Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 36 из 61

Nieprzewidziane wtargnięcie Ziemian nie wywołało popłochu. Nawet ich nie zauważono. „Obiad” podawany był z absolutną precyzją. Następne okno obdarzyło ich miską z brązowawą masą: przypominało to dobrze odparowaną fasolę po gruzińsku, tyle że bez przypraw. W trzecim oknie otrzymali kulki, zupełnie bez smaku, które topniały w ustach jak lody. I wreszcie jakiś płyn, przypominający coca-colę. Potem w stanie szczęśliwej sytości Kapitan i Bibl popłynęli siedząc za pustymi już pulpitami. Nakrycia natychmiast gdzieś zniknęły, nawet nie brzęknąwszy. Okien już nie było, ale krzesła usypiająco kołysały jak hamaki. Ile minut i sekund trwał ten błogostan, żaden z nich nie wiedział, ale zakończył się prozaicznie i nawet, można rzec, bezceremonialnie: „krzesła” podskoczyły i miękkim pchnięciem wyrzuciły obu Ziemian na podłogę drugiej sali. Majaczące z przodu niebieskie kurtki skoczyły na krzyżujące się chodniki i zniknęły za krawędziami płaszczyzn. To samo zrobili i ci, którzy podążali za Kapitanem i Biblem. Nikt się do nikogo nie odezwał, nie padło ani jedno słowo, całkowity brak kontaktu – i w sali pozostali tylko Kapitan i Bibl.

Nie była to w gruncie rzeczy sala, lecz skrzyżowanie ruchomych „ulic” – dróg, rozbiegających się w trzech kierunkach. Właściwie wcale się nie krzyżowały, a przebiegały na różnych poziomach jedna nad drugą, nigdy jednak nie znajdowały się poniżej wzrostu człowieka. Dzięki temu można było swobodnie przejść pod nimi.

– Dokąd teraz? – zapytał Kapitan, zaciskając pięści. – Czuję w sobie tyle energii, że mógłbym góry przewracać.

– A pomyślał pan, Kep, skąd ta energia się wzięła? – wtrącił Bibl. – Wymaglowało nas przecież zdrowo jak na wirówce. A przed chwilą o mało się nie zdrzemnęliśmy na tych krzesełeczkach. Chce pan wiedzieć dlaczego? Dzięki jedzeniu.

– Syntetyki – Kapitan machnął ręką. – Wolałbym szaszłyczek. Karski.

– Niech pan nie narzeka. Pierwsze danie: galaretka, wywołuje ostre uczucie głodu. „Fasola” je gasi, wypełniając żołądek. Rozpływające się kulki wywołują uczucie rozkosznej sytości, a „coca-cola” skłania do drzemki. Potem dają nam krzesłem w siedzenie i wyrzucają na chodnik – aparatura i pulpity nie mogą się na nas doczekać. A my, pełni szczęścia, z zapałem ruszamy do pracy. Dobrze pomyślany obiad.

– Jednego tylko nie rozumiem – ciągle jeszcze zdumiewał się Kapitan – dlaczego tutaj karmią zupełnie inaczej niż w Aorze. I budowa karmników jest i

– I

– A podłoga się trzęsie – zauważył nagle Kapitan.

– Tak, wibracja. Dokądś nas popycha.

– Znowu? – skrzywił się Kapitan. – Dość już mam tego królestwa głuchoniemych. Żeby choć jeden zechciał nas dostrzec.

– Niech się pan obejrzy – powiedział Bibl.

Migoczące kolorowe płaszczyzny zwężały się, tworząc ciemny otwór.

W jego środku stał człowiek w niebieskiej kurtce i dawał jakieś znaki.

– Mam wrażenie, że to do nas.

– Chyba tak.

Podeszli. Człowiek czy raczej człowieczek, o wzroście nie przekraczającym półtora metra, położył dłoń na sercu – gest zrozumiały dla każdego humanoida. Kapitan i Bibl zrobili to samo. Człowieczkowi rozświeciły się oczy, wielkie i wypukłe. Czarna źrenica zapełniała całą prawie płaszczyznę tęczówki, tak że trudno było określić kolor oczu. We wszystkich pozostałych szczegółach człowieczek również nie był podobny do Hedończyków. Nie tylko rysami twarzy, o charakterystycznym orlim nosie i niebieskobłękitnym kolorze skóry, ale także jakimś mętnym, białawym odcieniem cery. „Żyją jak w więzieniu, bez dostępu świeżego powietrza” – pomyślał Kapitan i przestraszył się: czy tamten przypadkiem nie odebrał jego myśli. Ale niebieskoskóry nie sprawiał wrażenia, że cokolwiek pojął. Raczej nic do niego nie dotarło, bo cała jego postawa wyrażała tylko wyczekiwanie.

