Страница 4 из 38
Rozkazawszy więc, aby w czas odpływu zawsze trzymano uniesiony most zwodzony, sir Edward odjechał na wojnę.
Był na niej długo, póki korona królewska nie padła w proch przed potęgą Parlamentu. A jako czas pokazał, lepiej by się stało, gdyby poszedł w ślad za ludźmi mniejszego serca, którzy zawczasu opuścili swego nieszczęsnego monarchę. Powracając, gdy znalazł się w hrabstwie Devon, pozostawił ludzi, by czuwali przy wozach, na których nagromadził nieco łupów zdobytych w tej bratobójczej wojnie, a sam ruszył ko
Wkrótce wyjechał z puszczy porastającej wzgórze schodzące ku nadmorskiej równinie, a na niej ujrzał pola uprawne, chaty swych wieśniaków i pastwiska należące do zamku, a także i sam zamek, dobrze widomy z dala, gdyż dzień był piękny. Zbliżywszy się podziękował Bogu widząc, że grobla skalna jest odkryta, a fale nie przelewają się przez nią.
Jak było dalej, wiadomo z opowieści starej jego piastunki, która napotkała go w furcie zamkowej, a także z tego, co rzekli ludzie jego, którzy byli z nim później. Prawda ich słów podważona być nie może, gdyż byli to ludzie prości, nie znający kłamstwa, a boleść okazywali prawdziwą i wątpić o niej nie można.
Gdy napotkał ową starą kobietę w furcie, zalała się ona łzami mówiąc, że jeszcze nim śniegi stopniały przyszła wieść o tym jak życie w boju postradał, podana przez ludzi, którzy przysięgali, że widzieli ciało jego martwe na pobojowisku. W tymże czasie, nim nastało przedwiośnie, chłopi okoliczni przywieźli do zamku młodego ra
Sir Edward odparł jej na to, by zebrała wszystkich ludzi, czeladź całą, mężów, niewiasty i dzieci, i wyprowadziła wszystkich z zamku groblą na łąki. A niechaj tam czekają, póki do nich nie wyjdzie. Tak uczyniła, a on udał się do komnaty swej małżonki.
Czekali długo, spoglądając na zamek, z którego głos żaden nie dochodził. Cicho było, kobiety uklękły i poczęły się modlić, choć nikt im nie kazał; mężowie milczeli, a tylko dzieci niewi
Wreszcie w otwartej bramie ukazał się sir Edward De Vere, przeszedł po grobli, stanął przed nimi i rzekł im, aby wrócili do swych spraw w zamku. Sam zaś wziął wodze swego konia z ręki staje
Zatrzymał ich i nakazał, by czekali wraz z nim.
Niedługo przyszło im czekać, gdyż na drodze leśnej ukazał się wkrótce ów młody szlachcic, przyczyna całego nieszczęścia. Pojmali go, związali, a na rozkaz pana powiesili na pierwszym przydrożnym drzewie. Sir Edward, jak powiedzieli później, stał nieporuszony i patrzył, gdy tamten konał. A gdy upewnił się, że nie żyje, nakazał wozom jechać na zamek, wskoczył na konia i ruszył w stronę przeciwną.
Lecz nie ujechał daleko. Zaledwie wozy ruszyły, usłyszeli strzał, a gdy przybiegli, ujrzeli konia stojącego pośrodku drogi leśnej i sir Edwarda leżącego na ziemi. Palce jego martwej dłoni zaciskały się na jednym z dwóch pistoletów, które zawsze na wojnie miał zatknięte za pas. Krew splamiła już cały kaftan, gdyż kula, którą skierował w swą pierś, ugodziła wprost w serce. Łatwo pojąć z tego gwałtownego czynu, jak niezmiernie musiał miłować swą niewierną małżonkę. Sam przecie targnął się z rozpaczy na własny żywot i zatrzasnął przed sobą bramę wiodącą do Zbawienia Wiecznego.
Złożyli ciało jego na wozie, a na drugim ciało owego młodego szlachcica, który, choć grzeszny, także winien był otrzymać chrześcijański pochówek, i ruszyli ku zamkowi, gdzie kobiety zaczęły przetrząsać komnatę po komnacie, wszelkie schowki i zakamarki w poszukiwaniu swej pani. Nie mogła ona przecie opuścić zamku niedostrzeżona przez nich, gdyż nie odstąpili od grobli, a później powrócili i unieśli most zwodzony. Lecz nie znaleźli jej. Rozwiała się jako mgła i nie odnalazł jej nikt, choć wielu poszukiwało nie szczędząc trudu, chcąc znaleźć kryjówkę, do której sir Edward złożył jej ciało, jako że wszyscy zgodni są, że ukarał to jawne wiarołomstwo ciosem śmiertelnym, który zadał jej własną ręką. Dowodem tego, że ciało owej nieszczęsnej niewiasty nadal spoczywa ukryte w czeluściach murów zamkowych, niechaj będzie świadectwo wielu, którzy widzieli na własne oczy ducha jej w białej pokrwawionej szacie i przysięgają, że słyszeli głos żałosny, błagający, by nie szukano jej cielesnej powłoki i nie zakłócano spokoju ukrytych przed okiem ludzkim szczątków. Pośród ludu krąży też wieść, że nikt nie znajdzie miejsca, gdzie pogrzebał ją jej małżonek i zabójca, póki i
Alex uniósł głowę i spojrzał w okno, zmarszczywszy brwi. Później uśmiechnął się. Ogarnęło go niejasne przeczucie tego, o czym pan Melwin Quarendon chce mówić z nim podczas lunchu, na który go zaprosił.
III “Nie sztuka mieć osiemnaście lat…”
Któryś z zawistnych, a miała ich wielu, powiedział, że dobry Bóg obdarował Dorothy Ormsby tylko jednym rzeczywistym talentem: umiejętnością pozostawania podlotkiem. Była smukła, śliczna, jasnowłosa i spoglądała na świat niebieskimi, czystymi, nieodmie
Prawda była taka, że Dorothy Ormsby pisała recenzje już od piętnastu lat, a od dziesięciu była niekwestionowanym autorytetem i sędzią w rozległej dziedzinie zawierającej to wszystko, co na rynku wydawniczym mieści się w określeniu “powieść sensacyjna”. Miała lat trzydzieści siedem i mówiła o tym zdumiewającym fakcie głośno i dobitnie, ile razy nadarzyła się sposobność, bo towarzyszące temu wybuchy niedowierzania słuchaczy zawsze sprawiały jej prawdziwą, głęboką przyjemność. Doszło nawet do tego, że Mała Encyklopedia Powiedzeń Wielkich Ludzi wzbogaciła się przed rokiem o hasło: Dorothy Ormsby: “Nie sztuka mieć osiemnaście lat, kiedy się je ma!”.
W tej chwili Dorothy Ormsby otworzyła se