Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 39 из 44

– A później nie wychodziła pani z pokoju aż do mego wejścia?

– Nie. W ogóle nie wychodziłam z pokoju do tej chwili.

– Wiedząc, że on jest tam na dole…? I że ktoś go zamordował?

– Ja wiedziałam, kto go zamordował.

– Kto?

– Ja… – powiedziała Sara Drummond łamiącym się głosem. – Bez względu na to, kto wbił w niego ten nóż, ja jestem przyczyną jego śmierci.

I dopiero teraz ukryła twarz w rękach i zaniosła się strasznym, spazmatycznym łkaniem.

Alex i inspektor czekali, spuściwszy oczy. Alex skubał bezsensownie koniec krawata. Powoli łkanie ucichło. Sara Drummond uniosła głowę.

– Przepraszam – powiedziała cicho. – Teraz będę już spokojna.

– Chciałbym tylko powiedzieć pani, że według wszelkiego prawdopodobieństwa, jeżeli w tej sprawie nie zachodzi zupełnie obłędne powikłanie zjawisk, profesor Harold Sparrow nie zabił pani męża.

– Co? – powiedziała Sara. – Co? – i chwyciła rękami za poręcze krzesła, jakby bojąc się upaść.

– Ma on żelazne nieomal alibi. W chwili kiedy zabito Iana, rozmawiał z Robertem Hastingsem u siebie w pokoju.

– Więc kto zabił Iana? Kto, kto to zrobił?

– Jedyną osobą, która miała możność to zrobić i miała jednocześnie powód, żeby to zrobić, jest niestety, jak dotychczas, pani – powiedział Ben Parker i pochylił głowę, jak gdyby chcąc uniknąć jej wzroku…

Ale Sara Drummond nie patrzyła na niego. Kiedy uniósł wzrok, spoglądała w okno, za którym widać było dziedziniec przed domem, a za jego krawędzią ogromne niebieskie morze.

– Tak… tak… – powiedziała nie odwracając oczu. – Zabiłam go…

– A czy będzie pani także gotowa opisać okoliczności zabójstwa?

– Tak… – Odwróciła wzrok od okna i spojrzała na niego pustymi, niewidzącymi oczami… – Tak… weszłam… pisał list… – I nagle zaczęła recytować cicho martwym, głuchym głosem: – Uderzyłam raz po raz dwukrotnie, a on… dwa razy krzyknął i upadł nieżywy… A gdy leżał, zadałam trzeci cios… ofiarny… w podzięce Zeusowi… władcy państwa zmarłych…

Następne jej słowa były już tylko nieartykułowanym bełkotem.

XVI. Morderca Iana Drummonda, oczywiście

Kiedy po godzinie przybyła karetka szpitalna i wsunięto do niej leżącą na noszach nieprzytomną Sarę Drummond, inspektor Parker westchnął ciężko i potarł dłonią nie ogolony podbródek. Stali na dziedzińcu we troje: on, Lucja Sparrow i dyżurny policjant. Za szybą oszklonych drzwi wejściowych inspektor dostrzegł bladą twarz kucharki i pyzatą, rumianą buzię Kate Sanders, obok której stał sierżant Jones. Karetka ruszyła cicho, wjechała na zakręt i po chwili zniknęła pomiędzy drzewami alei.

– Boże, Boże – szeptała ledwie dosłyszalnie Lucja Sparrow. Zakryła oczy dłonią. Potem opuściła dłoń i spojrzała na Parkera. – Nigdy, nigdy bym w to nie uwierzyła…

– Czy ona wyjdzie z tego? – zapytał inspektor.

– Nie wiem. Nie jestem psychiatrą. Ale obawiam się, że wyjdzie. To tylko chwilowy skutek wielkiego wstrząsu i napięcia nerwów. Zaczęła bredzić, a potem zapadła w omdlenie. Po zastrzyku oddychała już równo i nie było żadnych niepokojących objawów. Ale chyba lepiej byłoby dla niej, gdyby… – Urwała. – Nie powi

– Byłem – powiedział Parker.

– A ona… I nikt nie mógł temu zapobiec. Nikt. A kiedy obudzi się, sama wpadnie w rozpacz… Ona nie była taka zła, jak… jak by wskazywały na to fakty. To tylko brak moralności…

– Przyglądałem się pani podczas ostatniej godziny… – Inspektor skłonił się lekko. – Opiekowała się nią pani jak siostrą. Po tym wszystkim. Takich rzeczy nie widuje się często.

– A cóż miałam robić? – Lucja rozłożyła ręce. – Chory jest chorym, bez względu na wszystko, co lekarz o nim myśli.

