Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 12 из 46

Martin wyprostował swe dwumetrowe ciało koszykarza.

– Czy próbował pan strzelać, kiedy stało się dla pana jasne, że „obłok” ma agresywne zamiary?

– Strzelałem, sir. Oddałem dwie serie pociskami świetlnymi.

– Z jakim wynikiem?

– Bez żadnego wyniku, sir. To było tak, jak gdybym strzelił śrutem do lawiny śnieżnej.

– A gdyby miał pan i

– Trudno mi powiedzieć, sir.

– Może pan usiąść, Martin. I proszę się na mnie nie gniewać, próbowałem tylko wyjaśnić pewne niejasne dla mnie fragmenty oświadczenia pana Ziernowa. Dziękuję panom za wyjaśnienie.

Atak admirała rozwiązał języki i

– Użył pan sformułowania: „obłoki przerzucają masy lodowe w przestrzeń”. W jaką przestrzeń? Do atmosfery czy też w przestrzeń kosmiczną?

– Jeżeli do atmosfery, to w jakim celu? Co za pożytek z lodu wprowadzonego do atmosfery?

– Czy ludzkość może się zgodzić na zabieranie z Ziemi lodu w takiej ilości?

– A komu w ogóle są potrzebne lodowce Ziemi?

– Co się stanie z kontynentem pozbawionym płaszcza lodowego? Czy podniesie się poziom wody w oceanie światowym?

– Czy klimat ulegnie zmianie?

– Nie wszystko naraz, towarzysze – błagalnie rozłożył ręce Ziernow. – Spróbujmy po kolei. W jaką przestrzeń? Sądzę, że w przestrzeń kosmiczną. Lodowce w zasięgu atmosfery ziemskiej mogą się przydać jedynie glacjologom. Jakże mógłby się podnieść poziom wody w oceanie światowym, skoro ilość wody się nie zwiększyła? Pytanie stosowne na lekcji geografii, w klasie, no powiedzmy, piątej. Pytanie dotyczące klimatu także mogłoby się znaleźć w podręczniku szkolnym.

– Jaka jest, waszym zdaniem, najbardziej prawdopodobna struktura „obłoku”? Odniosłem wrażenie, że jest to gaz.

– Myślący gaz – zachichotał ktoś. – A to z jakiego podręcznika?

– Jesteście fizykiem? – zapytał Ziernow.

– Powiedzmy.

– Powiedzmy zatem, że to właśnie wy napiszecie ten podręcznik.

Wstał korespondent „Izwiestii”. Znałem go.

– W jakiejś fantastycznonaukowej powieści zdarzyło mi się czytać o przybyszach z Plutona. Nawiasem mówiąc, wylądowali również na Antarktydzie. Czy uważacie to za możliwe?

– Nie wiem. Przecież ani słowem nic wspomniałem o Plutonie.

– Powiedzmy, że nie z Plutona. Powiedzmy, że w ogóle skądś z kosmosu. Z jakiegokolwiek układu słonecznego. Po cóż mieliby latać po lód aż na Ziemię? Na sam koniec naszej galaktyki. We wszechświecie jest lodu pod dostatkiem, można by go było znaleźć gdzieś bliżej.

– Bliżej czego? – zapytał Ziernow z uśmiechem.

Podziwiałem go. Pod gradem pytań nie zatracił ani humoru, ani spokoju. Nie był autorem odkrycia naukowego, ale tylko przypadkowym świadkiem unikalnego, niewyjaśnionego fenomenu, o którym wiedział nie więcej niż każdy i

– Lód to woda – powiedział tonem zmęczonego pod koniec lekcji nauczyciela – związek bynajmniej nie tak często spotykany nawet w naszym układzie planetarnym. Nie wiemy, czy jest woda na Wenus, na Marsie jest jej bardzo mało, na Jowiszu i na Uranie nie ma jej w ogóle. A i we wszechświecie nie znajduje się bynajmniej tak wiele lodu ziemskiego pochodzenia. Niechże mnie poprawią nasi astronomowie, jeśli się omylę, ale o ile pamiętam lód kosmiczny to głównie zamarznięte gazy, amoniak, metan, dwutlenek węgla, azot.

– Czemu nikt nie pyta o sobowtóry? – szepnąłem do Tolka. I w tejże chwili profesor Kiedrin przypomniał sobie o mnie.

– Chciałbym zadać pytanie Anochinowi. Czy kontaktowaliście się ze swoim sobowtórem, czyście z nim rozmawiali? Jeśli tak, to ciekawe o czym?

– Rozmawialiśmy dość dużo, o różnych rzeczach – powiedziałem.

