Страница 27 из 66
– Oczywiście, chociaż o takie rozrywki posądziłabym raczej dwunastolatków.
– Bardzo śmieszne. – Cal nakazał sobie przestać myśleć o Qui
– Twoja prababcia też tak powiedziała.
– Taka noc aż się prosiła o jakiś rytuał. – Poczekał, aż Qui
– Co się stało?
– Nie wiem, nie do końca. Żaden z nas nie wie albo nie pamięta. Był jakiś wybuch, w każdym razie tak to wyglądało. Poraziło mnie światło, a siła eksplozji odrzuciła nas w tył, po prostu uniosła nad ziemię. Słyszałem wrzaski, ale nie wiem, czy to ja krzyczałem, czy też Fox, Gage, czy jeszcze ktoś i
Dziesięciolatek, pomyślała Qui
– Jak stąd wyszliście?
– Następnego ranka, tą samą drogą, którą przyszliśmy. Ale coś się zmieniło. Przyszedłem na tę polanę jako dziewięciolatek, w okularach. Byłem krótkowzroczny.
Qui
– Byłeś?
– Nosiłem szkła minus dwa na lewe oko i minus trzy na prawe. Gdy opuszczałem tę polanę, miałem dziesięć lat i idealny wzrok. A żaden z nas nie miał nawet zadrapania, pomimo że Gage przyszedł tu poraniony. Od tamtej nocy żaden z nas nie przechorował ani jednego dnia. Wszystkie nasze skaleczenia błyskawicznie goją się same.
Na twarzy Qui
– Staliście się odporni.
– Można to tak nazwać.
– Odczuwasz ból?
– I to jak cholera. Wyszedłem stąd bez okularów, a nie z rentgenem w oczach. Oczywiście, że gojące rany bolą jak diabli, ale następuje to szybko. Oglądam wydarzenia z przeszłości, jak tam, na ścieżce. Nie zawsze, nie wszędzie, ale je widzę.
– Dar odwróconego jasnowidzenia.
– Widziałem, co tu się wydarzyło siódmego lipca tysiąc sześćset pięćdziesiątego drugiego roku.
– I co tu się stało, Cal?
– Uwięziono demona pod skałą. A Fox, Cal i ja uwolniliśmy go. Qui
– Jeśli nawet, to nie można was za to winić.
– Wina i odpowiedzialność niewiele różnią się od siebie. Do diabła. Ujęła jego twarz w dłonie, nie zważając na to, że Cal drgnął, i pocałowała go delikatnie w usta.
– To normalne. Moim zdaniem jesteś odpowiedzialny tylko w tym znaczeniu, że zachowujesz się odpowiedzialnie. Zostałeś, choć wielu odeszłoby lub nawet uciekło. Dlatego myślę, że istnieje sposób, żeby z powrotem zapędzić tego demona tam, gdzie jego miejsce. I zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby ci w tym pomóc.
Otworzyła plecak.
– Zrobię kilka zdjęć, notatek, zbiorę pomiary i będę zadawała mnóstwo irytujących pytań.
Cal czuł się poruszony jej bliskością, słowami, wiarą. Chciał przyciągnąć Qui
Nie w tym miejscu, przypomniał sobie i zrobił krok do tyłu.
– Masz godzinę. Jeśli wyruszymy za godzinę, zdążymy wyjść z lasu na długo przed zmierzchem.
– Oczywiście. – Nie zamierzała się spierać. Nie tym razem, pomyślała i zabrała się do pracy.
ROZDZIAŁ 09
Qui
Nie rozumiał, jakie efekty mogą przynieść jej badania, ale ponieważ wydawała się kompletnie zaabsorbowana działaniem, siedział pod drzewem obok chrapiącego Kluska i nie przeszkadzał.
Nie słyszał już żadnego wycia, nie czuł, że ktoś ich śledzi. Może demon miał i
Cóż, chyba on robił to samo. Nie miał nic przeciwko czekaniu, zwłaszcza gdy mógł podziwiać tak ładny widok.
