Страница 6 из 38
Z przyczyny, która dla niego samego nie była zupełnie jasna i zrozumiała, położył w parku (tam, gdzie przed laty znalazł ciało owej zmasakrowanej dziewczyny) biały, prostokątny kamień przypominający nagrobek. Na kamieniu tym kazał wyryć wielki znak zapytania. Później, po latach, wspomnienie tego młodego, martwego ciała stało się przyczyną przedziwnego wydarzenia, którego do dziś nie umiał pojąć.
Teraz, przechadzając się wolno po bibliotece, odczytał raz jeszcze zaproszenie pana Melwina Quarendona. Uśmiechnął się. To będzie ciekawa wycieczka i miłe spotkanie z paroma godnymi uwagi ludźmi.
Poprawił monokl, raz jeszcze zerknął na list i westchnął, bo nagle przyszło mu do głowy, że byłoby to nie tylko miłe, ale wspaniałe, niezapomniane spotkanie, gdyby zamiast udanej zbrodni popełniono tam prawdziwą. A choć nie sformułował nawet mgliście tej myśli, wiedział, kto powinien być ofiarą.
Wstał i przeszedł do rozległej sieni, biegnącej na przestrzał od frontonu do tylnego tarasu pałacu. Ruszył z wolna, żeby spojrzeć przez wielkie, oszklone, podwójne drzwi na aleję platanów, której koniec niknął w oddaleniu zamknięty ledwie widoczną z tej odległości, wysoko zwieńczoną bramą.
Po kilku krokach zatrzymał się i odruchowo, pieszczotliwie pogładził jeden z dwu drewnianych słupów, między którymi spoczywało lśniące, doskonale zakonserwowane ostrze gilotyny.
Sprowadzenie jej z Francji kosztowało go wiele trudu i otaczał ją uczuciem, jakim i
V Stary, zmęczony człowiek
Jordan Kedge otworzył kopertę, odłożył bez większego zaciekawienia folder i zaczął czytać list:
Nie wypuszczając listu z ręki, przymknął oczy. Po chwili uniósł powieki i odczytał list do końca. Wstał i ogarnąwszy poły szlafroka zaczął przechadzać się boso, tam i na powrót, po ogromnym, puszystym dywanie zajmującym niemal całą powierzchnię pokoju. W pewnej chwili zatrzymał się.
– To obrzydliwe – powiedział na głos, chociaż w pokoju nie było nikogo prócz niego – zapraszać mnie na tego rodzaju idiotyczne święto tej pani! Oczywiście, noga moja nie postanie w tym zwariowanym zamku!
Mimo to, podszedł znów do fotela i uniósł ze stolika folder. Zaczął go przeglądać odruchowo, nie zwracając uwagi na zdjęcia i przelatując pobieżnie tekst niewidzącymi oczami.
– Cóż za bzdura! – mruknął. – Jakiś nowy pomysł reklamowy starego Quarendona. Ale dlaczego ja mam w tym brać udział?
Upuścił folder na dywan i spojrzał w okno, za którym pośrodku trawnika kwitła gęsta kępa białych i ciemnoczerwonych róż. Jordan Kedge lubił kwiaty i samotność. Od pewnego czasu nie lubił jednak ludzi. Wsunął nogi w ra
Dzień był ciepły i cichy. Jordan zszedł po stopniach tarasu i usiadł na białej ławeczce twarzą ku słońcu.
– Śliczny poranek… – pomyślał. – W południe będzie upał, a już jest gorąco. Mało mamy w Anglii takich poranków, a ten stary błazen wybrał sobie akurat taki dzień. Nie przypuszcza chyba, że tam pojadę?
Zaklął cicho. Już od pierwszej chwili po przeczytaniu listu wiedział, że pojedzie.
