Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 23 из 61

– Wspólna informacja.

– Buja?

– Nie sądzę. Oni nie kłamią i najwidoczniej kłamać nie umieją. Musi jednak istnieć jakiś system ogólnej informacji. Ciekawe, kto i co jest jej źródłem.

– Bez wątpienia Koordynator.

– Nie będziemy zgadywać.

Ksor uważnie przysłuchiwał się ich słowom, potem zamknął oczy i przekazał myśl:

– Informacja jest ogólnodostępna. Każda informacja.

– Skąd ją otrzymujecie?

– Ona jest wszędzie. Należy ją gromadzić.

– Dla kogo?

– Dla siebie. Jak w szkole. A potem sprawdzać jej poziom. Jeżeli uzyskałeś normę, to dobrze.

– A jeżeli przekroczy się normę?

– Na zapas dla Nirwany.

Tak właśnie odebrali to pojęcie – nirwana. Stare, prawie zapomniane na Ziemi słowo. Wieczna szczęśliwość jako nagroda za przykładny żywot. Ale jakie są normy tej przykładności? Biblijne? Wątpliwe. Wszak zestarzały się one również i na Ziemi. Na Hedonie przykładność żywota mierzy się w bitach – czy może mają jakieś i

– Co znaczy „nirwana”? – zapytał Kapitan.

– Spokój. Szczęśliwość. Radość.

– A dokładniej?

– Nie wiem. Z Nirwany się nie wraca.

– Kto wie?

– Nauczyciel.

– „Znowu Nauczyciel. Wielki mit Hedończyków. Wszystko wie, wszystko widzi. Żywy, myślący bóg, który nie wtrąca się do życia, ale tworzy je. Brzmi to paradoksalnie, ale obserwacje potwierdzają taki stan rzeczy.; W każdym razie jak do tej pory”.

Kapitan już się nie bał zadawać pytań.

– Dlaczego siebie nazywasz ksorem, a nas wolnymi?

– Czy tak nie jest?

– Tak. Ale na czym polega różnica?

– Wy żyjecie w chaosie, a my jesteśmy zamknięci.

– Gdzie zamknięci?

– Nie gdzie, ale w czym. Zamknięci w sobie. Cykliczność informacji. Tworzysz ją w sobie, ona zaś przekształca się, tworzy nową.

– Łańcuch skojarzeń?

– Nie łańcuch, lecz pierścień. Powi

„Powi

– Na mnie już czas – bezdźwięcznie oznajmił ksor.

– Weźmiesz nas? – spytał Mały.

– Chodźcie. Idę do lepo.

– Skoro do lepo, to do lepo – zgodził się Mały. – Chodźmy, Kep. Podeszli do ściany i odczekali jakiś ułamek sekundy, zanim nie zniknęła. Ale nie zobaczyli za nią znajomego białego korytarza. Podłoga tunelu tworzyła długą, karbowaną pochylnię, a na górze, pod dachem widać było równy prostokąt otworu: skrawek błękitnego nieba, wpisany w ramkę świecącego sufitu.

– Dlaczego szliśmy na piechotę, a nie skorzystaliśmy z bezpośredniego przejścia? – spytał Kapitan.

– Poruszanie się za pomocą mięśni jest konieczne. Nie można tracić sprawności – odparł ksor i wmieszał się w tłum, raczej przeszedł przezeń, obchodząc siedzących i przestępując leżących.

Kapitan chyba miał rację: przybyli do Aory w porze, kiedy Hedończycy chowali się przed palącym słońcem w swych domach – plastrach, które na życzenie gospodarzy przekształcały się w wygodne pokoje. Teraz jednak w mieście wrzało życie. Wielu ludzi w pstrych, dziwacznie skrojonych i wielobarwnych strojach czekało na coś na dachu, na placach, tak jak przepełniona widownia czeka na podniesienie się kurtyny. Ale może wrażenie było mylne i tłum ten był po prostu biernym, nudzącym się zbiorowiskiem, oczekującym na krótki moment rozrywki?