Był zafascynowany tym, jak poruszała się Qui
– Dawaliście go kiedyś do analizy? – zapytała. – Sam kamień? Czy ktoś dokonał naukowej analizy?
– Tak. Jako nastolatki zeskrobaliśmy trochę i zabraliśmy do nauczyciela geologii. To wapień. Najzwyklejszy wapień. Kilka lat później – dodał, uprzedzając dalszy ciąg – Gage zabrał próbkę do laboratorium w Nowym Jorku. Ten sam wynik.
– Dobrze. Masz coś przeciwko, żebym też wzięła próbkę i posłała do laboratorium, z którym współpracuję?
– Bardzo proszę. – Sięgnął do biodra po nóż, ale Qui
Większość kobiet, które znał, nosiła w kieszeni szminkę i ani pomyślałaby o scyzoryku. Cal był pewien, że Qui
Obserwował jej dłonie, gdy zeskrobała trochę kamienia do torebki, którą wyjęła z plecaka. Na dwóch palcach i kciuku nosiła pierścionki, lśniące teraz w słońcu.
Coraz jaśniejszym blaskiem, który poraził mu oczy.
Nagle światło się zmieniło, stało się miękkie jak w letni poranek, a ciepłe powietrze wypełniła wilgoć. Na drzewach pojawiły się pąki, rozwinęły i wystrzeliły zielenią, rzucając szachownicę światła i cienia na ziemię i skałę.
A także na kobietę.
Miała długie, rozpuszczone włosy w kolorze miodu, twarz o ostrych rysach i dużych, lekko skośnych oczach. Ubrana była w długą, ciemnoniebieską suknię i biały fartuch. Poruszała się ostrożnie i z gracją, mimo że była w zaawansowanej ciąży. Niosła przez polanę dwa wiadra, zmierzając do małej szopy stojącej za skałą.
Idąc, śpiewała głosem jasnym i dźwięcznym jak letni poranek.
– „W zielonym ogrodzie, tam, gdzie na łożu z rumianku leżałam, przy białym płocie wiejskiego błazna ujrzałam…”.
Na jej widok, na dźwięk jej głosu, Cal poczuł miłość tak ogromną, tak gwałtowną, że myślał, że pęknie mu serce.
W progu szopy pojawił się mężczyzna z taką samą miłością wymalowaną na twarzy. Kobieta zatrzymała się, zalotnie odrzuciła włosy i nadal śpiewała, kiedy zmierzał w jej stronę.
– „Wiejską dziewczynę trzymał w ramionach i słowy słodkimi namawiał, by go obdarzyła wdziękami swoimi. Tak mówił do niej: pocałuj, mnie miła, najczulej…”.
Uniosła twarz, podała mu usta. Mężczyzna ją pocałował i gdy ona roześmiała się perliście, wziął wiadra, postawił na ziemi i zamknął kobietę w objęciach.
– Nie mówiłem, że nie wolno ci nosić wody ani drzewa? Dźwigasz już wystarczający ciężar.
Pogłaskał ją po wystającym brzuchu, a ona przykryła ręką jego dłoń.
– Nasi synowie są silni i zdrowi. Dam ci synów, ukochany, tak mądrych i dzielnych jak ich ojciec. – Teraz Cal dostrzegł łzy w migdałowych oczach. – Czy muszę cię opuścić?
– Nigdy mnie nie opuścisz, nie naprawdę. Nie płacz. – Scałował jej łzy, a Cal poczuł bolesne ukłucie w sercu. – Nie płacz.
– Nie. Przysięgałam, że nie będę ronić łez. – Kobieta uśmiechnęła się. – Mamy jeszcze czas. Łagodne poranki i długie, letnie dni. To nie śmierć. Przysięgasz mi?
– To nie jest śmierć. A teraz chodź. Ja wezmę wodę. Zniknęli, a Cal zobaczył przed sobą pochyloną Qui