– Czy zauważyliście jakąkolwiek różnicę, choćby czysto zewnętrzną, choćby w jakichś drobiazgach, w niepozornych szczegółach? Mam na myśli różnicę między wami oboma?

– Nie, żadnej. Nawet nasza krew była identyczna. – Opowiedziałem o mikroskopie.

– A pamięć? Wspomnienia z dzieciństwa, z młodości? Nie sprawdzaliście tego?

Opowiedziałem także i o tym, co pamiętaliśmy. Nie mogłem zrozumieć, do czego profesor zmierza. Ale sam to zaraz wyjaśnił:

– W takim razie pytanie admirała Thompsona, pytanie bardzo niepokojące, nawet przerażające, powi

Przypomniałem sobie moje spory z moim nieszczęsnym „dublerem” i zmieszałem się. Wyręczył mnie Ziernow.

– Jest tu pewien ciekawy szczegół – powiedział Ziernow. – Sobowtóry pojawiają się zawsze po takim samym śnie. Człowiek ma wrażenie, że pogrąża się w czymś czerwonym czy też malinowym, a niekiedy fioletowym, ale zawsze gęstym i chłodnym jak galareta albo kisiel. Ta niewyjaśniona substancja wypełnia całego człowieka, jego wnętrzności i wszystkie naczynia. Nie mogę stwierdzić z całą stanowczością, że rzeczywiście je wypełnia, ale w każdym razie człowiek odnosi takie wrażenie. Nie może się poruszyć, jest jak gdyby sparaliżowany i zaczyna się czuć podobnie jak człowiek, który znajduje się w stanie hipnozy – wydaje mu się, że ktoś niewidzialny zagląda do jego mózgu, widzi każdą komórkę jego ciała. Potem ta szkarłatna ciemność znika, powraca jasność myśli i swoboda ruchów, człowiek sądzi, że przyśnił mu się po prostu bezsensowny i straszny sen. A po pewnym czasie pojawia się sobowtór. Człowiek zdążył już wszakże po przebudzeniu coś zrobić, pomyśleć o czymś, z kimś porozmawiać. Sobowtór o tym nie wie. Anochin obudziwszy się zobaczył nie jedną, ale dwie „Charkowianki”, z których każda miała tak samo wgniecioną przednią szybę i tak samo zespawaną gąsienicę. Dla jego sobowtóra to były odkrycia. Pamiętał bowiem tylko to, co pamiętał sam Anochin, zanim się zapadł w szkarłatną ciemność. Analogiczne różnice dadzą się zauważyć także ł w pozostałych przypadkach. Diaczuk po przebudzeniu ogolił się i zaciął się przy tym w policzek. Sobowtór, który go odwiedził, nie miał takiej ranki. Czocheli położył się spać mocno podchmielony po wypiciu szklanki spirytusu, wstał zaś zupełnie trzeźwy, z pełną jasnością umysłu. Sobowtór zaś zjawił się przed nim z trudem utrzymując się na nogach, miał zmętniało oczy, był zupełnie pijany – Wydaje mi się, że właśnie ten okres, a ściślej – działanie człowieka po przebudzeniu się ze „szkarłatnego snu” w wątpliwych wypadkach zawsze umożliwią odróżnienie oryginału od kopii.

– Czy wam również przyśnił się taki sen? – zapytał ktoś.

– Tak.

– Ale nie miał pan sobowtóra?

– To mnie właśnie niepokoi. Dlaczego jestem wyjątkiem?

– Nie jesteście wyjątkiem – odpowiedział Ziernowowi jego własny głos.

Ten, który to powiedział, stał w końcu sali, za wszystkimi, nieomal w drzwiach i ubrany był nieco inaczej niż Ziernow. Ziernow miał na sobie szary wizytowy garnitur, zaś ów nowy Ziernow był w starym ciemnozielonym swetrze, takim, jaki nosił Ziernow podczas wyprawy. Nieznajomy miał na sobie również watowane spodnie Ziernowa i futrzane buty kanadyjskie, na które z zazdrością spoglądałem w czasie naszej podróży. Czy zresztą można go było uznać za nieznajomego? Nawet ja, który spędziłem z Ziernowem tyle dni, nie mogłem teraz odróżnić obu Ziernowów. Jeśli ten, który stał na mównicy, był Ziernowem, to w drzwiach stała idealna jego kopia.

Sala jęknęła, część obecnych wstała i przyglądała się w osłupieniu to jednemu, to drugiemu Ziernowowi, pozostali siedzieli z rozdziawionymi po dzieci