– I, być może, skrzywdziła ją pani ratując.

– I tego nie wolno nam brać pod uwagę. Miałam obowiązek pomóc jej, a jestem na pewno ostatnim człowiekiem, który odważyłby się ją sądzić. Jestem stroną, nie sędzią. Ale jeżeli nawet skrzywdziła mnie, to przecież… – wskazała dom – jego skrzywdziła jeszcze tysiąckroć gorzej. On nie żyje. A my wszyscy musimy żyć dalej. Jutro mam operację. I

– Pani na pewno bardzo kocha swojego męża? – powiedział inspektor, jak gdyby potakując jakiejś nie wypowiedzianej myśli.

– Nad życie – stwierdziła Lucja Sparrow, a ton jej głosu był taki, że Parker uwierzył jej od razu. – Nie musiałam nawet niczego mu przebaczać. Wolałabym umrzeć, niż go stracić. Myślę, że to nie była jego wina… To ona go opętała.

– Tak. Prawdopodobnie ma pani słuszność. Pan Sparrow na pewno wróci do siebie po tym wszystkim. Życzę tego pani. I nie tylko pani. To wielki uczony. Po śmierci Drummonda spadł na niego cały ciężar odpowiedzialności za dokończenie ich wspólnej pracy.

– Harold dokona tego! – Uniosła swoją królewską, jasną głowę. – Odzyska siły i dokona tego wszystkiego, co mieli zrobić razem.

– Kiedy pragniecie państwo stąd wyjechać?

Lucja spojrzała na zegarek.

– Jest dziesiąta. Za godzinę chciałabym wyjechać. Chcę opuścić Sunshine Manor na zawsze… – zawahała się i nagle powiedziała z naciskiem: – Nie pozwolę, aby Harold kiedykolwiek nawet przejechał przez te okolice. Ten kawałek świata musimy pozostawić za sobą… i wszystkie wspomnienia stąd! – Jak gdyby zawstydzona tym wybuchem, spojrzała raz jeszcze na zegarek. – Muszę już iść. On jest tam sam.

Parker ukłonił się jej w milczeniu. Odeszła. Patrzył na nią, gdy wstępowała na stopnie tarasu i zbliżała się ku drzwiom wejściowym – królewska, spokojna i jasnowłosa, obojętna wobec ciekawych oczu służby, jak gdyby cały brud świata musiał spłynąć do stóp jej wyprostowanej sylwetki. W progu natknęła się na wychodzącego z domu człowieka, który ustąpił na bok i przepuścił ją z lekkim ukłonem. Inspektor uniósł brwi.

– Gdzie byłeś, Joe? – zapytał, kiedy Alex zbliżył się do niego. – Już od pół godziny rozglądam się za tobą.

– Pisałem przez parę minut – powiedział Alex z rozbrajającą szczerością. – Czy… czy zabrali ją?

– Tak. Dostała zastrzyk nase

– Czy jest pod konwojem policyjnym?

– Tak.

– Ale nie jest obłąkana?

– Doktor Lucja Sparrow twierdzi, że nie. Lekarz szpitalny także był dobrej myśli. Prawdopodobnie wyjdzie z tego i będzie zupełnie normalna… Joe?

– Tak? – powiedział Alex.

– Zawsze byłem wobec ciebie szczery. Teraz też chcę być. Nie wierzę, żebyś w kilkanaście godzin po śmierci Iana mógł zajmować się w tym piekle swoim pisaniem. Co się stało?

– Nic – mruknął Alex. – Notowałem tylko pewne moje spostrzeżenia. Prosiłeś mnie w czasie przesłuchań, żebym nie zabierał głosu i nie mącił ci wizji. Ale już jest po wszystkim. Czy chciałbyś mnie wysłuchać?

– A ty mnie? – zapytał niespodziewanie Parker.

– Ja?… Tak.

– To chodźmy do gabinetu Iana…

– Dobrze.

Ruszyli ku domowi. Sierżant Jones nadal dyżurował w sieni. Parker zauważył, że kiedy pojawił się w drzwiach, pa

– Czy mój posterunek tutaj jest zdjęty, szefie?

– A czy mówiłem coś podobnego?

– Nie. Ale przecież…

– Za chwilę… – powiedział Parker i wszedł za Alexem do gabinetu. Kiedy zamknęli za sobą drzwi, Alex odwrócił się na pięcie.

– Czy możesz wydać rozkaz, aby nikt z domowników nie opuszczał domu?

– Kogo masz na myśli?

– Wszystkich. Ale pomiędzy nimi mordercę Iana Drummonda, oczywiście!