– Witaj – powiedział Kapitan po rosyjsku i powtórzył to samo po angielsku.

W odpowiedzi człowieczek wydał dźwięk, którego absolutnie nie można by powtórzyć, podobny do ptasiego świergotu czy klekotania. Kiedy spostrzegł, że go nie zrozumieli, wskazał na czarny otwór.

– Zaprasza – stwierdził Bibl. – No i co, Kep?

– Przyjmujemy.

Rozdział III

Widniejąca z przodu ciemna przestrzeń coraz bardziej rozstępowała się i rozjaśniała. Odwołując się do ziemskiej terminologii Bibl mógłby nazwać to miejsce cyrkową areną o bladocytrynowych ścianach i niezbyt wysokim, liczącym zaledwie kilka rzędów amfiteatrze, rozniebieszczonym siedzącymi ramię przy ramieniu ludźmi w niebieskich kurteczkach. Poprzez przyciemnioną, jakby zasnutą chmurami kopułę przeświecało błękitne niebo.

Arena była maleńka, cztery razy mniejsza od normalnej i amfiteatr, siłą rzeczy, mógł pomieścić zaledwie kilkudziesięciu widzów, którzy cierpliwie oczekiwali na rozpoczęcie występów. Nic na niej nie było, oprócz dwóch wiszących bez żadnej podpory, obrotowych, przezroczystych foteli. W nich właśnie posadzono ziemskich gości, plecami do siebie, ale w taki sposób, że mogli rozmawiać odwracając się ku sobie razem z fotelami umocowanymi na bezszelestnych łożyskach. Miejsca wskazał im ten sam człowieczek w towarzystwie dwóch asystentów, którzy przyłączyli się do niego z trybun i byli doń podobni jak dwie krople wody. Zresztą, gdy Bibl i Kapitan rozejrzeli się uważnie, zauważyli, że również i pozostali widzowie zapełniający trybuny maleńkiego amfiteatru byli do siebie tak podobni, jakby matka natura wykonała ich według jednego wzorca. I

Na głowy obydwu gości założono przedmioty przypominające hełmy ściśle przylegające do skroni i potylicy. Ani Kapitan, ani Bibl nie zaprotestowali, przyjazny wygląd ich towarzysza rozwiewał wszelkie obawy. Potem niebieskoskóry odszedł na bok i trzykrotnie powtórzył coś, czego ani intonacji, ani brzmienia nie byli w stanie uchwycić. W ślad za nim tę samą dźwiękową abrakadabrę, chórem, ale cicho, powtórzyli wszyscy siedzący na trybunach. I dziwna rzecz, goście wszystko rozumieli, jakby ten niezwykły zespół dźwięków wypowiedziano, skandując, po rosyjsku:

– Wy nazywać rzeczy widzieć je oczyma myślą.

– Zrozumiał pan coś, Kep? – zapytał Bibl.

– Sylabizując, ale zrozumiałem. Telepatia?

– Nie, to nie telepatia. Myśl dociera z trudnością i jak pan powiedział, „sylabizując”. Według mnie to wielokrotnie wzmocnione obce pole emocjonalne. Słyszał pan, jak wszyscy powtarzali to samo. Coś w rodzaju emocjonalnego echa. A hełmy przekazują to bezpośrednio do mózgu.

– Czego oni od nas chcą?

– Właśnie tego, co do nas dotarło. Niech pan powie dowolne słowo, jednocześnie wyobrażając sobie w myśli jego desygnat. Chcą poznać nasz język. Zresztą może ja spróbuję.

Bibl przekręcił fotel na niewidzialnych łożyskach tak, że siedział teraz twarzą do trybun, i powiedział powoli i wyraźnie, dobitnie akcentując słowa:

– Głowa, twarz, oczy, nos, usta, ciało, ręce, nogi… Chodzić, leżeć, latać, skakać, pić, jeść, spać, bić się… Wszystko to staram się sobie wyobrazić – dodał, zwracając się do Kapitana – ale w jakich obrazach mam na przykład pokazać im takie pojęcia, jak „myśleć”, „rozumieć”, „decydować”, „zgadzać się”, albo, powiedzmy, „tak”, lub „nie”, „dobrze” i „źle”, albo po prostu przeczenie przed każdym rzeczownikiem i czasownikiem?