Страница 16 из 61
– Mały ma rację – wtrącił się Alik. – Bardzo trafne określenie.
Czego się wymaga od małpy w niewoli? Przede wszystkim, żeby uwierzyła w swoją swobodę i szczęście, żeby ciut-ciut kombinowała i przedrzeźniała człowieka. Na przykładzie jej zachowania ktoś prowadzi sobie tylko zrozumiałe doświadczenia, robi jemu tylko potrzebne obserwacje i wyprowadza wypływające z tych obserwacji wnioski. Dowiedzieliście się, kto? Nie!
To rozgorączkowanie Alika było jakieś dziwne. Zupełnie, jakby wiedział o czymś nowym, zaskakującym. Domyśleć się tego nie było wcale trudno: to, o czym Alik wiedział, dosłownie wypisane było na jego twarzy, Mały nawet zwrócił mu uwagę:
– Nie pleć.
– Rozrabiacie, chłopaczki – powiedział Bibl. – Co ukrywacie? Mały odpowiedział ociągając się i niechętnie ważąc każde słowo:
– Nie lubię gadaniny. Tutaj, zanim się zacznie mówić, trzeba dużo przemyśleć. A my nie zdążyliśmy. Jesteśmy tu zaledwie od godziny.
Rozmowa toczyła się przy obiedzie, który Alik przygotował naprędce, ale zgodnie z zasadą „ani grama syntetyki”. Wrócili rzeczywiście godzinę temu z wyprawy pojazdem, pozostałym w spadku po ekspedycji, która wróciła na Ziemię. Mały wyregulował ochro
– Dlaczego? – zainteresował się Bibl.
– Przeczucie. Wydawało mi się, że coś się nagle powi
W odległości jakichś pięćdziesięciu metrów od nich – widzieli to już przez szkła wizjera pojazdu – na czarnym kamieniu wyrósł nagle olbrzymi, pąsowy wachlarz, podobny do drżących na wietrze gigantycznych płatków tulipana. Porównanie wymyślił Alik. Nie przepadający za „artystycznymi” wizjami Mały poprawił: „Takie same strzępy mgły, tyle że czerwonej”. W tych strzępach ciemniało jądro, podobne do kineskopu z zamglonym obrazem telewizyjnym. Mały włączył pole ochro
Jechali przez miasto: nie po mieście, a właśnie przez, przeszywają ulice, domy, wieże, wiadukty, dziwne budowle, przepełnione łudź i przypominające dworce albo puste jak hale fabryczne, w których skończono już pracę. Podobieństwo do hal fabrycznych narzucały quasi-taśmy transporterów, przenoszące bez widocznych podpór jakieś przedmioty o nieznanym kształcie i przeznaczeniu. Obejrzeć je było trudno, prawie niemożliwe: pojazd poruszał się bardzo szybko, sytuacja zmieniała się co sekundę. Ale bodaj najciekawsze było to, że ruch pojazdu nie powodował żadnych zmian w otaczającym go życiu, że fizycznie nie wchodził on w skład jego przestrzeni, a przenikał je niematerialny Latający Holender.
– Dziwne – powiedział Bibl, zaskoczony – przeszliście „wejście” ale nie weszliście do fazy.
– Podobnie jak Mały nie zna pan równań Merle’a – odparł Alik – a Merle dopuszcza istnienie ruchu okołoprzestrze
Mały nie machał rękami. Zasępiony przypomniał sobie to, co widział. Co za różnica, z jakiego miejsca oglądało się obraz, którego nie jest się w stanie objaśnić. Był on zupełnie niepodobny do zielonej idylli brodatych niemowlaków i wygolonych uczniaków. W błękitnym świecie – a wyglądał on właśnie tak, jakby patrzyło się na niego przez okulary z błękitnymi szkłami – wszystko pracowało; i ludzie, i przedmioty. Przedmioty latały, właśnie latały, a nie były przenoszone czy przewożone – ledwo widoczne w pędzących prostych lub spiralnych potokach, pojawiające się, to znów znikające, materializujące się, to znów rozpadające się w nicość. Ludzie nie poruszali się bezcelowo: wykonywali swe czy
– Ludzie? – przerwał pytaniem Bibl. – Takie same dwumetrowe nagusy?
– Nie – odparł Alik – tamci to coś w rodzaju Małego, a ci sięgają nam najwyżej do ramienia. Ale obserwując z przestrzeni międzyfazowej widzieliśmy wszystko w i
– A twarze, odzież?
– Według mnie byli ogoleni. Kurteczki noszą króciutkie, jednokolorowe. Coś w rodzaju niebieskich dzwoneczków. Dokładnie nie mogę określić: zbyt szybko zmieniało się wszystko. Niech pan spróbuje u nas na Ziemi puścić przez Paryż czy Londyn szklaną torpedę na wysokości półtora, dwóch metrów i z prędkością ponad dwieście kilometrów na godzinę. Dużo pan zauważy ze środka tej torpedy?
Pewne obserwacje zdążyli jednak poczynić. W mieście tym zupełnie nie stosowano kół – ani na ulicach, ani w maszynach – tylko przeguby i macki manipulatorów. Tablice świetlne zamiast pulpitów. Hale maszynowe o gigantycznych rozmiarach, z maszynami przezroczystymi jak kryształ. Niezwykłe zwierciadła, wielkie jak jeziora – ni to pochłaniacze energii słonecznej, ni to kondensatory jakichś i
Alik skończył opowieść i filuternie popatrzył na Bibla.
– No i co pan, panie profesorze, powie o społecznej strukturze cywilizacji Hedony?
– Nie pleć – znowu upomniał go Mały.
– Po pierwsze – zagiął palec Bibl – nie widziałem tego, co wy widzieliście. Po drugie, widzieliście wszystko niewyraźnie i krótko. Po trzecie, wasza opowieść o tym, co widzieliście, jest delikatnie mówiąc niezbyt spójna i dokładna.
– Słusznie – przerwał mu Mały. – Zupełnie niedokładna. Same cuda. A może jest tu pięć cywilizacji, po sztuce na słońce?
– Pustynia jest martwa.
– No to cztery. Jakimi faktami dysponujemy, żeby wyciągnąć określone wnioski?
– A próbowałeś zestawić te wnioski? – nie poddawał się Alik. – A ja zestawiłem. I wyciągnąłem wnioski. Tu są nie cztery cywilizacje, lecz jedna. Technokratyczna. Mózg, jak powiedział Bibl, to programista, a Koordynator jest urządzeniem, które wprowadza program w życie. A przy nich, powiedzmy, działa rada złożona z pięciu, sześciu mędrców, którzy nadzorują program i jego wykonanie. Ludzie w mieście to uczeni i pracownicy, ludzie w zielonym rezerwacie to morskie świnki, które są karmione, pojone, uczone zgodnie z programem jakichś badań albo po prostu dla rozrywki. I
– Zimno, zimno – powiedział Kapitan, wchodząc do pokoju – jesteś teraz jeszcze dalej od rozwiązania zagadki tej planety. A rozwiązanie, zapewniam was, będzie całkiem nieoczekiwane.