszę się przygotować na coś gorszego – powiedziałem i zobaczyłem Langego,
W smudze światła pojawił się ten sam adwokat z Dusseldorfu, o którego pytałem przy kolacji Belga. Ten sam Herman Lange, krótko ostrzyżony wąsacz, ten sam, a jednak nie ten sam. Był jak gdyby wyższy, wytworniejszy, młodszy, młodszy co najmniej o dwadzieścia pięć lat. Miał na sobie czarny mundur ze swastyką, miał ciasno ściągnięty pas na szczupłej, nieomal chłopięcej talii, był w charakterystycznej czapce i w olśniewająco błyszczących oficerkach. Był nawet przystojny, jeśli patrzyć na piękno z punktu widzenia reżysera operowego – wyelegantowany Nibelung z elity Himmlera.
– Etie
Etie
– Trzeci jest z i
Lange się skrzywił.
– Możesz mówić do mnie: monsieur Lange. Pozwoliłem ci przecież. A skąd on jest, wiem równie dobrze jak ty. Pamięć przyszłości. Ale w tej chwili on jest tutaj i to jest mi na rękę. Brawo, Etie
– Angielscy lotnicy, monsieur Lange.
– Łże – powiedziałem, nie wstając. – Ja także jestem Rosjaninem. A kolega jest Amerykaninem.
– Zawód? – zapytał po angielsku Lange.
– Pilot – odruchowo wyprężył się Martin.
– Ale nie angielski – dodałem natychmiast.
Lange roześmiał się w odpowiedzi.
– Co za różnica, Anglia czy Ameryka? Walczymy i z jedną, i z drugą.
Zapomniałem na chwilę o niebezpieczeństwie, które przez cały czas nam zagrażało, tak wielką miałem ochotę dać po nosie temu widmu przeszłości. Nie zastanawiałem się nad tym, czy mnie zrozumie. Po prostu krzyknąłem:
– Wojna dawno się już skończyła, panie Lange. Wszyscy jesteśmy z i
Lange się nie obraził. Przeciwnie, uśmiechnął się nawet, odpływając w osnuwającą go purpurową mgiełkę.
– Takiego mnie pamięta nasz dobry Etie
Ciemnoczerwona mgła przesłoniła go zupełnie, po czym rozwiała się nagle. Trwało to nie dłużej niż pół minuty. Ale wychynął z mgły i
– Gdzie oni są, Etie
– Już mi nie dowierzają, panie Lange.
– Nie próbuj mnie oszukiwać. Jesteś zbyt ważną figurą w tutejszym Ruchu Oporu, by mieli już stracić do ciebie zaufanie. Może kiedyś, w przyszłości, ale jeszcze nie teraz. Ty się po prostu boisz swoich przyjaciół z podziemia.
Zamachnął się i rękawiczkami uderzył Etie
– Najpóźniej jutro zameldujesz mi, gdzie się ukrywają. Zrozumiano?
– Tak, monsieur Lange.
Gestapowiec odwrócił się i znowu stanął przed nami. Przerażenie Etie
Etie
Wydało mi się, że fizylierzy wypełnili cały ten ciemny, pełen kurzu hali. Otoczyli mnie, wykręcili mi ręce do tyłu i kopniakiem wyrzucili w ciemność. Padając skręciłem nogę i długo nie mogłem wstać, nic także nie widziałem, dopóki moje oczy nie przyzwyczaiły się do purpurowego półmroku, którego prawie wcale nie rozjaśniało światło małej matowej żarówki. Wszyscy trzej leżeliśmy na podłodze bardzo wąskiej celi czy też może karceru bez okien, ale karcer ten znajdował się w ruchu, na zakrętach aż podrzucało nas – wywnioskowałem więc, że jedziemy w więźniarce.
Pierwszy wstał i usiadł Martin. Zgiąłem skręconą nogę, potem ją wyprostowałem – chwała Bogu, nie była ani złamana, ani zwichnięta. Ziernow leżał wyciągnięty na plecach, głowę oparł na rękach.
– Nic wam się nie stało, Borysie Arkadiewiczu?
– Na razie nic – odparł lakonicznie.
Nie mogłem jednak milczeć.
– Modeluje się czyjaś przeszłość – powtórzyłem – trafiliśmy w tę przeszłość przypadkiem. Ale skąd się wzięła ta przygotowana dla nas więźniarka?
– Może stała przed wejściem do hotelu. Mogli nią przyjechać fizylierzy – powiedział Ziernow.
– Gdzież więc oni są?
– Nasi konwojenci są zapewne w szoferce. Reszta została w hotelu do dyspozycji Langego. Może wówczas także byli mu potrzebni. Lange wprowadza do przeszłości tylko niewielkie korektury.
– To nie jest tylko jego przeszłość, to także przeszłość Etie
A o mnie zapomnieliście, boys? – wtrącił się Martin. – Nie rozumiem przecież po rosyjsku.
– Przepraszam, Martin – Ziernow natychmiast przeszedł na angielski – zapomnieliśmy, rzeczywiście. Tymczasem nie należało tego robić, nie tylko przez wzgląd na kolegę. Łączy nas coś jeszcze. Wiecie o czym ciągle myślę? – ciągnął, unosząc się na łokciu nad zaświnioną podłogą więźniarki. – Czy wszystko to, co się teraz z nami dzieje, jest aby przypadkowe? Przypominam sobie wasz list do Anochina, Martin, zwłaszcza to wasze sformułowanie „napiętnowani”, a więc jak gdyby przez przybyszów z kosmosu oznaczeni czy nacechowani. Właśnie dlatego bez trudu możemy się przyglądać zakamarkom ich twórczej kuchni. Ale czy to jest przypadek, czy też nie przypadek? Dlaczego modelowano nie jakiś pierwszy lepszy samolot pasażerski latający na linii Melbourne – Dżakarta – Karaczi, ale właśnie ten nasz, ten w którym byliśmy my, my, „napiętnowani”? Czy to przypadek czy nie? Załóżmy, że „obłoki” wędrując na północ zainteresowały się nagle życiem prowincjonalnej amerykańskiej dziury. Dopuszczam taką możliwość. Ale dlaczego wybrały sobie właśnie miasteczko związane z Martinem? I to właśnie wtedy, kiedy się do tego miasteczka wybierał. I dlaczego z setki tanich paryskich hotelików wybierają sobie do kolejnego eksperymentu właśnie nasz „Bretagne”? Czy to także przypadek? A może tak właśnie zawczasu zaplanowano, może to jest szczegółowo obmyślane i ma określony, na razie jeszcze nie znany nam cel? Mamy podstawy, aby tak przypuszczać.