Minęło trzydzieści pięć lat od czasu, gdy wydał swoją pierwszą książkę, która od razu przyniosła mu pewien sukces. Później przyszły sukcesy większe i mniejsze, ale był autorem poczytnym do dzisiaj. Tyle tylko, że w ostatnich latach Quarendon drukował raczej, od czasu do czasu, wznowienia jego dawnych powieści, wciąż jeszcze znajdujące czytelników, a on sam wiedział lepiej niż ktokolwiek i
Po tej recenzji Jordan Kedge znienawidził Dorothy banalną, straszną nienawiścią, która nie oszczędziła nieskończenie większych niż on pisarzy przeklinających w duchu nieskończenie większych niż ona krytyków.
Ale większą jeszcze, nieuświadomioną niemal nienawiść odczuwał czytając Amandę Judd. Była młoda, pełna zaskakujących pomysłów i wydawało się, że pisanie nie sprawia jej najmniejszych trudności. W ciągu ostatnich trzech lat każda jej książka była sensacją na rynku.
Szybko wstępowała po siedmiobarwnym łuku tęczy, po którym on schodził w dół ku krawędzi widnokręgu.
– Stary jestem – pomyślał – i zmęczony. Ale jeszcze pokażę im wszystkim. Trzeba się tylko trochę skupić…
Westchnął znowu. Wstał i ruszył przez trawnik ku otwartym drzwiom tarasu. Trzeba zobaczyć, co zawiera ten folder.
Choć starał się nie myśleć o tym, najbardziej nienawidził w tej chwili siebie.
Pojedzie, żeby tam być, pośród najlepszych, spełnić posłusznie życzenie Quarendona, uśmiechać się do wszystkich i rozpaczliwie starać się nie pozwolić światu, aby o nim zapomniał, bo przecież wciąż jeszcze jest, liczy się wśród elity pisarzy kryminalnych Anglii, on, stary, zmęczony człowiek.
Wszedł do pokoju, usiadł w fotelu i sięgnął po folder. Czytał powoli. Kiedy skończył, przymknął oczy. Prze? pewien czas trwał zupełnie nieruchomo. Nagle drgnął i otworzył oczy. Uśmiechnął się kącikami warg.
– Zobaczymy… – szepnął – zobaczymy.
Wstał i podjął wędrówkę wzdłuż i wszerz dywanu. Nadal uśmiechał się.
VI Nieposzlakowany, stanowczy i miły
Nienaga
– Pora
Edington skinął głową i zatrzymał odchodzącego ruchem uniesionej dłoni.
– O dziesiątej przyjdą ci ludzie z departamentu ceł, żeby omówić projekt nowych taryf. Proszę ich od razu wpuścić. Trzeba to w końcu załatwić.
– Tak, sir.
– To chyba wszystko, Joh
Młody człowiek zniknął za drzwiami.
Edington przysunął ku sobie tacę. Na szczęście, poczta była już wyselekcjonowana, większość listów powędrowała wprost do odpowiednich komórek ministerstwa. O treści niektórych, wymagających jego decyzji, dowie się podczas cotygodniowej poniedziałkowej odprawy. Na tacy pozostawały zwykle sprawy bardzo ważne albo osobiste. Zwrócił uwagę na wielką kopertę leżącą na wierzchu stosu przesyłek. Otworzył ją.
“Drogi Haroldzie,
mam nadzieję, że mimo nawału zajęć w Home Office zechcesz jednak wziąć udział w małej uroczystości, która…”
Przeczytał list do końca i położył go na biurku. Zmarszczył brwi, zacisnął powieki, uniósł je prędko i potrząsnął głową, jak gdyby pragnąc obudzić się ze snu.
– Więc jednak – powiedział z cichym zdumieniem.
Obaj pochodzili z Kentu i obaj przybyli przed laty do Londynu, biedni i pełni nadziei. Ale nadzieje ich były tak różne jak różne są marzenia o wielkiej fortunie od marzeń o karierze urzędniczej i nieskazitelnej opinii. Łączyło ich jednak coś więcej niż pochodzenie i okolica, w której ujrzeli po raz pierwszy światło dnia. Obu podobały się bardziej cylindry niż cyklistówki i obaj żywili tak częstą na wsi niechęć do rewolucyjnych przemian na tym najlepszym ze światów. Zapewne dlatego obaj należeli do Partii Konserwatywnej. Poznali się przed laty na jednym z jej kongresów.