Tym razem tłum nie był milczący: urywane okrzyki niezadowolenia albo radości, jakieś dalekie wrzaski, czasami ostry, przenikliwy gwizd. Wszystko to wyraźnie przeczyło słowom ksora o tym, że dźwięki nie mają znaczenia w świecie myślowego przekazu informacji.

Kosmonauci przyzwyczaili się już do urywanych myśli Hedończyka i nauczyli się łączyć je w spójne, chociaż chwilami mało zrozumiałe zdania. Ale w ostatnim wyjaśnieniu ksora nie było niczego niezrozumiałego: człowiek, który według tutejszych kryteriów jest rozumny, nie będzie wyrażać swoich uczuć za pośrednictwem okrzyków. Stare ziemskie powiedzonko: „milczenie jest złotem” uzyskało na Hedonie zupełnie i

Ksor niespodziewanie zatrzymał się i zrobił krok do tyłu. Wyrosło przed nim trzech atletów w jednakowych białych szortach, jednakowych niebieskich siatkowych koszulkach, odsłaniających jednakowo opalone bycze karki. Na biodrze każdego z nich, na złotych kółeczkach, wisiały jednakowe czarne pałki, podobne do ziemskich policyjnych.

Kapitan i Mały nie mogli usłyszeć, o czym mówili z ksorem: wymiana myśli Hedończyków była zablokowana. Ale nagle jeden z nich, jak zwykły ziemski chuligan, uderzył ksora w twarz, uderzył bez pośpiechu, jakby wykonywał jakiś zwyczajny i nudny obowiązek.

– Zwariował – powiedział Mały i zacisnął pięści, zrobił krok do przodu.

Kapitan powstrzymał go:

– Nie wtrącaj się.

Rzeczywiście nie należało się wtrącać. Obrażony nie oddał ciosu. Stał, jak poprzednio, patrząc obojętnie na napastników, zupełnie jakby policzek ten był dzieci

A „żartowniś” w niebieskiej koszulce odczepił pałkę i z rozmachem uderzył ksora w ramię. Mały aż przymknął oczy: taki cios łamie kość, odbiera władzę w ręku. Ale ksor prawie niezauważalnie poruszył ramieniem i pałka ześlizgnęła się w dół.

Rosły Hedończyk z dziwnie znajomą pałką rozzłościł się. Pałka znowu wzleciała w górę jak czarne przedłużenie ręki, ksor znowu niedostrzegalnie poruszył ramieniem i superman nie utrzymał się na nogach.

Nikt nie zwrócił uwagi na tę scenę. I

Kapitanowi znudziło się czekać. Szarpnął za ramię osobnika w niebieskiej koszulce i uderzył go kantem dłoni. Napastnik natychmiast bezwładnie runął na drogę upuszczając pałkę. Kapitan podniósł ją – może się jeszcze przydać – przeszedł nad leżącym i krzyknął do Małego wskazując stojącego wciąż nieruchomego ksora:

– Bierz tego ghandystę i ruszamy dalej, bo będzie tu tak przez pół dnia sterczeć.

Mały złapał Hedończyka pod ramię i przyłączył się do Kapitana. Szli w milczeniu minutę, dwie, trzy, aż wreszcie ksor zapytał:

– Dlaczego go uderzyłeś? To naśladownik, sam nic nie potrafi. Niski współczy

– Kogo naśladuje?

– Gatrów.

– A co to za jedni?

– Nadludzie. Bardzo niebezpieczni. – Ksor aż się wzdrygnął. – Z takimi nie dałbym sobie rady. Znają jugo.

– Nie zrozumiałem.

– Zespół siłowy.

– A jaką informacją dysponują. Też o niskim współczy

– Nie, często powyżej normy.

– A więc ty jesteś słabszy?

– Nie, mój współczy

– Ale się ich boisz.

– Tylko dlatego, że znają jugo.

– I będą napadać?