Страница 8 из 31
– Dobrze zbudowany teatr – powiedział Alex – żadne drzwi nie wychodzą na ścianę, za którą jest scena. W ten sposób ogranicza się do minimum ewentualny odgłos trzaskania i głosów ludzkich.
Ruszyli dalej. Drugi korytarzyk, który minęli, miał po trzy pary drzwi z każdej strony. Potem znów była naga ściana, a wreszcie otwarte drzwi z napisem: GARDEROBY PIERWSZEGO PIĘTRA DYREKCJA BUFET. Stał w nich detektyw po cywilnemu, który wyprężył się na widok Parkera. Za tymi drzwiami rozpoczynały się strome schody na piętro. Po wejściu na schody minęli bufet, ciemny i połyskujący w mroku, potem jeszcze kilkoro drzwi, aż wreszcie znaleźli się przed ostatnimi, zaopatrzonymi napisem: DYREKCJA. Parker zapukał i nie czekając odpowiedzi, uchylił je.
– Proszę, wejdźcie, panowie! Proszę bardzo… – Dyrektor Davidson był wysokim, śniadym mężczyzną o wąskiej, nerwowej twarzy. Zerwał się zza biurka i podszedł do Parkera z wyciągniętą ręką, a potem spojrzał na Alexa.
– To jest pan Joe Alex, znany autor powieści kryminalnych, a mój nieoficjalny współpracownik – powiedział Parker szczerze.
– Któż by pana nie znał! – dyrektor Davidson serdecznie potrząsnął dłonią Alexa. – Czytałem chyba wszystkie pańskie książki! Zawsze twierdzę, że dla ludzi interesu dobra książka kryminalna to więcej niż urlop. Można kilka godzin wypocząć i zacząć myśleć o czymś i
– Co ja na to? – Parker rozłożył ręce swoim ulubionym, bezradnym ruchem. – Chciałbym przede wszystkim dowiedzieć się od pana, co pan myśli o tym wszystkim. Z racji pańskiego stanowiska wszystkie sprawy teatru ogniskują się na tym biurku. Czy nie mógłby nam pan szkicowo nakreślić sylwetki zmarłego, jego stosunku do kolegów, ostatnich wydarzeń tutaj i tak dalej. Może miał wrogów? Może stało się coś, co mogłoby rzucić pewne światło na sprawę? Zanim przystąpię do przesłuchiwania aktorów i personelu technicznego, chciałbym, żeby nam pan opowiedział, co pan myśli o tym wszystkim.
– Co ja o tym myślę? – Dyrektor odruchowo wskazał im głębokie, obite skórą fotele i podsunął pudełko z cygarami. Potem potarł ręką brodę. – Szczerze mówiąc, myślę o tym bez przerwy od godziny, to znaczy od chwili, kiedy Soames do mnie zadzwonił… Czy Vincy miał wrogów? Miał! Szczerze mówiąc, Stefan Vincy był znienawidzony przez wszystkich i znam kilka osób, które mogłyby go chyba zamordować z zimną krwią. Jeszcze dziś rano ja sam miałem ochotę zrzucić go ze schodów… – urwał. – To straszne tak mówić o zmarłych!
– Jeszcze straszniejsze jest nie mówić o zmarłym, kiedy morderca znajduje się na wolności, a działanie policji zależne jest od jak największej ilości zebranych informacji – powiedział sucho Parker. – Niech pan nam w skrócie opowie wszystko to, co pana zdaniem może być istotne: niech pan nam nakreśli sylwetkę Stefana Vincy na tle jego pracy i stosunków z ludźmi w tym teatrze.
Pan Davidson zastanawiał się przez chwilę. Później zaczął mówić…
V. Opowiadanie dyrektora Davidsona
Mam do opowiedzenia i bardzo wiele, i bardzo niewiele. Nic, co w moim przekonaniu mogłoby rzucić jakieś światło na osobę zabójcy, ale bardzo wiele o samym Vincym i jego stosunkach z ludźmi.
– Może najpierw spróbuje nam pan określić jego sylwetkę psychiczną, dobrze? – powiedział cicho Parker. – Chciałbym mieć to jakoś ułożone… – uśmiechnął się przepraszająco. – Chcę wiedzieć najpierw, jakim był człowiekiem, później, jakie ma pan informacje o jego życiu osobistym, a wreszcie, jak układały się jego stosunki z zespołem i dyrekcją teatru, tu na miejscu, zgoda?
– Dobrze. Więc zacznijmy od pierwszego punktu: Jaka była sylwetka psychiczna Stefana Vincy… – Dyrektor zastanawiał się przez chwilę. – Bardzo trudno na to odpowiedzieć. Nie wiem, czy posiadał on to, co nazywamy zdecydowaną sylwetką psychiczną, to znaczy jakiś uformowany, niezmie
– Tak – Parker zastanowił się. – Czy sądzi pan, że mógł on mieć jakieś kontakty ze światem przestępczym?
– Chyba nie. Nie sądzę. Nie miał do tego żadnego powodu. Chociaż… Ale i to nie jest żadna poszlaka…
– Co? – zapytał inspektor.
– Ostatnio, to znaczy mniej więcej od tygodnia, Vincy zaczął zachowywać się zupełnie zdumiewająco, nawet jak na niego. Ludziom wydawało się początkowo, że zwariował. Zaczął mówić wszem i wobec, i każdemu z osobna, że ma zamiar założyć własną wytwórnię filmową, gdzie nareszcie zdoła ukazać się światu jak Laurence Olivier. Na pytania, skąd weźmie pieniądze na takie przedsięwzięcie, uśmiechał się tajemniczo i wzruszał ramionami mówiąc, że to głupstwo. Oczywiście, kiedy mi o tym doniesiono (bo, jak panowie wiecie, w teatrze dyrektorowi zawsze o wszystkim doniosą), roześmiałem się. Nikt lepiej niż ja nie znał jego dochodów. Muszę być zorientowany w tych rzeczach, bo ciągle mam do czynienia z aktorami i muszę wiedzieć, ile który z nich jest „wart”, jak to się mówi. Ale Vincy zmieniał się z dnia na dzień, aż wreszcie przyszedł do mnie dziś rano tu do gabinetu i zachowując się niesłychanie pogardliwie, zarówno wobec mnie samego, jak i wobec idei Chamber Theatre, który, jak panowie wiecie, służy wyłącznie sztuce nowoczesnej i jej propagowaniu, zażądał jakiejś astronomicznej sumy za granie, mówiąc, że w obecnych warunkach gra za mniejsze pieniądze w podobnie nonsensownych bzdurach nie interesuje go. W przeciwnym wypadku groził zerwaniem kontraktu. Przełknąłem gniew, choć jego zachowanie było zupełnie idiotyczne, i spokojnie powiedziałem mu, że ma prawo zerwać kontrakt z teatrem, ma prawo odejść, nawet od jutra, ale oczywiście musi pokryć wszystkie straty, co wyniesie wielką sumę, gdyż zażądam od niego zwrotu kosztów za przygotowanie sztuki i opłacenie wszystkich aktorów, personelu technicznego itd., oraz za konieczny przestój do chwili znalezienia odpowiedniego zastępcy i wprowadzenia go w rolę. Jednak po rozpoczęciu sezonu i podpisaniu kontraktów we wszystkich teatrach nie będzie to oczywiście taką prostą sprawą. Teraz zresztą, kiedy zginął, biedzę się bardzo nad tym od chwili, kiedy doszła mnie ta straszna wiadomość. Aktorzy są przesądni. Może się nie znaleźć nikt, kto będzie chciał wejść w rolę zamordowanego kolegi…